Co zamiast klapsa? – pozytywna skrzynka z narzędziami

with 2 komentarze

co zamiast klapsa

Całkiem niedawno, z okazji Światowego Dnia Sprzeciwu Wobec Bicia Dzieci przypomniałam swój tekst o biciu w ogóle (KLIK) oraz o tym, czego klapsy uczą nasze dzieci (KLIK). I chociaż większość komentarzy była – ku mojej radości – zdecydowanie anty-klapsowa, to pojawiły się i głosy pełne wątpliwości. No bo co zamiast klapsa? Jak inaczej wychować dziecko? Jak skłonić je do posłuszeństwa jeśli nie siłą?

 

Zanim cokolwiek napiszę o swoich pomysłach na wychowanie bez bicia, pozwólcie na kilka słów wstępu, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Dziecko jest dla mnie przede wszystkim człowiekiem. Małym, słabym i niedoświadczonym, ale jednak człowiekiem, który zasługuje na dokładnie tyle samo szacunku co dorosły. I na znacznie więcej cierpliwości i wyrozumiałości, bo w swoim zachowaniu ograniczone jest rozwijającym się dopiero układem nerwowym. W relacji z dzieckiem to my, dorośli, mamy (albo powinniśmy mieć) wszelkie narzędzia, żeby panować nad emocjami własnymi i uczyć dziecko radzić sobie z jego. To my, dorośli, dojrzali przecież i rozsądni, powinniśmy potrafić opanować się, wziąć głęboki oddech i znaleźć sposoby na dotarcie do dziecka INNE niż przemoc. To my powinniśmy przede wszystkim CHCIEĆ znaleźć odpowiedź na pytanie „co zamiast klapsa?”.

 

Kiedy mówię o swoim postanowieniu niebicia dzieci, często słyszę w odpowiedzi „łatwo ci mówić, bo twoje dzieci to jeszcze maluszki”. Słyszałam to od samego początku i słyszę nadal, chociaż starsza córka ma już ponad cztery lata, trochę po drodze razem przeszłyśmy i udaje nam się rozwiązywać problemy i dogadywać bez bicia. Jak? Co zamiast klapsa? Nie jestem żadnym ekspertem, ale chętnie podzielę się swoimi metodami. I nie, to nie będą karne krzesełka ani złożony system kar i nagród (ten temat zasługuje zresztą na osobny tekst…). To coś znacznie bardziej… prostego? Taka pozytywna skrzynka z narzędziami.

 

Rozmowa

Już widzę, jak uśmiechacie się pod nosem i mówicie „Sratatata, to nie działa. Po pięć razy tłumaczę, a on dalej swoje, a on nic nie rozumie. A jak dostanie klapsa, to od razu wszystko jasne”. No chyba nie do końca…

Po pierwsze – klaps może i działa od razu, bo opiera się na strachu. Dziecko nie jest głupie, kojarzy, że jak zrobi coś, co się mamie/tacie nie podoba, dostanie w tyłek. Więc nie robi tego, bo się boi. A nie dlatego, że coś zrozumiało.

Tłumaczenie i rozmowa to droga znacznie bardziej długotrwała. To nie działa OD RAZU. Trzeba dużo cierpliwości, dużo opanowania, dużo powtarzania, żeby pewne kwestie dotarły do główki dziecka. Żeby wiedziało, dlaczego pewnych rzeczy robić nie może i nie powinno. Żeby to ZROZUMIAŁO, a nie zadowoliło się rodzicielskim „nie bo nie” popartym argumentem paska.

Po drugie – to, że dziecko zrozumie, to tylko pierwszy krok. Bo jeszcze musi nową wiedzę stosować w praktyce, a do tego nie zawsze jest emocjonalnie gotowe. To tak jak z dietą – wiesz, że nie możesz jeść słodyczy, ale ta czekoladka tak kusi… Znasz to? Dla dziecka to jeszcze trudniejsze, bo jego mózg jeszcze nie jest tak rozwinięty, żeby potrafiło odraczać przyjemność i opierać się pokusie. Dlatego potrzebuje czasu, praktyki i… cierpliwego dorosłego, który w ćwiczeniu będzie mu pomagał.

Po trzecie – to, że dziecko zrozumie i nawet potrafi się dostosować, jeszcze nie oznacza, że będzie mieć na to ochotę. Bo przecież, jak Ty, jest człowiekiem i ma prawo do swoich upodobań, planów i pomysłów. Zamiast rozkazów i nakazów, spróbuj przemówić do niego logicznymi argumentami albo wynegocjować kompromis. Nawet jeśli to zabiera więcej czasu niż klaps w tyłek, to naprawdę warto.

Zresztą sam pomyśl – czy jak tłumaczysz coś partnerowi, a on nie zrozumie albo nie zgadza się z Twoim zdaniem, to przechodzisz do „ręcznego” tłumaczenia swojej wizji? Czy jak ona kupiła trzecią parę butów na szpilkach, chociaż w dwóch poprzednich nie potrafi przejść pięciu metrów, to dajesz jej w tyłek? Albo jak on znowu nie wrzuci skarpet do prania, tylko zabunkruje je pod kanapą, to przełożysz go przez kolanko i nauczysz paskiem? Nie sądzę…

 

Zapobieganie

To takie proste, że aż banalne. Kiedy zastanowić się, „co zamiast klapsa”, okazuje się, że wielu problemów i sporów z dzieckiem można uniknąć, jeśli zwyczajnie usunie się z otoczenia punkty zapalne (wspominałam o tym zresztą już w tekście Jak powiedzieć dziecku NIE, mówiąc TAK?) . Maluch ciągle trzaska drzwiami? Załóż ograniczniki. Dziecko je za dużo słodyczy? Nie kupuj ich, albo ogranicz ich ilość. Dwulatek bawi się kryształowymi bibelotami od prababci? Odłóż je w miejsce niedostępne dla jego łapek. Dziesięciolatka ogląda za dużo telewizji? Nie stawiaj odbiornika w jej pokoju i nie włączaj go w czasie rodzinnie spędzanego czasu;.

Stworzenie przestrzeni przyjaznej dziecku, usunięcie zbędnych pokus ułatwia życie i jemu, i rodzicom. Sam pomyśl – czy jak jesteś na diecie, to stawiasz w zasięgu wzroku talerz ciastek albo wybierasz się na wycieczkę do fabryki czekolady? Albo jak wiesz, że wujek Marian ma problem z alkoholem, to na imieninach stawiasz mu flaszkę przed nosem? Nie sądzę…

A jeśli masz obawy, czy takie usuwanie pokus nie sprawi, że dziecko nigdy nie nauczy się kontrolować, to możesz odetchnąć z ulgą. Po pierwsze – wszystkich punktów zapalnych naprawę nie da się usunąć. Po drugie – dziecko ma jeszcze długie lata przed sobą, żeby stopniowo uczyć się panowania nad swoim zachowaniem. Na pewno zdąży, serio..

 

Bla bla bla..

Kiedy dziecko robi coś, co jest dla nas nieakceptowalne, zabraniamy mu tego – co oczywiste – a ono często reaguje łzami i krzykiem. Jeśli w tym momencie zaczniemy tłumaczyć, wyjaśniać, przypominać, że przecież była umowa, że przecież zasady, że przecież milion raz ci już mówiłem, to efekt będzie… żaden. Kiedy dziecko przeżywa mocne emocje, jego rozsądna, myśląca część mózgu się wyłącza, a zostaje tylko mózg gadzi. Ten od instynktu, od odruchów, od skrajnych reakcji. I to wcale nie jest tak, że dziecko nie słucha i robi na złość. Bo nawet jeśli w tym momencie ono nas fizycznie słyszy, to żaden argument do niego nie dociera, a nasze słowa to dla niego tylko jakieś „bla… bla… bla…”, które nie pozostawia po sobie żadnego śladu.

Sam pomyśl. Chciałeś wyjść wcześniej z pracy, ale padł ci komputer i wykasował się raport, nad którym pracowałeś od rana, a którego zapomniałeś zapisać. No i ten k… nie szef kazał ci zostać po godzinach i to naprawić, bo raport jest potrzebny na jutro. Jesteś wkurzony, wściekły nawet. Wracasz do domu. I nawet jeśli gdzieś podskórnie czujesz, że szef miał sporo racji, to od żony potrzebujesz raczej ojojania i zrozumienia, niż pouczenia, że powinieneś był zapisywać raport co 10 minut… Na takie słowa, usłyszane w momencie największych emocji, pewnie jeszcze bardziej się zagotujesz…

 

Metoda trzech kroków

Co więc zrobić, kiedy dziecko dalej swoje? Co zamiast klapsa? Przecież nie można mu pozwolić na wszystko… Jasne, że nie można. Ale na wszystko jest właściwy czas. Ja stosuję autorską zasadę trzech kroków: powstrzymaj, zaakceptuj, wytłumacz.

Po pierwsze – uniemożliwiam zrobienie dziecku czegoś niebezpiecznego czy nieakceptowalnego (łapię za rączkę, jeśli bije; odbieram nożyczki, jeśli próbuje pociąć garnitur taty; przytrzymuję, jeśli próbuje wjechać rowerkiem pod autobus).

Po drugie – biorę na klatę wybuch niezadowolenia, a wiemy dobrze, że taki zwykle następuje, kiedy mówimy dziecku „nie”. Naturalna kolej rzeczy. I to jest ten moment, kiedy trzeba emocje nazwać, zaakceptować, zrozumieć. Pozwolić im wybrzmieć i się wyładować. Pomóc je uspokoić.

Po trzecie – tłumaczę, rozmawiam, omawiam, ale PÓŹNIEJ, czasem nawet dużo później. Dopiero kiedy emocje opadną, kiedy dziecko ochłonie (i kiedy ja ochłonę) przychodzi moment na rozmowę o danej sytuacji, przypomnienie zasad i ustalenie taktyki na przyszłość. Taktyki, która na pewno będzie wymagać odpowiednich ćwiczeń i nie zadziała od razu, więc trzeba uzdrowić się w cierpliwość.

 

Zaspokojenie potrzeb

Chociaż dzieci są skomplikowanymi istotami, to pod pewnymi względami bywają zaskakująco proste. Im bardziej ich potrzeby są zaspokojone, tym mniej muszą domagać się tego, żebyśmy tymi potrzebami się zajęli. Jeśli są najedzone, nie wołają o obiad. Jeśli są napojone, nie jojczą o wodę. Jeśli są wyspane, rzadziej marudzą. Jeśli są „wybiegane”, mniej roznoszą dom. Jeśli mają co robić, nie dostają szajby z nudów. Jeśli otrzymują dużo naszej uwagi, nie stają na głowie, żebyśmy tylko na nie spojrzeli.

Zauważyłam ciekawą zależność. W dni, kiedy mam więcej czasu na zabawę i bycie dla dzieci, częściej są one spokojne i zadowolone. W dni, kiedy mam urwanie głowy i nie wiem, w co ręce włożyć, także dzieci częściej marudzą, awanturują się i domagają uwagi. Okazuje się jednak, że czasem wystarczy kwadrans skupionej na nich, nie przerywanej telefonem, obiadem czy innymi obowiązkami zabawy, żeby zaspokoić na jakiś czas ich potrzebę bliskości i zyskać trochę czasu na własne zadania. To naprawdę lepsza metoda niż „jestem zajęta”, „nie teraz”, „mama pracuje” powtarzane co 20 sekund i uniemożliwiające skupienie się przez większość dnia. Nie wierzycie? Sami spróbujcie.

 

Co zamiast klapsa?

Można o klapsach mówić wiele, dorabiać do nich różne teorie, ale dla mnie sprawa jest jasna. Klaps to uderzenie plus strach plus ból plus upokorzenia. Klaps to bicie. To nie metoda wychowawcza, a wyraz bezradności rodzica, efekt jego frustracji i zniecierpliwienia. Klaps to droga na skróty. Jasne – daje widoczne efekty, ale ich koszt – strach, upokorzenie, niszczenie więzi – jest dla mnie absolutnie nieakceptowalny.

Więc co zamiast klapsa? Jeśli zadajecie sobie to pytanie, to już jesteście na drodze w dobrym kierunku! Moje metody na pewno wymagają więcej wysiłku, więcej czasu, więcej cierpliwości. Ale działają. Bo jak może nie działać coś, co opiera się po prostu na szacunku do drugiego człowieka?

A może wy podzielicie się swoim metodami?

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Od urodzenia uczę swego syna, że bicie to jest coś wstrętnego. I nigdy żadnego klapsa nie zastosowałem jako środek wychowawczy. Bo wychowywanie przez strach to kiepskie wychowanie. Chciałbym by mój syn np. posprzątał swój pokój nie dlatego, że jego tatuś będzie zły, ale dlatego, że pomoże swoim rodzicom i wtedy rodzice będą mieli więcej czasu dla niego.

    Przemoc jest nie do przyjęcia. Ale w jednym przypadku mój syn ma pozwolenia na kontakt fizyczny i jasno mu to powiedziałem i na to uczulałem mego syna. Tyle się mówi o obojętności nauczycieli w szkołach na agresję. Jeśli ktoś go w sposób psychiczny lub fizyczny będzie zaczepiał to ma temu niedowartościowanemu komuś jasno dać do zrozumienia by zaprzestał takiej praktyki bo mu się ona nie podoba a jeśli nie, to będzie tego żałował (oczywiście do syna mówiłem prostszym językiem). I w takim przypadku ma moje przyzwolenie na odepchnięcie czy nawet uderzenie w miejsce odpowiednie by tylko zabolało.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Mam bardzo podobne podejście. Bicie nie uczy niczego poza tym, że silniejszy ma zawsze rację. A ja bym nie chciała, żeby moje dziecko słuchało silniejszego tylko dlatego, że jest właśnie silniejszy. Choćbym tym silniejszym była ja. Wolę, żeby rozumiało, dlaczego coś jest dobre/złe.
      A co do dopuszczalności bicia w niektórych sytuacjach. Mój tata zawsze nas uczył „nie zaczepiaj, ale nie daj sobie zrobić krzywdy”. Smutna prawda jest taka, że dorośli (system, szkoła, otoczenie) bywają zawodni i czasem nie potrafią w porę obronić dziecka. Dobrze więc, żeby ono samo wiedziało, że ma prawo się bronić i żeby wiedziało jak to zrobić. Choćby na tyle, aż zjawi się wsparcie.

Skomentuj