Jak sprawdzić, czy jesteście dla siebie stworzeni?

with 2 komentarze

pasujemy do siebie

Bo każdy związek ma swój moment próby. Zwykle znacznie mniej romantyczny, niż się tego spodziewamy.

Końcówka ciąży. Razem z Małżonkiem pracujemy w biurze podróży. Pewnego dnia wpada do nas znajomy klient z zamiarem zapisania się na wyjazd narciarski. Uśmiech od ucha do ucha, pewność siebie poziom maksymalny.
– Widzę, że to już niedługo – wypala, wskazując na mój brzuch, rzeczywiście tak ogromny, że kolega z pracy codziennie sugeruje, żebym jednak nie przychodziła już do biura, bo on nie zna się na rodzeniu dzieci. – Mam nadzieję, że nie planujecie takich absurdów, jak wspólny poród? – niby pyta, ale jednak stwierdza.
– Planujemy, planujemy – zaprzeczamy jednogłośnie, tylko po to, żeby usłyszeć mały wykład o tym, jakie zagrożenie niesie dla związku takie przekroczenie bariery intymności. Że krew, że śluz, że pot, że krzyki. Że nieestetycznie. Że w związku nie można absolutnie przekraczać pewnych granic, bo to równia pochyła w dół. Choć nie pytaliśmy ani o poradę, ani o ocenę, pan w poczuciu troski o nasz związek – który w jego opinii właśnie stanął na krawędzi – roztacza ze szczegółami swoją wizję jedynej właściwej drogi, jaka może nas ocalić przed niechybnym rozstaniem i totalnym wypaleniem uczucia.
– Bo wiecie, moi drodzy, mąż i żona powinni podtrzymywać nastrój tajemniczości i elegancji. Wspólna sypialnia? Bez sensu. Wiadomo, czas na przytulanki i intymność jest potrzebny, ale po wszystkim prysznic i spać do swojego łóżeczka. Każdy do swojego. Poranna pobudka u boku nie umalowanej żony albo nieogolonego męża, poranny pocałunek bez umytych zębów to jakiś dramat. To niszczy całą magię, cały urok i odbiera dreszczyk emocji. Wy, młodzi, jeszcze o tym nie wiecie, ale JA już tak. Z moją żoną tak właśnie funkcjonowaliśmy przez lata. Ja jej nawet nigdy nieuczesanej nie widziałem. I to rozumiem. I tak właśnie powinno być.

Czas motylków

Początki relacji są fajne. Wszyscy lubimy te motylki, lekki stresik, dreszczyk emocji. Pierwsze randki, flirt, przekomarzanie. Stopniowe poznawanie i odkrywanie siebie. Obok iskrzenia pojawiają się pytania i wątpliwości. Czy do siebie pasujemy? Czy mamy podobne poglądy? Podobne plany na życie? Podobne pragnienia? Jest dobrze, jest przyjemnie, jest emocjonująco. Problem polega na tym, że ciągle gdzieś czai się potrzeba autokreacji, pewnego wyidealizowania siebie, podrasowania swojego wizerunku. Z jednej strony push up odzieżowy zwiększający walory o jeden czy dwa rozmiary, z drugiej push up mentalny, uwydatnienie zalet, przypudrowanie wad. I nie mam na myśli tylko pań, bo i panowie w tej zabawie biorą udział. To zresztą chyba naturalna potrzeba, żeby jak najlepiej wypaść w oczach partnera, zdobyć jego przychylność, zrobić na nim wrażenie.

Wszyscy mamy świadomość tej autokreacji i tu pojawia się wątpliwość – jeśli robię to ja, to robi to także partner. Na ile więc jest autentyczny? Na ile w tych randkach, spacerach, spotkaniach widzę jego prawdziwe ja? Jasne, najłatwiej byłoby od tak, na starcie porzucić pozory, pokazać się w swojej niedoskonałości. Ale czy każdego na to stać? Pewnie nie. Może to i zresztą nie jest takie dobre rozwiązanie. Miałam kiedyś koleżankę, która przed pierwszą randką jadła zwykle czosnek w myśl zasady „jak mnie polubi, to nie będzie mu to przeszkadzać”. Po takim eksperymencie drugich randek było – jak możecie się spodziewać – niewiele. Ustalmy – na pierwszym spotkaniu spodziewamy się po człowieku najlepszego. Jeśli ktoś przyjdzie na nią niewykąpany, z nieświeżym oddechem, w wyciągniętym dresie, to raczej nie nastroi nas pozytywnie na przyszłość… Bo najpierw jednak trzeba dać się polubić, zanim zaczniemy stawiać przed potencjalnym ukochanym wyzwania, odsłaniać tę gorszą twarz, okazywać słabości.

Czas próby

No dobrze, to gdzie w takim razie jest ta granica? Gdzie jest ten moment, żeby wiedzieć, że to na pewno TO? Że możemy na siebie liczyć? Że nie pozujemy? Że nie udajemy? Że z tą dziewczyną naprawdę można konie kraść a ten facet nie zostawi nas z przebitą oponą na skraju błotnistej drogi? Pewnego dnia przychodzi taka chwila, moment próby. Kiedy stajemy wobec sytuacji nietypowej, kryzysowej, mocno problematycznej. I możemy pokazać, na ile nas stać. Kiedy wychodzimy poza słodkie szczebiotanie nad kawiarnianym stolikiem i czysto teoretyczne dyskusje o przyszłości. Konfrontacja z rzeczywistością, możliwie najbardziej brutalną i przyziemną, możliwie najbardziej kłopotliwą i wstydliwą. A – jak chce powiedzenie – jest, poza miłością, jedna taka rzecz, która przychodzi znienacka… Ale do tej rzeczy przejdziemy za chwilę.

Początki relacji z jeszcze nie Małżonkiem, pierwsza wizyta weekendowa u niego. Jest wczesny, bardzo wczesny sobotni poranek, kiedy słyszymy podejrzane kapanie wody. Okazuje się, że kapie z kaloryfera w kuchni. Próby dokręcenia śruby owocują prawdziwą fontanną i już po chwili woda leje się na podłogę, na kuchenkę, na szafki. No i na mnie. Szybki podział obowiązków – on szuka pomocy w administracji i u sąsiadów, ja żongluję miskami, wiaderkami i ścierkami, żeby całe mieszkanie nie zaczęło pływać. Przypominam – sobota rano. Znalezienie kogoś, kto pomoże w kryzysie nie jest łatwe. Sąsiad złota rączka bezsilny, pogotowie wodne niedostępne, sztab kryzysowy – jeśli sądzić po sposobie ich funkcjonowania – w jeszcze większym kryzysie niż my. Pani Irenka łączy z panią Krysią, pani Krysia przekazuje pani Kasi, pani Kasia dzwoni do pani Zosi. W końcu kontaktujemy się z jakimś miejskim inżynierem do spraw drastycznie trudnych, ale niestety nie może nam pomóc, bo jest na urlopie, i każe jeszcze raz dzwonić do tych z pogotowia wodnego, co to nie odbierają. Zresztą już nieważne – woda przestaje się lać, bo spłynęła z całego pionu i wszystkich mieszkań nad nami, a my siedzimy w tej powodzi, pośród misek i wiaderek, patrzymy się na siebie i zaczynamy się śmiać…

Po otrzymaniu zapewnienia od eksperta, że jesteśmy bezpieczni, bo nie ma już wody w pionie i możemy spokojnie zamówić hydraulika na poniedziałek, wychodzimy na randkę. Wracamy tuż przed północą i mamy szczęście, bo pół godziny później zabawa jednak zaczyna się od początku. Ktoś zapomniał przekazać informację o naszej awarii, ktoś inny wpadł na pomysł, że w ramach weekendowej rozrywki uzupełni wodę w kaloryferach w naszej kamienicy… Kiedy w niedzielę wieczorem wsiadam do pociągu, a wtedy jeszcze nie Małżonek opowiada o całej sytuacji swojej mamie, ta jęczy tylko przerażona „myślisz, że ona tu jeszcze kiedyś wróci po takich początkach?”.

Jak widać, wróciłam. Trzy miesiące później planujemy swojego pierwszego wspólnego sylwestra. Wiecie – kameralna imprezka w gronie przyjaciół, romantyczny nastrój, świece, pocałunek o północy. Wspólne patrzenie na kolorowe fajerwerki i wspólne rozpalanie własnych fajerwerków. Kiedy przyjeżdżam do Łodzi okazuje się, że… Nie, robaczki, wcale nie kaloryfer. Tym razem na naszej drodze staje jelitówka jeszcze nie Małżonka. Na początku mamy cichą nadzieję, że to zwykła niestrawność i wprawdzie zamiast szampana sączyć będziemy miętę i krople żołądkowe, a zamiast balować do rana posiedzimy na kanapie pod kocykiem, ale i tak będzie super. Rzeczywistość szybko sprowadza nas na ziemię. To jest jelitówka. Kto przeżył, ten wie. Kto nie przeżył, temu nie będziemy psuć niespodzianki. Wrażenie są ekstremalne. Kiedy o północy jeszcze nie Małżonek zaczyna w końcu wygrzebywać się z doliny rozpaczy, przypominamy sobie boleśnie, że jelitówka jest bardzo zaraźliwa i od północy po tejże dolinie chyba w nieskończoność wędruję ja. I wiecie co? Jak już przebrniesz przez te wszystkie „zrobisz mi mięty?”, „żyjesz tam w tym kibelku?”, „teraz moja kolej” i „chyba kończy nam się papier toaletowy”, to wiesz, że już naprawdę niewiele może cię zdziwić i naprawdę niewiele zostało do ukrycia.

Czas na was

Możecie się śmiać, możecie się dziwić, ale są na związkowej drodze takie momenty – a każda para ma swoje własne – które otwierają ci oczy. Które pozwalają ci spojrzeć na partnera z nowej perspektywy. Kiedy widzisz go energicznego i skupionego w sytuacji kryzysowej, pozytywnego w zmęczeniu, wspierającego w trudzie, ale też bezbronnego, bezradnego, potrzebującego opieki. Takie chwile zdzierają maski, w takich chwilach trudno jest udawać, zachowywać pozory, trzymać gardę. Takie chwile są najcenniejsze, bo chyba jak żadne inne pokazują, jacy jesteśmy naprawdę i weryfikują nasze oczekiwania wobec siebie i wobec drugiej osoby. Mówisz „sprawdzam” i widzisz, czy on albo ona – bez makijażu, z nieumytymi zębami, w piżamie przemoczonej od lejącej się z kaloryfera wody, z bagażem spędzonej w objęciach sedesu nocy – to rzeczywiście ta druga połowa pomarańczy, której szukasz i w której istnienie chcesz wierzyć.

I wszystko staje się jasne.

Pamiętacie jeszcze tego klienta, o którym wspominałam na początku? Tego od „ą”, „ę”, umyj zęby przed porannym buziakiem i nie pokazuj mi się w wałkach na głowie? Kiedy zbierał się do wyjścia po podpisaniu umowy, rzuciłam pół żartem, pół serio:
– A Pan na narty bez żony?
– No tak. Bo my już jesteśmy 10 lat po rozwodzie.

Także ten. Wiadomo. Najlepiej w sprawie twojego udanego i szczęśliwego związku małżeńskiego doradzi ci rozwodnik.

A Wy jakie mieliście swoje momenty próby? Macie odwagę się przyznać?

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. A przy okazji sprawisz przyjemność jednej blogującej po nocach mamie.

 

2 Responses

  1. Marta K
    | Odpowiedz

    Mieliśmy sporo momentów prób. Jeden nawet mocno drastyczny i ekstremalny. Tuż przed pierwszą rocznicą ślubu. Chyba właśnie oczekiwania – i tu Cię zaskoczę – innych nas przerosły. Z hukiem się wyprowadziłam. Dwa miesiące myślałam i myślałam. Aż w końcu wróciłam, wszak mąż to mąż i to za niego a nie innych wyszłam. Olaliśmy całkowicie tych doradzaczy, posklejaliśmy to, co pękło. Teraz już wiem, nawet wtedy jak w kłótniach mam ochotę rzucić w niego talerzem z najlepszej zastawy, że to z nim chcę być, jego kocham i oczywiście! nie oszczędzę mu żadnego widoku mnie w wałkach na głowie 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Oczekiwania innych to jest zawsze dodatkowy, i to bardzo ciężki!, balast dla związku, zwłaszcza młodego. Dlatego ja uważam, że najlepiej jest od początku mieszkać na swoim. Nawet bardzo skromnie, nawet bardzo ciasno, ale bez dodatkowych opinii i wtrącania się innych. Chociaż czasami ma się tak „ekspansywne” otoczenie, że i mieszkanie samodzielne nie wystarczy 😀

Skomentuj