To już lato, czyli wyznania parawaniarza

with 2 komentarze

Jest lato, a jak lato, to wiadomo, że w mediach albo o fali upałów, albo o fali zimna, jeśli pogoda nie rozpieszcza, czyli dokładnie tak jak teraz. Jak tylko jednak promienie słońca zaczną przebijać się przez chmury, a na plaże wylegną urlopowicze, którzy z wakacji chcieliby przyjechać w wersji „brąz de luxe” a nie „córka młynarza”, pojawi się temat, który z roku na rok bawi mnie coraz bardziej. Parawany. A raczej PARAWANY (tutaj w tle złowieszcza muzyka), które okazują się największym faux pas, największym obciachem i największym argumentem, żeby zamiast nad Bałtyk jechać do ciepłych krajów, bo tam to, panie drogi, pierwsza klasa i takiej żenady nie uświadczysz. Jeśli oczekujecie teraz psioczenia na polskich Januszy, to możecie spokojnie nacisnąć ten krzyżyk w prawym, górnym rogu. Bo ja, moi drodzy, jestem parawaniarzem i wcale się tego nie wstydzę.

 

Pani Ewo, cała ta historia zaczęła się ponad trzydzieści lat temu, gdy pierwszy raz zawitałam nad polskie morze – powiedziałabym w Trudnych rozmowach, gdyby ktoś mnie zaprosił do takiego programu. Bo tak właśnie było! Choć media trąbią o parawanacho od kilku sezonów, jakby to był jakiś dopust boży i aberracaja nowoczesności (kiedyś to było lepiej... kiedyś to ludzie się potrafili na plaży zachować... kiedyś sąsiad nie odgradzał się od sąsiada i wspólnika w słoneczno-piaskowej niedoli), to moi drodzy – trzymajcie się krzeseł, bo nie uwierzycie – parawany były nad polskim morzem już kilkadziesiąt lat temu, czasem w towarzystwie wielkich wiklinowych koszy, które spełniały mniej więcej ten sam cel. Chroniły przed wiatrem.

Bo jeśli ktoś się zastanawia, po co komu kolorowa szmata na kijach na plaży, to sprawa jest, kurde, bardzo prosta. Bo...

 

... NAD BAŁTYKIEM WIEJE

Może i na gorących plażach południowych parawan niepotrzebny, bo tam lekki podmuch wiatru to upragnione orzeźwienie, a plażowicze kryją się przed palącym słońcem pod parasolami, ale nad naszym, polskim i wcale nie gorącym morzem, wiatr potrafi być, delikatnie mówiąc, przenikliwy... Zszokowani? Ja też byłam, jak mi porwało ukochany kapelutek z falbanką w 1986 roku (na szczęście tata go ocalił) i jak w 2013 zapierdzielałam po plaży za bardzo zbliżonym w kształcie kapelutkiem mojej córki. Nie była to podróż w czasie, o nie, po prostu dalej wiało!

Taki już urok naszego morza, że często na plaży i to nawet przy pięknej, słonecznej pogodzie, wieje tak, że pracowicie ułożona u stylisty fryzura po kwadransie wygląda jak „pierun w mietłe” a piasek wygrzebujesz ze wszystkich otworów ciała i to także tych skrupulatnie zakrytych. W razie gdybyście się zdziwili, to tak, na plaży jest też piasek, a na tej nadbałtyckiej – w odróżnieniu od kamieni w Chorwacji na przykład – piaseczek jest mięciutki i drobniutki, ale też bardzo lotny. I oczywiście mini burza piaskowa zrywa się właśnie wtedy, gdy pracowicie nasmarujesz sobie plecy super ekstra balsamem filtr 4000, pomimo którego i tak będziesz jutro smarował maślanką czerwone od słońca plecy. Oczywiście jak już zetrzesz ten przyklejony piasek, ku uciesze Krzyśka z ręcznika w ptaszki i Staśka z leżaka w żaby latające na smażonej kiełbasie. Bo oczywiście, jesteś na publicznej plaży i...

 

... LUDZIE SIĘ GAPIĄ

A gapią się tym bardziej, im bardziej musisz zrobić coś obciachowego. Gacie od super modnego kostiumu za pińcet złotych monet wlazły ci w tyłek? Jak tylko zaczniesz je dyskretnie wyciągać, okaże się, że obserwuje cię rodzina górali spod Zakopanego, co nad morzem są pierwszy raz od 20 lat, ale teraz już na bank zaczną przyjeżdżać częściej, skoro takie show w gratisie. Jak zechcesz zmienić mokry po kąpieli kostium (nie, żebyś specjalnie moczyła się w wodzie o luksusowej temperaturze 16 stopni, ale załóżmy, że ci fala męża porwała i trzeba było go ratować, bo w kieszeni kąpielówek miał akurat klucze od auta) i pracowicie owinięty wokół bioder ręcznik zsunie ci się mimo podtrzymywania trzecią ręką, to zobaczy to akurat kolonia czwartoklasistów, która właśnie wchodzi na plaże wejściem numer 43 jakieś 300 metrów od ciebie, a echo ich pytań „proszę pani, a czemu tamta pani ma TAKIE COŚ” dojdzie cię i twoich sąsiadów mimo odległości i wyjącego wiatru. Parawan może więc uchronić resztki twojej godności, bo nawet jeśli nie zdążysz zakryć w porę czterech liter, to przynajmniej możesz schować twarz już po fakcie z nadzieją, że jak założysz długą do ziemi kieckę, to nikt cię nie rozpozna, bo – umówmy się – w takiej sytuacji ich uwaga skupiła się gdzie indziej niż na twojej facjacie. I jeszcze jedno – parawan daje też pewne minimum dyskrecji i prywatności, jeśli chcę na plaży nakarmić dziecko piersią. No bo, kolejne szokujące odkrycie....

 

... NA PLAŻĘ ZABIERAM DZIECI

Plażing, leżing i smażing to, wiadomo, synonim wakacji każdego rodzica. To właśnie robimy. Wchodzimy na plażę, rozkładamy parawan i ręczniczek i pieczemy się na słoneczku, sącząc drinka z palemką, a po kilku godzinach wracamy na kwaterkę, żeby przygotować się do wieczornej imprezy. A nie, zaraz, wróć, to było jakoś inaczej, zacznijmy od początku. Wchodzimy na plażę, wypakowujemy z wózeczka na kółeczkach kocyk, ręczniki, łopatki, grabki, foremki, koparki, młynki do piasku i sam Neptun wie, co jeszcze. Do tego prowiant na wyjątkowe sytuacje, czyli nagły atak głodu u dzieci, który nastąpi za 3...2...1...0... od wejścia na plażę, pomimo tego, że właśnie skończyliśmy śniadanie. Usadzamy więc dzieci i całe to foremkowe tałatajstwo na piasku, sięgamy po kocyk, rozkładamy go i w tym momencie orientujemy się, że dzieci zniknęły. Młodsze wyjada piasek spod ręcznika sąsiadki z takim zapałem, jakby właśnie kopało tunel do Szwecji, a Starsze właśnie zaprzyjaźnia się z miłą panią rozwiązującą krzyżówkę jakieś dwieście metrów dalej i wcale nie zainteresowanej udzielaniem odpowiedzi na pytanie „proszę pani, a dlaczego masz taki duży brzuch?”. I właśnie dlatego, moim drodzy, właśnie dlatego, w moim plażowym wózeczku – model granatowy w białe kropki wersja de luxe ładowność trabanta (dzięki za prezent, wujku, naprawdę się sprawdza!) – zawsze jest parawan i gumowy młotek (nie na dzieci, żeby nie było...).

Powiedzmy sobie jasno – nikt zdrowo myślący, nie taszczyłby na plażę dziesięciu metrów materiału na drewnianych kijach, gdyby było inne wyjście. Nikt normalny, nie zaczynałby relaksu na plaży od kwadransa stukania młotkiem z ciągle spadającą główką (czy oni to robią celowo, ja się pytam? Jakiś sfrustrowany Mietek z narodowej fabryki młotków do parawanów siedzi i specjalnie luzuje te $%&*^& młotki?) a potem kolejnego kwadransa okopywania parawanu, żeby przez szparę dolną nie sypał się piasek i nie zwiewały dzieciaki, gdyby to nie było znaczne ułatwienie życia. A jest – przy moich ruchliwych małpiszonach umiejętnie ustawiony parawan pozwala na częściowe chociaż ograniczenie ryzyka zaginięcia malucha, kiedy odwrócę głowę, żeby wyjąć z torby soczek albo na przykład mrugnę (serio, rodzice czasem to robią). Nie łudzę się oczywiście, że parawan zatrzyma dzieciarnię, bo też nie taka jego rola, ale może ją spowolnić w razie próby nagłej ucieczki, dając matce cenne sekundy na zebranie z ziemi tego, co kilka (no dobra, raczej kilkanaście) lat temu było królową kolonii w Osłoninie, a dziś jest najwyżej baśnią o słoninie.

I jeszcze jedna mała zaleta parawanu – jak sobie już pracowicie ogrodzisz swój kawałek terenu i twoje bąble zaczną tam właśnie kopać dziury i budować zamki, to żaden przechodzący Heniek albo Zośka biegająca za latawcem nie wpadną do waszego wilczego dołu ani nie rozdepczą wieży Roszpunki, co znacznie zmniejsza ryzyko napadu histerii i ryku o natężeniu zbliżonym do motorówki połączonej z rannym morsem. Że już nie wspomnę o płaczu dziecka. Bo chociaż materiał parawanu jest wyjątkowo cienki i bynajmniej nie dźwiękochłonny (o czym zdaje się zapomniała jedna miła para radośnie oddająca się uciechom w swoim namiociku ukrytym za barierą we wzorkiem w misie... true story...), to jednak...

 

...DAJE ZŁUDZENIE ZACISZNEGO SPOKOJU

Chociaż na tej samej plaży siedzi jeszcze trzy tysiące takich samych rodzin, jak twoja, drugie trzy tysiące rodzin bardziej hałaśliwych (tak, to możliwe...), trzecie trzy tysiące singli, którzy wcale mniej hałaśliwi nie są (Rychu, daj jeszcze jednego „marynarza”) a do tego kilkaset Adasiów Miałczyńskich, co przyjechali nad polskie morze szukać spokoju i relaksu w ciszy, to ukryty za swoim parawanikiem możesz na chwilę o tym zapomnieć. Dyskretnie wytrzeć spocony kark, przeczesać palcami sklejoną od tłustego filtra grzywkę, obejrzeć spieczone na raka kończyny (łooo matko, a mówili, że kolana się nie opalają), zmienić dziecku trzydziestą pieluchę, pocieszyć w rozpaczy po nieudanej babce w kształcie kraba bez oka albo oddać się konsumpcji kanapki z kiełbasą podwawelską i jarmużem czy mini zestawu sushi na wynos. Jeśli parawan rozstawisz – co nie jest łatwe - odpowiednio strategicznie, czyli tak, żeby nie wiało do środka mieszanką burzy piaskowej i powietrza arktycznego, to możesz jednocześnie leżeć w swoim zaciszu i obserwować błękit morza i białe grzywy fal, upstrzone mniej lub bardziej gęsto mniej lub bardziej powabnymi sylwetkami rodaków na urlopie.

 

 

Na koniec ważne rozróżnienie.

 

Jestem parawaniarzem, ale nie wstaję o szóstej rano, żeby zarezerwować sobie miejsce na plaży. Ani o siódmej, ani o ósmej. Podobnie jak nie wstaję bladym świtem, żeby zarzucić ręcznik na leżak przy hotelowym basenie. Jeszcze mi nie przygrzało do tego stopnia. Zresztą zbyt leniwa jestem.

Jestem parawaniarzem, ale uważam, że takie rozłożone na pusto parawany możesz sobie spokojnie zwinąć i ładnie złożyć na kupkę, żeby właściciel odebrał, jak mu się zechce zwlec z łóżka i dotrzeć na miejsce w porze obiadowej. Jeśli chce ci się oczywiście wdawać w pyskówki. Mi tam szkoda nerwów, wolę sobie podejść te 150 metrów dalej i rozłożyć się tam bez dyskusji o kiju w tyłku i udowadniania sobie nawzajem, kto ma większy młotek. Zresztą, staram się jeździć nad morze poza sezonem i do mniej popularnych miejscowości, dzięki czemu nie muszę wysłuchiwać, jak Krystyna, która przyjechała do Mielna na początku sierpnia, żali się, że tyyyyyyle ludzi się na plażę zwaliło.

Jestem parawaniarzem, ale rozstawiam swój parawan tak, żeby można było koło niego spokojnie przejść. Raz, że nie lubię słuchać, jak tuż za materiałową ścianką Marian z Heleną kłócą się o ten barszcz co był za słony trzydzieści lat temu, a dwa że nie chcę, żeby oni musieli słuchać, jak wcinam swoją kukurydzę za pięć złoty dwie sztuki plus saszetka soli, no bo jeszcze by chcieli, żeby im jedną kolbę odpalić. No i pamiętajmy o ratownikach, którzy muszą mieć dostęp do wody, żeby ratować tych, co nie ogarnęli, że morze może być niebezpieczne, a pilnowanie kapiącego się dziecka z dystansu piętnastu metrów to nie jest perfekcyjne rozwiązanie.

Jestem parawaniarzem, ale nie zajmuję dla siebie obszaru, na którym mogłabym wybudować domek z altanką albo ranczo do hodowli alpaki, tylko kilka metrów kwadratowych, żeby pomieścić wspomniane wyżej foremki i dzieci oraz męża, który czasem lubi wyciągnąć się na kocyku tylko po to, żeby po piętnastu sekundach dzieci mogły powiedzieć mu „taaaatoooo.... pobaw się z nami” i żeby mógł bez wyrzutów sumienia licytować się z kolegą na wielkość łopatki a potem razem kopać dół o głębokości dorosłego człowieka. Nie że dla własnej frajdy, o nie, to dla dzieci oczywiście...

Jestem parawaniarzem, ale traktuję parawan jak to, czym rzeczywiście jest – gadżet przydatny przy plażowaniu w polskich warunkach przyrodniczo-pogodowych a nie przedłużenie penisa czy inny atrybut pod hasłem „mnie się należy, na urlopie jestem”.

Jestem parawaniarzem, ale nie jestem burakiem, bo to akurat wcale nie zależy od posiadania parawanu.

 

JEŚLI TEN TEKST CI SIĘ SPODOBAŁ, POLUB GO LUB UDOSTĘPNIJ. NIECH INNI TEŻ SOBIE POCZYTAJĄ! NO I MÓJ PARAWAN BĘDZIE SZCZĘŚLIWSZY!

2 Responses

  1. pasjo(m)atka
    | Odpowiedz

    Witaj w klubie. Mnie śmieszą te obszerne materiały w tv nt. parawanów. Ja używam ich głównie ze zgledu na małe dzieci i wcale nie uważam, że to obciach. Pozdrawiam i zapraszam do siebie☺

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Tak naprawdę to nie parawany są problemem, ale mentalność niektórych ludzi o naturze cwaniaków. Dla nich parawan to jak obsikiwanie terenu, żeby go sobie oznaczyć. Tylko że ten teren akurat jest wspólny 🙂

Skomentuj