Kiedy Twoje dziecko nie chce wyjść z placu zabaw…

with Brak komentarzy

dziecko nie chce wyjść z placu zabawZnamy to wszyscy, czyż nie? Dziecko bawi się na placu zabaw, szaleje na huśtawkach czy drabinkach, jest uśmiechnięte i zadowolone. Aż w końcu przychodzi czas powrotu do domu i wtedy zaczyna się armagedon. Nie pomagają prośby, perswazje, logiczne argumenty, że obiad, że praca, że bajka, że mama musi siusiu. Dziecko po prostu nie chce wyjść z placu zabaw i cała reszta go nie obchodzi.

 

Konia z rzędem temu, komu nigdy nie zdarzyło się uciekać z placu zabaw z zapłakanym, krzyczącym dwulatkiem albo obrażonym trzylatkiem, który wcześniej zrobił teatralna scenę z rzucaniem się na ziemię albo rzucił się w dziką ucieczkę przed zdesperowanym rodzicem… Jeśli teraz uśmiechacie się z politowaniem, bo WASZE DZIECI TAK NIE ROBIĄ, to raczej nie jest tekst dla Was. Ale jeśli kiwacie ze zrozumieniem głową, wspominając te wszystkie momenty, kiedy chciałoby się udawać, że to jednak nie moje dziecko albo walnąć furtką i po prostu pójść do domu bez małego wrzaskuna, to może przyda Wam się kilka pomysłów, które mi bardzo ułatwiły życie. I dzięki którym osiem, a może i dziewięć na dziesięć powrotów z placu zabaw kończy się na drodze pokojowej i w obustronnie (w naszym wypadku trójstronnie, bo dwoje dzieci plus mama) pogodnym nastroju.

 

Rytm dnia

W naszej codziennej egzystencji bardzo dobrze sprawdza się regularność. Nie chodzi o to, by niewolniczo trzymać się stałej ramy, bo improwizacja od czasu do czasu to fajna odmiana i dodatkowe emocje, ale obecność pewnego stałego schematu, który dzieci znają i rozumieją, wiele ułatwia. Śniadanie, czas na zabawę, czytanie książeczek, drugie śniadanie, spacer, podwieczorek, kąpiel to swoiste klocki, łatwo rozpoznawalne dla dziecka, z których możecie zbudować swoją rzeczywistość.

Mała rada – warto ten plan dnia ułożyć tak, żeby po spacerze przypadała jakaś atrakcyjna dla dziecka aktywność, która będzie je dodatkowo motywować do powrotu do domu (ulubiona zabawa czy forma wspólnego spędzania czasu). U nas najlepiej sprawdza się taki schemat, w którym plac zabaw i spacer wypadają po odebraniu starszej córki z przedszkola ale przed codzienną bajką w TV (oglądamy jeden odcinek dziennie). Kiedy dziewczyny marudzą z wyjściem z placu zabaw, często wystarczy informacja „jeśli nie wyjdziemy teraz, przegapimy Nelę, małą reporterkę”, żeby błyskawicznie zebrały się do powrotu. Dodatkowo te pół godziny oglądania to dla mnie idealny czas, żeby przygotować szybki obiad bez marudzącej z głodu asysty.

 

Uprzedzanie faktów

Wyobraźcie sobie przez chwilę, że oglądacie ulubiony serial i nagle partner/partnerka wchodzi, wyłącza go w najważniejszym momencie i mówi, że czas spać albo czas wychodzić. Fajnie? Raczej średnio. To samo przeżywają dzieciaki na placu zabaw, kiedy nagle w środku zabawy każemy im zbierać zabawki albo żegnać się z kolegami. Nic więc dziwnego, że zamiast spokojnego wyjścia, odpowiadają nam często sprzeciwem, łzami albo gwałtownym protestem.

Nie trzeba wiele, żeby to zmienić. Wystarczy uprzedzić, ile czasu zostało. Zapytać, co chcą jeszcze zrobić przed wyjściem. Jak dużo czasu potrzebują, żeby dokończyć zabawę. Ważne są jednak konkrety, bo dla dzieci pojęcie czasu jest totalnie abstrakcyjne, a dziesięć minut nie różni się od godziny czy minuty. Jeśli więc umawiamy się na dziesięć minut, to pokazujemy sobie na zegarku, do którego miejsca ma dojść wskazówka i co jakiś czas sprawdzamy, czy już tam dotarła. Jeśli dziecko chce jeszcze pozjeżdżać, to ustalamy, ile zjazdów dokładnie robimy przed wyjściem i razem je głośno liczymy. Jeśli dziecko potrzebuje dokończyć zabawę, to omawiamy konkretnie, co jeszcze zamierza i potrzebuje zrobić (np. stawiamy jeszcze trzy babki, budujemy dwie wieże zamku, odgrywamy przygodę z bajki jeden raz). Łatwiej jest pożegnać się z fajną aktywnością, jeśli mamy poczucie, że zamknęliśmy ją całą albo chociaż jakiś jej etap.

 

Nie chcę tu tego zostawiać!

A propos zamykania aktywności. Niektóre dzieciaki – w tym moja córka – mają duży problem z zostawieniem za sobą efektów zabawy (jak zostawię swój zamek, to dzieci go zniszczą, jak zostawię ogródek z liści wsadzonych w piaskownicy, to ktoś go zadepcze itd.). I w sumie trudno im się dziwić – jak się nad czymś napracujemy, to boli nas myśl, że nasz dorobek się „zmarnuje”.

Metodą prób i błędów udało nam się wypracować sposób i na ten problem, choć wymaga on nieco kreatywności. Przed wyjściem z placu zabaw sami albo sprzątamy, albo utrwalamy efekty zabawy. Nie oznacza to, że wystarczy po prostu zburzyć babki czy zetrzeć rysunek na piasku, ale trzeba to „zamknięcie” uczynić finalnym elementem zabawy. Brzmi mętnie? No to spójrzmy na konkrety. Po zbudowaniu zamku przychodzi trzęsienie ziemi, wkraczają olbrzymy albo wjeżdżają koparki, które przygotowują teren pod lunapark (i to może być pomysł na zabawę „następnym razem”). Po posadzeniu listków i gałązek w piaskownicowym ogródku, przychodzi czas na żniwa i zakopanie zbiorów w tajnej kryjówce pod ławką . Po dokończeniu rysunku patykiem, można mu zrobić pamiątkowe zdjęcie, które pokażemy potem tatusiowi.

Czasem wystarczy chwilę pomyśleć, zaproponować dziecku sensowne albo totalnie nieszablonowe zakończenie zabawy, żeby uniknąć wielkiej rozpaczy i niepotrzebnych nerwów. Zresztą – ta uwaga dotyczy już nie tylko placu zabaw, ale i innych codziennych aktywności.

 

Pożegnalny rytuał

Przydatny bywa też rytuał pożegnania z placem zabaw. Przybicie piątki z huśtawką, posłanie buziaka karuzeli czy „papa, zjeżdżalnio!”, „do zobaczenia następnym razem, placu zabaw!” rzucone przy wychodzeniu. U nas takie słowne pożegnanie wystarcza, ale Wy możecie sobie wypracować własny sposób. Znam mamę, która na koniec zawsze objeżdża dookoła plac zabaw z dzieckiem w spacerówce. Inna przechodzi z synkiem pod drabinkami, jak pod mostem. Dla postronnego obserwatora to może wydawać się głupie. Ale jeśli coś się sprawdza, to głupie nie jest!

 

Zmęczone dziecko

Plac zabaw to nie jest energooszczędna aktywność. Dzieci skaczą, kopią, biegają, wspinają się, turlają, wcierają sobie piasek we włosy i wykonują mnóstwo innych czynności. Zmęczyć się można od samego patrzenia. Warto więc planować wizyty w huśtawkowo-zjeżdżalniowym raju tak, żeby trafić w moment, kiedy dziecko nie jest zmęczone, głodne czy niewyspane, bo wtedy nie tylko będzie marudzić zamiast się bawić, ale też najprawdopodobniej ogłosi bunt, gdy padnie hasło wyjścia.

Wiemy to wszyscy – dzieci z niezaspokojonymi podstawowymi potrzebami (jak właśnie sen czy głód) to nie są dzieci łatwo współpracujące. Prędzej niż rozsądną akceptację propozycji odpoczynku usłyszymy od nich „nie” na każdą możliwą opcję. Gdyby nawet oczy miały im się same zamykać, będą kurczowo trzymać się plastikowych grabek i krawędzi piaskownicy, choćby tylko po to, że żeby siedzieć w niej i płakać ze zmęczenia. Jeśli więc tylko się da – plac zabaw odwiedzamy w czasie największej aktywności dziecka i opuszczamy go ZANIM zacznie padać ze zmęczenia. Przy okazji warto mieć ze sobą jakąś sensowną przekąskę. Nie wiem, jak u Was, ale moje dzieci na placu zabaw zawsze są głodne. Czasem od razy po wejściu…

 

Droga do domu

Opuszczenie placu zabaw to jedno, dojście do domu to już inna sprawa. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie nader często dzieciom po przekroczeniu magicznej furtki rozładowują się baterie. Choć minutę temu biegały jak szalone, nagle doznają uwiądu kończyn oraz ataku krańcowego wycieńczenia. Lub – przeciwnie – w przypływie emocji i energii zaczynają latać jak szalone, uciekać, przepychać się i generalnie robić wszystko, żeby wspomnienie miłych szybko zatarło się w matczynej pamięci.

Możecie się oczywiście upierać, że dziecko musi i ma iść samo, spokojnie do domu, choćby oznaczało to, że dystans 500 metrów zajmie wam godzinę. Ale możecie też poszukać innych opcji. Hulajnoga lub rowerek, wyścigi koników albo przemieszczanie się na czas od punktu A do punktu B – warto poszukać swojego rozwiązania. Ja na moich dzieciach przetestowałam sporo i okazuje się, że przy kombinacji ich zmęczenia z moimi nerwami najlepiej sprawdza się… wózek i nosidło. I choć może z zewnętrznego punktu widzenia mama z jednym dzieckiem w wózku i drugim na plecach to już niezły hardcore, to zapewniam Was, że mniej zmęczona docieram do domu po 10 minutach takiej wędrówki niż po godzinie „ja sama”, „ja nie chcę”, „ona nie może iść obok mnie”, „nie lubię tych butów” i „daleko jeszcze?”.

 

Dziecko nie chce wyjść z placu zabaw? Ma prawo!

To chyba tyle. Ktoś mógłby powiedzieć, że po co wszystkie te kombinacje. Że dziecko ma słuchać, jak rodzic mówi, i robić bez marudzenia to, co rodzić każe. Ja tak nie uważam. Dziecko to tak samo człowiek, tylko że mały, i ma prawo do swoich opinii, zachcianek, planów i preferencji. I mocno wierzę w to, że zamiast walczyć z nim o dominację, zamiast naciskać, zmuszać i szantażować, warto zagrać w tej samej drużynie i znaleźć sposoby funkcjonowania, które zadowolą obie strony. I dotyczy to pożegnania z placem zabaw tak samo, jak każdej innej dziedziny życia.

A Ty? Co robisz, kiedy Twoje dziecko nie chce wyjść z placu zabaw? Podzielisz się swoimi patentami?

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

Skomentuj