Pierwsza komunia – a co Ty z niej pamiętasz?

with 2 komentarze

pierwsza komuniaPierwsza komunia. Pamiętam tamtą majową niedzielę. Jedną z tych pachnących bzem i kasztanami. Słoneczny, ciepły dzień. Mały, wiejski kościółek wypełniony po brzegi znanymi i mniej znanymi twarzami. Ołtarz zatopiony w białych kwiatach i ławki ozdobione długim, zielonym wiankiem plecionym dzień wcześniej przez mamę, babcię i sąsiadki zgromadzone na naszym podwórku.

 

Pamiętam…

rozemocjonowane twarze kolegów i koleżanek. Niby tych samych, a jednak jakoś innych. Chłopców w odświętnych garniturach, może pierwszych w życiu, i dziewczynki w wianuszkach na głowie i w białych sukienkach z falbanami i bufkami.

I swoją sukienkę też pamiętam, bezową, a jakże, wymarzoną i idealną. Wtedy. Dla mnie. Wybrałam ją sama, zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. I miałam to szczęście, że mama pozwoliła mi o swoim stroju zdecydować samej. Bez ingerowania, bez oceniania, bez kwestionowania mojego gustu. Jeśli miała jakieś zastrzeżenia, zachowała je dla siebie, pozwalając mi w MÓJ dzień wyglądać tak, jak JA sobie wymarzyłam, choćby ilość falban i marszczeń mocno przekraczała granice dorosłego, bardziej wyrobionego gustu. I jeszcze loki pamiętam – mama nakręciła mi je na wałki gotowane w gorącej wodzie a potem upięła wsuwkami pod wianuszkiem.

 

Pamiętam też…

komunijne przyjęcie, przygotowane w domu przez rodziców. zaścielone białym obrusem stoły w ubranym w kwiaty pokoju. Długie stoły, bo choć grono wyłącznie rodzinne, to rodzina u nas liczna. I sesję zdjęciową pamiętam – w sadzie, pod zielonymi drzewami. Z rodzicami i chrzestnymi, z kuzynami i ciotkami. Z aparatem przekazywanym z ręki do ręki, tak że kuzyn ma ucięty kawałek drogi, a nogi cioci kończą się w okolicy kostek. Poszła na tę sesję – kto pamięta? kto pamięta? – cała klisza 36-klatkowa!

 

Pamiętam prezenty…

cudownie pachnący bukiet konwalii od cioci, złoty łańcuszek od matki chrzestnej, ruski zegarek z białym paskiem – nakręcany, a nie na baterie! – od nawet nie pamiętam kogo. I pieniądze, za które kupiłam sobie tydzień później wymarzony, czerwony rower górski. I paczkę takich kulek, które się zakładało na szprychy, a one potem tak śmiesznie stukały.

 

Pamiętam…

jak chyba trzy tygodnie później przyszło Boże Ciało, a my, komunijne dziewczynki, znowu mogłyśmy włożyć nasze sukienki i na procesji sypać kwiaty przed księdzem niosącym monstrancję wysoko w górze. Tak. Mogłyśmy, nie musiałyśmy. Nikt nam nie kazał, ale przyszłyśmy wszystkie, bo w tej możliwości, w tej uroczystości było coś niezwykłego, coś ważnego. Więc choć było gorąco, a asfalt topił się i przyklejał do podeszew naszych białych pantofelków, krok za krokiem sięgałyśmy do naszych koszyczków i w rytm „święty, święty, święty Pan Bóg zastępów” ścieliłyśmy dla Niego – dla Jezusa, nie dla księdza – ścieżkę wysłaną stokrotkami, bzem i chabrami zebranymi na okolicznych polach.

 

Pamiętam może przede wszystkim…

to uczucie rosnącego napięcia. Poczucie, że oto dzieje się coś niezwykłego. Że te śpiewy, te stroje, te wierszyki, te przyjęcia to tylko dodatek, to tylko oprawa podkreślająca wyjątkowość momentu, który już sam w sobie jest przecież wyjątkowy. Pamiętam, jak idę do ołtarza, u boku mam kolegę ze szkolnej ławki, i tak jestem przejęta, że po przyjęciu komunii zapominam uklęknąć, choć przecież tyle razy to ćwiczyliśmy na próbach. Bo to JUŻ się dzieje.

I pamiętam mocne przekonanie, że to dopiero początek, a nie koniec drogi.

 

Mówi się dziś…

Mówi się dziś, że ta cała pierwsza komunia święta jest bez sensu, bo dzieci i tak nic z tego nie rozumieją.

Ja pamiętam, że – pewnie nie rozumiejąc wszystkiego, bo i do dziś wielu rzeczy nie ogarniam – rozumiałam jednak znaczenie tego dnia, jego istotę, jego sens.

 

Mówi się dziś, że te przygotowania i wymagania rozbudowane do przesady. Jakieś roraty, majówki, drogi krzyżowe i gorzkie żale. A potem jeszcze egzaminy i próby (co ciekawe, przez szkolnymi uroczystościami czy przedstawieniami jakoś nas one nie dziwią…)

Ja pamiętam, że udział w nabożeństwach, niezależnie od komunii, to była po prostu część mojego życia. Część życia wierzącego dziecka wychowywanego w wierzącej rodzinie. A próby przed uroczystością to tylko sposób, żeby pięknie ją przeżyć.

 

Mówi się dziś, że bez sensu te sukienki, że lepiej alby, bo wtedy skromniej, bo nikomu nie jest przykro, bo wszyscy wyglądają tak samo.

Ja nie pamiętam sukienek moich koleżanek, ale pamiętam, że wszystkie promieniały. I że fajnie było móc wybrać swój strój na swój ważny dzień. I nie musieć dostosowywać się do gustu dorosłych ani wbijać się w jakiś mundurek.

 

Mówi się dziś, że te przyjęcia za kupę kasy, że restauracje rezerwowane dwa lata wcześniej, że prezenty, że sesje fotograficzne, że kosmetyczki i fryzjerki o szóstej rano, to jakaś paranoja i szaleństwo.

Ja pamiętam, że można było skromniej, że można było spokojniej, że można było bez przesadnej pompy.

I widzę w swoim otoczeniu, że dalej można.

 

Pierwsza komunia – współczesny paradoks?

Ciekawa sprawa. Pierwsza komunia święta to uroczystość dla dzieci. Ale jeśli spojrzeć obiektywnie, to wszystkie zarzuty jej stawiane to nie są zarzuty wobec dzieci, a wobec nas, dorosłych. To my rezerwujemy te lokale. To my wypożyczamy fontanny z płynną czekoladą. To my kupujemy w prezencie drony i quady. To my ciągniemy dziewięciolatki do fryzjerki bladym świtem, zamiast im w domu zapleść warkocze.

To my w końcu, niestety my!, mówimy „no to jeszcze tylko biały tydzień i będzie można w końcu przestać latać do tego kościoła”, dając dzieciom doskonałą lekcję hipokryzji.

Bo podstawowy problem z dniem pierwszej komunii świętej polega na tym, że dziś dla wielu osób aspekt religijny jest w tym święcie tylko drugorzędnym dodatkiem do świeckiej imprezki.

 

A Wy pamiętacie swoją pierwszą komunię? Zastanawialiście się kiedyś, jak będą ją pamiętać Wasze dzieci?

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Myślę, że każdy, dla którego I Komunia Święta była znaczącym krokiem w poznaniu Jezusa, pamięta ten dzień. Ja do dziś pamiętam księdza, który przygotowywał mnie do tego dnia – nazywał się Zbigniew Bodecki (kojarzył mi się ze Zbigniewem Wodeckim) i uwielbiałem go, bo potrafił się w swej ofiarności zniżyć się do poziomu dzieci i złapać z nimi świetny kontakt. I chociaż już nie żyje, to zawsze mam w pamięci jego roześmianą, promieniejącą twarz.
    Pamiętam też prezenty – zegarki – elektroniczny i taki ruski właśnie na nakręcanie. Czerwony rower Wigry3 i pieniądze, które w części poszły na spłatę organizacji uroczystości w domu. I mam jeszcze zdjęcie idąc z rodzicami chrzestnymi na popołudniowe nabożeństwo na tle szpitala Zbigniewa Religi, który teraz wygląda już zupełnie inaczej. I pamiętam datę I Komunii – 27 maj, upalny dzień i moich sąsiadów w kościelnej ławce: Daniela i Roberta (obaj wyjechali później do Niemiec). I pamiętam to uczucie, bo rzeczywiście nie wszystko się rozumiało, ale czuło się bardziej dorosłym, poważniejszym.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ksiądz czy katecheta z powołaniem to jest naprawdę skarb. Takich ludzi się pamięta na całe życie 🙂 Ja na takiego super księdza trafiłam dopiero w liceum, ale wspominam go do dziś!

Skomentuj