Pierwsze takie wakacje, jedyne takie miejsce

with 2 komentarze

Licheń jezioroPamiętasz swoje pierwsze wakacje? Takie prawdziwe, utrwalone za zawsze w twojej głowie. Nie migawki, nie przebłyski, nie czający się gdzieś w podświadomości smak lodów Bambino wymieszanych z piaskiem czy widok taty pędzącego po plaży w pogoni za twoim koronkowym kapelutkiem, ale rzeczywiste, pełne, barwne wspomnienie tego czasu z dala od domu, gdzieś w innym, nie-szkolnym, nie-codziennym świecie. Ja pamiętam. Pamiętam bardzo dobrze. Wybierzecie się ze mną w małą podróż w czasie?

 

Jest rok może 1992, może 1993 – takie detale jak daty akurat nie mają tu najmniejszego znaczenia. Na pewno są to czasy szkolne, bo przecież nigdy wakacje nie smakują tak dobrze, tak pysznie jak wtedy. A więc ja, lat dziewięć czy dziesięć, brązowe włosy w mysi ogonek uparcie hodowane, żeby – jak wszystkie koleżanki w klasie – mieć piękne loki na pierwszą komunię, odrapane od biegania po krzaczorach ręce, posiniaczone od piłki nogi. Uśmiech od ucha do ucha. Kiedy rodzice proponują wyjazd nad jezioro, cieszymy się z braćmi jak chyba każde dziecko w takiej sytuacji, ale nie wiemy jeszcze wtedy, że to właśnie tam przyjdzie nam spędzić taki czas, który wryje się gdzieś w pamięci, zostanie z nami na zawsze. Sprawi, że mimo innych, obiektywnie bardziej atrakcyjnych opcji, będziemy chcieli tam wracać. Rok po roku, rok po roku.

 

Licheń. Tak, TEN Licheń. Pewnie wszyscy znacie to miejsce. Ale nie znacie go takim, jakim poznałam go ja. Dzisiaj to ogromna bazylika, dla jednych piękna, dla innych kiczowata. Dzisiaj to tłumy pielgrzymów czy turystów, to coraz więcej kiczu, to hałaśliwe wesołe miasteczko w samym sercu niewielkiej miejscowości, to coraz wyższe ceny i coraz wyższe oczekiwania. Kiedyś – śmiejcie się, ale aż mi się ciśnie na usta „za moich czasów” – było inaczej, zupełnie inaczej.

 

Jest więc rok 1992 czy 1993, a Licheń to ciągle jeszcze mała wioska otoczona polami. Jest tu znane już coraz bardziej sanktuarium, ale ciągle to raptem jeden dom pielgrzyma, trochę prywatnych kwater, dwa dzikie zupełnie pola namiotowe. Ale przede wszystkim to jezioro. Duże, piękne, dzikie, czyste. Pełne ryb i raków. Ciepłe, tak ciepłe, że wieczorami albo w deszczową pogodę unosi się nad nim gęsty opar pary. Tak ciepłe, że brzydka pogoda nie jest nam straszna, bo nawet w ulewę, nawet przy paskudnym wietrze, w tej wodzie siedzi się jak w wannie. Mówią, że woda jest ciepła, bo służy do chłodzenia turbin niedalekiej elektorciepłowni. My, dzieciaki, nie wiemy, czy to prawda. I szczerze mówiąc, nie zastanawiamy się nad tym cudem przyrody. Cieszymy się nim, korzystamy z niego. Po wizytach nad Bałtykiem, w którym nogi wykręcają się w drugą stronę tuż po wejściu do wody, tutaj czujemy się jak w termach, jak w ciepłych krajach. Dość dodać, że nawet ciepłolubny tata, który – jak sam mówi – do wody wchodzi najchętniej w wannie, tutaj pływa z nami, nurkuje, robi wodne bitwy. Tutaj. U nas. W naszym Licheniu.

Licheń wakacje

 

To jak? Pamiętacie swoje pierwsze wakacje? Ja pamiętam. Pamiętam doskonale, jak tata nauczył mnie pływać żabką. Jak graliśmy w piłkę na dzikim boisku, a razem z nami grały wszystkie chyba okoliczne dzieciaki oraz całkiem pokaźna grupka dorosłych. Pamiętam, jak dzień po dniu na polu namiotowym przybywało namiotów, jak nasz żółty tropik wyróżniał się z daleka. I jak przyciągał osy. Pamiętam te pierwsze chwile o świcie, w całkowitej ciszy, z mgłą unoszącą się lekko nad powierzchnią jeziora. Z rosą chłodzącą bose stopy. Pamiętam kajakowe wycieczki po okolicznych kanałach, skoki do wody z materaca, nurkowanie z zatkanym palcami nosem i „kujaki” cierpliwie przesuwane na bok przez mamę, żeby nasz najmłodszy brat mógł się taplać w przybrzeżnej zatoczce bez uciążliwych wodorostów. I smak raków pamiętam i kiełbaski z ogniska.

W moich wspomnieniach jest pięknie, choć bardzo prosto. Może właśnie dlatego, że prosto. Jest namiot, dmuchane materace, maleńka kuchenka z butlą gazową. Łazienkę zastępuje jezioro, kibelek pod gwiazdami ma swój urok. Dziś widzę, że dla moich rodziców to musiało być niezłe wyzwanie – upilnować trójkę dzieci w takich warunkach, ogarnąć logistykę, gotowanie, przepierki, suszenie i całą resztę. Przy pięknej pogodzie to może jeszcze mały pikuś, przy deszczu… Cóż, pamiętam, że i przy deszczu się nie nudziliśmy.

W moich wspomnieniach jest barwnie, wesoło, rodzinnie. W moich wspomnieniach nawiązują się relacje, ludzie – ci nieznajomi – zaprzyjaźniają się ze sobą, wieczorami siedzą i plotkują o wszystkim i o niczym. Nawzajem pilnują sobie namiotów – przez długie lata wracamy w to miejsce i nigdy nie zdarza się kradzież, nie zdarzają się poważne konflikty. Za to często zdarzają się te same uśmiechnięte twarze, dawni znajomi-nieznajomi; tamci w czerwonym polonezie, ci od zielonego namiotu, wąsacze z Poznania, Aśka i Arek z Koła. W tej prostocie, w tych niewyszukanych warunkach, w tym otoczeniu tchnącym spokojem i naturalnością wszyscy byliśmy jakoś u siebie.

 

Pamiętam jeden dzień, taki nie do zapomnienia. Jest godzina 14, może 15, chmurzy się lekko, wieje wiatr. Skupieni w namiocie gramy w rodzinną partyjkę kart. Pamiętam dokładnie tamten moment. „Ciągnij kartę, Sebciu”. Ciągnie. I nagle ciemno, zimno, mokro. W jednej sekundzie śmiejemy się i gramy, w drugiej szamoczemy się z ciężkim, mokrym, coraz cięższym i coraz bardziej mokrym płótnem, zasłaniamy się przed gradem, próbujemy utrzymać na nogach w porywach zimnego, przejmującego wiatru. Na zewnątrz szaro, niemal ciemno. Latają jakieś przedmioty, pioruny walą jak oszalałe. Mama przeprowadza nas do samochodu, tata dzielnie trzyma namiot, żebyśmy mogli się wydostać – do końca wyjazdu będzie miał zresztą posiniaczone od gradu dłonie. W zaciszu naszego pomarańczowego, dużego Fiata, obserwujemy wichurę za oknem, choć strumienie deszczu i jego głośny, taki głośny szum, sprawiają, że wszystko wydaje się nierealne.

Wszystko trwa może kwadrans, może nawet krócej. Kiedy ulewa się kończy, pole namiotowe wygląda jak pobojowisko. Co ciekawe – nie całe. Szlak przewróconych namiotów, w tym naszego – prowadzi środkiem pola, podczas gdy inne stoją spokojnie. Z naszych dwóch stolików pozostał tylko jeden, co ciekawe – ten, na którym stały naczynia, odfrunął gdzieś w dal, podczas gdy ten pusty został na swoim miejscu. Jest może 15. Nasz namiot leży, a materace, śpiwory, poduszki są przemoknięte do ostatniej nitki. Ciężkie od wody. Mogę się tylko domyślać, jaki niepokój musiała wtedy czuć moja mama na myśl o nadchodzącej nocy z trójką małych w końcu dzieci. Niesamowite zaczyna się jednak dopiero teraz. Nagle szare, ponure chmury rozwiewają się. Wychodzi słońce, pełna, stuprocentowa lampa. Namiotowi sąsiedzi zaczynają sobie nawzajem pomagać. Ten odnosi znalezione na drugim końcu pola krzesło, tamten pomaga postawić mokry namiot, kolejny wykręcać ociekające wodą śpiwory. Powalonych namiotów jest dużo, ale chętnych do pomocy jeszcze więcej. Robi się gorąco. Robi się późno, ale słońce świeci jak w samo południe. Kiedy przychodzi wieczór, nasze śpiwory, nasze materace są suchutkie i zachęcają do spania. Chociaż nam samym trudno w to uwierzyć.

 

Tamto lato, tamte wakacje sprawiają, że zakochujemy się w tym miejscu. Wracamy przez lata, wracamy z ochotą. Przez cały rok czekamy na te dwa tygodnie. Ale z czasem Licheń, nasz Licheń zaczyna się zmieniać. Rośnie, rozwija się, rozbudowuje turystyczno-pielgrzymkową bazę. Ta bazylika, która rosła na naszych oczach, od pustego pola po zwieńczenie kopuły, przyciąga tłumy. Robi się bardziej światowo, bardziej cywilizowanie i… zaczyna nam brakować miejsca. Naszego miejsca. Poczucia swojskości, prostoty, poczucia bezpieczeństwa. Świętego spokoju.

To były pierwsze takie wakacje i jedyne takie miejsce. Dla mnie. Mam nadzieję, że i moje dzieci będą miały takie wspomnienia. Tylko czy są jeszcze takie miejsca?

2 Responses

  1. Madzia
    | Odpowiedz

    Byłam w Licheniu raz i też trafiłam na okropną burzę i wichure. Połamało drzewa, nie mieliśmy prądu 😉 Hardcor 😉 Ale miło wspominam to miejsce i bardzo chciałabym tam kiedyś wrócić.

  2. Anika
    | Odpowiedz

    Ah piękne wspomnienia. Chyba każdy z nas swoje pierwsze wakacje z dzieciństwa wspomina błogo. Mam nadzieję, że moje dzieci swoje wakacje będą wspominały równie pozytywnie.

Skomentuj