Nie podcinajmy dzieciom skrzydeł!

with 4 komentarze

poczucie własnej wartości dzieckaDzieci mają w sobie naturalne pragnienie odkrywania świata. Naturalną potrzebę uczenia się i zdobywania nowych umiejętności. Czasem takich, które przyprawiają nas o zawał serca. Włażą na drzewa, ciągle wyżej, za każdym razem wyżej. Jeżdżą na rowerze z prędkością wiatru. Małymi piętkami wystukują szalony rytm, pędząc leśną drogą z górki na pazurki. Rysują pięćdziesiątego czarnego kota w tym tygodniu. Niezmywalnym markerem, na ścianie w salonie… Każdego dnia pokonują lęki, przekraczają kolejne granice, przełamują bariery. Często niewidzialne dla dorosłych, choć ważne, tak ważne dla nich.

 

A potem wchodzimy my, cali na biało, z naszymi zasadami, uprzedzeniami, ocenami. Z naszymi „nie umiesz”, „jesteś za mały”, „nie dasz rady”, „znów Ci się nie udało”, „nic nie wyszło”, „on potrafi lepiej”, „ona umie ładniej”. Nie bacząc na to, że kilkoma okrutnymi zdaniami możemy podkopać poczucie własnej wartości dziecka.

Wchodzimy my i podcinamy im skrzydła.

 

Jak podkopać poczucie własnej wartości dziecka?

Nie wiem, czy pamiętacie (wspominałam o tym tutaj), ale jestem fanką serialu „Gotowe na wszystko”. W jednym z odcinków organizowany jest szkolny konkurs talentów, w którym udział mają wziąć dwie dziewczynki – Juanita i Jenny. Matka tej pierwszej, Gabrielle, bierze konkurs bardzo na serio, traktując go jako walkę o tytuł najlepszego rodzica z Lee, sąsiadem i adopcyjnym tatą tej drugiej. Widząc nieporadne próby w wykonaniu swojej pociechy, Gabrielle decyduje się ukryć jej buty do stepowania, żeby nie dopuścić do kompromitującego występu. A potem zasiada na widowni, żeby zobaczyć, jak spisze się mała rywalka…

I ma powody do satysfakcji, bo grająca na skrzypcach Jenny fałszuje kilka taktów. Tylko że okazuje się, (niespodzianka!) że dla Lee to nie ma żadnego znaczenia. Że, cały szczęśliwy i wyraźnie wzruszony, dumnie wkracza na scenę, żeby wręczyć córce bukiet kwiatów. I dopiero wtedy Gabrielle zaczyna ogarniać, że to nie o sukces i nie o perfekcję chodzi, a o radość z próbowania, radość ze zdobywania nowych umiejętności, radość z odkrywania własnych możliwości. I w ostatniej chwili cudownie „odnajduje” buty córki, a potem oklaskuje ją ze łzami w oczach.

Ta scena – jak przystało na amerykańską produkcję – jest mocno przerysowana i udramatyzowania. Ale bardzo dobrze pokazuje, jak my – dorośli – możemy wpływać na nasze młodsze i starsze dzieci. Jak możemy im pomagać albo rzucać kłody pod nogi. Jak łatwo możemy budować lub podkopywać poczucie własnej wartości dziecka. Niektórzy zaprotestują – bo przecież trzeba być ostrożnym i nie pozwalać dziecku na szaleństwa. Niektórzy się zirytują – bo przecież nie można dziecku pozwalać na wszystko ani trzymać pod kloszem. Niektórzy się oburzą – bo przecież dziecku należy się prawda i kto, jak nie rodzic, powinien mu brutalnie powiedzieć, że nie nadaje się na aktora, baletnicę czy naukowca.

 

A ja wam mówię – pozwólmy im!

Pozwólmy im mieć swoje, czasem zupełnie nierealistyczne marzenia.

Pozwólmy im wierzyć, że mogą być kim tylko zechcą.

Pozwólmy im próbować, sprawdzać, testować na własnej skórze. Jak długo nie narażają się na prawdziwe – nie wyimaginowane – niebezpieczeństwo, tak długo mają prawo doświadczać świata całymi sobą. Bez NASZYCH ograniczeń. Bez NASZYCH wyobrażeń. Bez NASZYCH schematów myślowych, od których tak trudno się uwolnić.

A zresztą, czy na pewno wiemy lepiej, do czego nasze dzieci się nadają czy nie nadają? Jaką mamy pewność, że ta mała, słodka dziewczynka z rudymi warkoczykami nie zostanie olimpijską mistrzynią szermierki? Albo że ten chłopczyk z zadartym nosem, który dostał dziś jedynkę z klasówki z matmy, nie ma szans na zostanie astronautą? Jakie mamy prawo niszczyć poczucie własnej wartości dzieci? Jakie mamy prawo przekreślać ścieżki, które nam wydają się absurdalne, a dla nich mogą się okazać spełnieniem marzeń? Czy możemy decydować za nich o tej przyszłości, która będzie przecież ich, a nie nasza?

Granice naszej wyobraźni to nie są granice ich możliwości.

 

Daj dziecku dobre słowa!

I nie, wcale nie chodzi o to, żeby być bezkrytycznym. Ani o to, żeby kłamać i wychwalać wszystko, co zrobią nasze pociechy. Żeby słodzić, dopieszczać, budować poczucie własnej wartości dziecka choćby kosztem udawania i fałszu. Chodzi jedynie o to, żeby nie skupiać się na samym efekcie a na drodze do niego. Na pracy dziecka. Na jego próbach, staraniach, nieustającym wysiłku pomimo porażek.

Żeby zamiast „mówiłem, że jesteś za mały, żeby wejść na to drzewo” powiedzieć raczej „udało ci się wejść prawie do połowy! To nie było łatwe!”

Żeby zamiast „sfałszowałaś ostatnią zwrotkę” powiedzieć raczej „trzy pierwsze zwrotki zaśpiewałaś zupełnie czysto” czy „lubię słuchać, jak śpiewasz”.

Żeby zamiast „tylko trója z matmy?!?” powiedzieć raczej „zrobiłeś dobrze zadanie z wzorami skróconego mnożenia, chociaż wcześniej miałeś z tym problem; twoja praca przyniosła efekty”

Żeby zamiast wkurzyć się o przypaloną patelnię i zasyfioną kuchnię, powiedzieć raczej „widzę, że się bardzo napracowałeś, żeby zrobić obiad dla nas wszystkich”.

Zawsze, naprawdę zawsze możemy dać dziecku dobre słowa. Mądre słowa. Nie puste pochwały, nie przesadne uniesienia, nie miażdżącą krytykę, ale coś, co pokaże mu, że doceniamy jego wysiłek i jego starania nawet wtedy, kiedy coś nie wyjdzie. Że liczy się dla nas ono, jego radość, jego satysfakcja, a nie sukcesy, oceny, opinie otoczenia.

 

Nie trzeba dużo

Nie trzeba dużo, żeby podkopać poczucie własnej wartości dziecka i zachwiać jego wiarą we własne możliwości. Nie trzeba dużo, żeby zniechęcić je do podejmowania wysiłku i prób. Nie trzeba dużo, żeby wpoić mu przekonanie, że jest słabsze, gorsze, głupsze. Że do niczego się nie nadaje.

Ale nie trzeba też dużo, żeby pokazać dziecku, że w nie wierzymy. Że je wspieramy. Że doceniamy jego wysiłki, zaangażowanie i nawet te najbardziej nieporadne starania. Nie trzeba dużo, żeby podtrzymywać, albo nawet podsycać jego zainteresowania, wrodzoną ciekawość i zaskakujący niejednokrotnie zapał. Żeby pomóc mu latać.

 

Chcielibyśmy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe. Żeby w siebie wierzyły. Żeby odnosiły sukcesy. Chcemy, żeby nasze dzieci podbijały świat. Nie podcinajmy im skrzydeł już na starcie.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

4 Responses

  1. Natalia
    | Odpowiedz

    Sama prawda. W moim przypadku w dzieciństwie ze wszystkich stron były w zasadzie same oczekiwania – studia takie albo siakie, praca taka albo inna, jak spotykać się z chłopakiem to tylko z tym czy z tamtym, bo jest z dobrego domu… i w rezultacie, kiedy niewiele z tych oczekiwań spełniłam, to czułam że zawiodłam, czułam się jak nikt.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      A z takiego poczucia, że się ciągle wszystkich zawodzi, bardzo trudno się wychodzi. Mam nadzieję, że Ci się udało!

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Ja jako dorosły facet dostałem taką „szkołę życia”, że teraz nigdy nie ośmielę się skrytykować, wolę energię spożytkować na zrozumienie motywacji kogoś niż walić w bębny krytyki. Ja ewidentnie miałem podcięte skrzydła, może nawet połamane, ale teraz mam już piękne implanty (niestety, ciosy zostawiły w sercu blizny) i lecę w moim kierunku, tam gdzie są moje marzenia.

    Znam też ludzi, którzy pod wpływem nadopiekuńczości rodziców nie potrafią sobie ułożyć dorosłego życia, bo chyba się boją podejmować życiowe decyzje, nie zostali przygotowani na to by decydować i brać odpowiedzialność za swoje życie. Wyręczanie i decydowanie o wszystkim za nasze dzieci robi takie samo spustoszenie w głowie dziecka jak nieuzasadniona krytyka.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Właśnie najtrudniej chyba znaleźć złoty środek – wspierać bez nadopiekuńczości, służyć pomocą, ale nie wyręczać, chronić przed niebezpieczeństwem, ale pozwalać na samodzielne doświadczanie świata. I chociaż wiem, że połamane skrzydło często – kosztem ciężkiej pracy – da się naprawić, to wolałabym nie fundować moim dzieciom takiego trudnego startu.

Skomentuj