Jak powiedzieć dziecku NIE, mówiąc TAK?

with 12 komentarzy

tak nie

W rozmowach o wychowaniu dzieci często przewija się temat wyznaczania granic, rodzicielskiego NIE, które reguluje życie dziecka i ma prowadzić je właściwą ścieżką. Odmawiamy dziecku różnych rzeczy – z troski, z obawy o bezpieczeństwo, z chęci wyrobienia dobrych nawyków a czasem też dla własnej wygody… i denerwujemy się, kiedy nie chce nas słuchać. Kiedy jest – słowo klucz – niegrzeczne. Kiedy pomimo naszego NIE, ono nadal domaga się, nie rozumie, upiera się, złości i krzyczy, kompletnie odmawiając współpracy. A przecież robimy to „dla jego dobra”. I tu pojawia się pytanie – jak mówić NIE, żeby nie wywoływać fali buntu i gniewu, żeby nie gasić dziecięcego entuzjazmu i nie czuć się jak nadzorca niewolników?

 

To może na początek spróbujmy zrozumieć dziecko i odwróćmy perspektywę. Wyobraź sobie, że jesteś, powiedzmy, trzylatkiem. Gdziekolwiek się nie ruszysz, cokolwiek nie zrobisz, przez cały dzień słyszysz jak echo powtarzane to samo, znienawidzone słowo. NIE. Nie bierz tego do buzi! Nie popychaj brata! Nie rzucaj klockami! Nie gnieć książki! Nie kręć się przy stole. Nie wchodź na parapet. Nie możesz obejrzeć kolejnej bajki. Nie wkładaj lalki do lodówki! Nie maluj po ścianie! Nie krzycz! Nie płacz już! Ciągle to samo. Niby jesteś w swoim domu, niby możesz czuć się swobodnie, a ciągle ktoś ci czegoś zabrania. Ciągle komuś coś nie pasuje. Można się wkurzyć, czyż nie? I dlatego w końcu wybuchasz, krzyczysz, piszczysz, robisz to, czego ci zabraniają. Albo sam zaczynasz robić to samo, co oni, dorośli – zaprzyjaźniasz się ze słowem NIE i robisz z niego użytek w każdej możliwej sytuacji. Nie założę butów! Nie chcę się ubierać! Nie będę cię słuchać! Wyznaczasz ostro swoje granice, doprowadzając ich przy okazji do rozpaczy. No ale skoro dorośli mogą, to dlaczego Tobie nie wolno używać tego słowa? Dlaczego niby ty masz na wszystko się potulnie zgadzać?

 

Widzisz teraz, co mam na myśli? Nam, dorosłym, łatwo przychodzi szafowanie słowem NIE. Robimy to z troski, dla dobra dziecka (tak jak to „dobro” pojmujemy), ale nie zmienia to faktu, że ono odbiera to jako ograniczanie swojej wolności, czepianie się, utrudnianie życia, dyrygowanie. Jest tym poirytowane, jest tym zmęczone i ma do tego święte prawo. No ale przecież nie możemy dziecku pozwolić na wszystko, choćby dlatego że pewne zachowania są dla niego zwyczajnie niebezpieczne. Trudna sprawa, nie? Oto kilka sugestii, jak wybrnąć z tego ślepego zaułka i zacząć mówić TAK tam, gdzie na usta ciśnie się NIE.

 

Ogranicz czynniki wywołujące NIE

Jednym z najbanalniejszych sposobów na to, by ograniczyć liczbę NIE serwowanych dziecku, jest po prostu przygotowanie domu czy mieszkania na obecność młodszych domowników. I nie mam tu na myśli zakupu tony zabawek czy zamiany salonu w plac zabaw, ale takie ogarnięcie przestrzeni, żeby nie musieć ciągle biegać za dzieckiem i nadzorować każdego kroku. Zamontowanie barierki przy schodach, usunięcie szklanych bibelotów czy pilota telewizora poza zasięg malutkich rączek, zabezpieczenie szuflady z ostrymi przedmiotami czy zdjęcie kaszmirowego koca z salonowej kanapy i schowanie go na najwyższej półce w szafie to tylko niektóre z rozwiązań. Tym sposobem zamiast wiecznego NIE, mówisz dziecku TAK – tak, to jest bezpieczna przestrzeń; tak, możesz się tu bawić, biegać, skakać; tak, możesz dotykać przedmiotów w zasięgu ręki, poznawać je, bawić się nimi. Tak, to też twój dom i czuj się w nim swobodnie.

I nie, nie mówię, że trzeba całe mieszkanie okleić prewencyjnie folią bąbelkową i trzymać potomka pod kloszem, bo warto uczyć go ostrożności i pokazywać zagrożenia choćby w kuchni czy łazience. Ale dobrze jest mu stworzyć też strefę przyjazną i pozbawioną nieustannych ograniczeń. Wystarczy przyjrzeć się swojemu dziecku i zwrócić uwagę na to, co jest na co dzień szczególnie konfliktogenne, a co łatwo można wyeliminować (prosty przykład – moja starsza córka miała swoją ulubioną szufladę w kuchni i z zapałem w niej grzebała; zamiast zabraniać i z tym walczyć, wyjęliśmy z niej niebezpieczne przedmioty, zostawiając te, którymi może bawić się bez obaw) z korzyścią dla bezpieczeństwa dziecka oraz zdrowia psychicznego jego oraz rodziców.

 

Opisuj zamiast zakazywać i nakazywać

Próby kontrolowania zachowania dziecka z pomocą konkretnych „komend” są frustrujące dla malucha (bo chce SAM decydować) i dla rodzica (bo chciałaby osiągnąć zamierzony efekt, a latorośl nie zawsze chce współpracować). Jednocześnie mamy świadomość, że dziecko nie zawsze potrafi samo przewidzieć i zrozumieć konsekwencje pewnych zachowań, o ile go na nie – mniej lub bardziej wprost – nie naprowadzimy. Okazuje się, że bardzo często wystarczy opisanie tego, co widzimy, żeby zwrócić uwagę dziecka na możliwe zagrożenie i zachęcić je do zmiany zachowania bez nieustannego NIE. Proste komunikaty, które trafiają do niego zamiast tego, co odbiera jako ciągłe biadolenie rodziców.
Widzę dwoje dzieci wspinających się na wysoki stół, to nie jest bezpieczne (zamiast: nie wchodźcie na stół)
Biegasz z ostrym widelcem w dłoni. Martwię się (zamiast: nie biegaj z widelcem)
Popychanie boli. Możesz zrobić siostrze krzywdę (zamiast: nie popychaj siostry)
Masz brudne ręce (zamiast: nie dotykaj tego, bo wybrudzisz)
Może wam się to wydawać banalne, albo nieprawdopodobne, ale warto spróbować, bo często działa cuda.

 

Pokaż alternatywę

Kiedy dziecko robi coś, co dla nas jest z różnych względów nieakceptowalne, nasza pierwsza reakcja to zwykle „nie rób tego”. Nie popychaj, nie syp piaskiem, nie rysuj po ścianie, nie jeźdź na rowerku po salonie – krótkie komendy, który dla dziecka są suchym rozkazem, tym bardziej frustrującym, że nie dają żadnej alternatywy. Zabieramy mu zabawę, a w zamian nie proponujemy nic. To musi irytować. Warto zmienić ton na bardziej przyjazny i otwarty, wykazać się pewną dozą zrozumienia dla zachowań małego człowieka i przekierować jego energię na inne tory.
Widzę, że popychasz brata. To niebezpieczne. Masz ochotę posiłować się na materacu?
Lubisz sypać piaskiem? Ja też, robi się z niego taka fajna chmura. Chodź, znajdziemy miejsce, gdzie możemy sypać, nie przeszkadzając innym dzieciom.
Masz ochotę porysować? Ściana to nie jest dobre miejsce, bo się zniszczy. Mam tu dla Ciebie kolorowy karton albo możemy namalować witraż na szybie.
Widzę tu jakiegoś małego kolarza. Wiesz, w salonie jest za mało miejsca, a w dodatku niszczy się dywan, który bardzo lubię. Chodźmy na ogród, pokażesz mi, jak szybko umiesz jechać.
Efekt ten sam – dziecko zaprzestaje czynności, która nam się nie podobała – ale komunikat i towarzyszące mu emocje zupełnie inne.

 

Zarezerwuj NIE do ważnych sytuacji

Wyjaśnijmy sobie jedno. Nie uważam, że należy całkowicie wykreślić NIE ze słownika, którym posługujemy się w kontaktach z dzieckiem. Chodzi raczej o to, by zrezygnować z nieustannego ograniczania tam, gdzie nie jest to konieczne. Ale są sytuacje, gdy słowo to musi wybrzmieć, żeby jasno dać do zrozumienia dziecku, że są pewne granice, na których przekraczanie się nie zgodzimy. W naszym domu się NIE bijemy. NIE rozmawiamy z obcymi. NIE kręć kurkami od kuchenki. To, jakie reguły umieścicie na liście zasad głównych, zależy od was i waszego dziecka oraz całego szeregu czynników, które w waszym życiu są istotne. Warto po prostu pamiętać, że zasypywane nieustannymi zakazami dziecko w pewnym momencie się wyłącza, bo odbiera to jako nieustanną kontrolę i/lub marudzenie dorosłego, który psuje całą zabawę. Jeśli nasze NIE w sytuacjach codziennych zastąpimy komunikatami pozytywnymi i zarezerwujemy to słowo dla sytuacji wyjątkowo ważnych, trudnych czy niebezpiecznych, to jest duża szansa, że i dziecko zacznie przywiązywać do niego większą wagę. Z korzyścią dla niego i dla nas.

 

A może tak czasem odpuścić?

Kiedy moje dzieci zaczęły wychodzić z etapu, w którym uszczęśliwiał je pełny brzuszek, sucha pielucha i noszenie na rękach, zaczęłam się zastanawiać nad kwestią stawiania granic. Zdarzało się czasem (albo i często), że na moje NIE dziecko reagowało sprzeciwem albo wszechobecnym „dlaczego?”. Wtedy uświadomiłam sobie, że część z zakazów i nakazów, jakie stosujemy na co dzień, wynika wcale nie z racjonalnych argumentów czy obiektywnych okoliczności tylko z naszych, rodzicielskich preferencji, życzeń czy zachcianek. A ponieważ chcę, żeby moje dziecko czuło się równie ważnym członkiem naszej rodziny jak każdy z dorosłych, nie widzę powodu, żeby moje „widzimisię” miało przeważać nad jego. Krótko mówiąc, nie ma u nas miejsca na argumenty „ma tak być, bo JA tak chcę”, „ja mam rację, bo jestem dorosła” czy „to jest mój dom i masz mnie słuchać”. Bo to nie są przecież żadne argumenty.

Postanowiłam więc trzymać się zasady, że jeśli więc nie potrafię LOGICZNIE i SENSOWNIE wytłumaczyć, dlaczego się na coś nie zgadzam, uznaję to za swoją fanaberię/zachciankę i odpuszczam. I tak: „Nie możesz oglądać przez cały dzień bajek, bo będą Cię bolały oczy” jest ok, podczas gdy „nie możesz wymieszać budyniu z makaronem” już nie koniecznie – skoro to budyń i makaron dziecka, a wymieszane mu smakują, to jego sprawa, nawet jeśli ja na widok tego mam ochotę puścić pawia… Moim zdaniem to dobry sposób, żeby nauczyć dziecko, że każdy ma swoje granice i warto je szanować. Niezależnie od tego, czy są to granice dziecka czy dorosłego. I od tej pory żyje nam się może nie łatwiej, ale na pewno przyjemniej dla obu stron.

 

Warto pamiętać, że NIE może być narzędziem obusiecznym. Jeśli my odmawiamy czy zabraniamy czegoś dziecku, to i ono zasługuje na prawo do używania tego słowa, zwłaszcza że posługiwanie się nim to ważny element procesu dorastania – wyznaczania własnych granic, sprawdzania reakcji innych, budowania poczucia własnej wartości i prawa do samostanowienia. Zamiast więc patrzeć na tę kwestię jak na problem do rozwiązania, walkę o dominację czy próbę sił warto po prostu zaakceptować prawo dziecka do słowa NIE. Ale to już temat na inny wpis.

12 Responses

  1. Iwona
    | Odpowiedz

    Przypomniała mi się ta reklama z „mówieniem dziecku nie”

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Nie pamiętam jej. Co to za reklama? 🙂

  2. Kasia
    | Odpowiedz

    Chyba rzeczywiście muszę zapanować nad ilością „nie”…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Warto spróbować. Paradoksalnie to może oznaczać mniej frustracji nie tylko dla dzieci, ale i dla rodziców 🙂

  3. Bożena
    | Odpowiedz

    Pomimo mojej przewidywalności, zabezpieczeń oraz minimalizacji zagrożeń, nie dało się zbytnio ograniczyć NIE przy czwórce dzieci 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Wierzę 🙂 mi czasem trudno opanować dwie sztuki, a co dopiero cztery…

  4. Magdalena
    | Odpowiedz

    Staramy się używać jak najmniej, tłumaczyć od drugiej strony, działa często 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dzieci potrafią zrozumieć więcej niż nam się wydaje. Inna sprawa, że nie zawsze emocje pozwalają im działać zgodnie z rozumem 😉

  5. Paula
    | Odpowiedz

    Mówienie „nie” jest łatwe. Przyjęcie tego, TE-GO, co następuję po tym słowie… Staram się być uważną mamą, odpowiedzialną i myślącą. Nie chcę stosować argumentów, o których piszesz „bo ja tak chce”, bo to dla mnie okropne. A jednak, są rzeczy, których NIE WOLNO. 🙂 Myślę, że zamiast jednak pozwalać, szukać alternatyw.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Jasne, że nie można pozwalać ma wszystko, bo nie tędy droga w wychowaniu. Ale warto mówić NIE świadomie a nie odruchowo i nawykowo.

  6. Kasia
    | Odpowiedz

    Początki w ograniczaniu NIE bywają trudne, ale potem jest coraz łatwiej i łatwiej 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To prawda. Trzeba najpierw zmienić podejście, a potem się tego trzymać 🙂

Skomentuj