Rodzić po ludzku? Też Ci się zachciało…

with 5 komentarzy

rodzic po ludzku

Jak ja rodziłam trzydzieści lat temu, to na korytarzu leżałam, bo szpital przepełniony, i jakoś dałam radę. A jak ja rodziłam dwadzieścia lat temu, to dziecko widziałam tylko na karmienia co trzy godziny i nikt nie mówił o jakimś rooming-in. A jak ja rodziłam w zeszłym roku, to dziecko przynieśli mi po dwunastu godzinach i jakoś przeżyliśmy. I o znieczuleniu nikt nie myślał nawet. Ani o jakichś dziwnych pozycjach. Fanaberie jakieś se księżniczki wymyśliły.

 

Słyszeliście kiedyś takie zdania? Ja tak. A jak zapuścić się w zakamarki internetu, to jeszcze lepsze kwiatki można znaleźć. I po prostu nie ogarniam. Nie mogę, no po prostu nie mogę zrozumieć, jak normalna kobieta może posługiwać się takimi argumentami, żeby kwestionować roszczenia innych kobiet, przyszłych mam, które chcą i mają pełne prawo rodzić w cywilizowanych warunkach i oczekiwać ludzkiego traktowania. Bo co? Jak ja miałam źle, to inne nie będą miały lepiej? Taką argumentacją będziemy się teraz kierować? Zamiast walczyć wspólnie o prawo do lepszych warunków, o prawo do porodu bez przemocy, bez lekceważenia, bez przedmiotowego traktowania, zaczynamy licytować się na to, kto miał gorzej i dlaczego, a kto ma oczekiwania jak księżniczka i jakie to jest bezczelne. Serio? To jest droga donikąd.

 

Jak tylko pojawia się dyskusja o standardach okołoporodowych, o akcji „rodzić po ludzku (#rodzicpoludzku), o porodach w szpitalach publicznych i prywatnych, zawsze znajdą się tacy, którzy zamiast o konkretnych bolączkach polskiej opieki okołoporodowej zaczną rzucać argumentami ad personam, doszukiwać się kaprysów tam, gdzie chodzi o jak najbardziej uzasadnione wymagania. Bo nie, to nie są księżniczki, którym się poprzewracało w głowach. To normalne kobiety, takie jak ty, i takie jak ja, które swoje dzieci chcą sprowadzić na świat w godnych warunkach, w sposób bezpieczny, ale i maksymalnie naturalny, z poszanowaniem własnej intymności i prawa do samostanowienia. To normalne kobiety, które chcą rodzić po ludzku.

 

I nie, wcale nie chcemy „być mądrzejsze od lekarzy i położnych” – chcemy tylko, żeby brano pod uwagę nasze zdanie, traktowano nas jak partnera, a nie zbędny dodatek do porodu, który powinien toczyć się gładko według procedur i w sposób jak najmniej kłopotliwy na personelu. Chcemy, żeby – jak nakazuje logika – ten personel był dla nas, a nie my dla niego.

I nie, wcale nie chcemy „mieszkać w czterogwiazdkowym hotelu” – chcemy tylko, żeby w łazienkach nie było grzyba, żeby w pokoju można było uchylić okno bez zrzucania go sobie na głowę, żeby na talerzach znajdował się wartościowy posiłek, który pozwoli nam odzyskać siły po wysiłku zbliżonym do wspinaczki na Mont Everest, a nie najtańsza pasztetowa o zawartości mięsa 13%. Żebyśmy mogły rodzić w spokoju, a nie w towarzystwie dwóch innych kobiet, których fotele dzieli od nas tylko cienka, powiewająca zasłonka. I żeby nasze nowo narodzone dzieci były przy nas, a nie gdzieś piętro niżej albo na drugim końcu korytarza.

I nie, wcale nie chcemy, żeby „personel latał koło nas i traktował jak damy” – chcemy za to, żeby służył wsparciem i pomocą, żeby nie oceniał, żeby pamiętał, że ten setny dla nich poród dla nas jest być może pierwszy, a na pewno wyjątkowy. Żeby podchodził do nas z empatią, pomagał podejmować świadome decyzje. I żeby nie przeszkadzał tam, gdzie nie ma takiej potrzeby.

I nie, nie chcemy „mieć za darmoszkę tego, za co płaci się w prywatnym szpitalu”. Bo szpital publiczny utrzymuje się także z naszych składek, z naszych podatków, a oczekiwanie, że będziemy mogły skorzystać z jego usług nie jest żadnym kaprysem, lecz naturalną koleją rzeczy. Tak samo jak domaganie się, żeby ta usługa była na przyzwoitym poziomie.

I nie, nie chcemy „rodzić jak w średniowieczu” – chcemy za to ograniczenia medykalizacji porodu i nie traktowania jak patologii tego, co jest przecież naturalnym procesem. Chcemy mieć możliwość skorzystania z dobrodziejstw nowoczesnej medycyny, żeby poród sobie ułatwić, żeby ratować – w razie potrzeby – życie dziecka i własne, ale chcemy też unikać zbędnych interwencji rutynowo serwowanych każdej rodzącej niezależnie od okoliczności i indywidualnych potrzeb.

I nie, nie chcemy rodzić „według własnych fanaberii”, ale mamy świadomość, że rodzić można na wiele sposobów, w różnych pozycjach, w różnych środowiskach, a znalezienie takiej formy, miejsca, ułożenia, które ulży kobiecie i pozwoli jej sprawniej i łatwiej przejść przez tę niełatwą drogę powinno być wspólnym celem i rodzącej, i personelu.

I nie, nie chcemy, żeby „ktoś nas dopieszczał” – chcemy tylko, żeby na sali porodowej nie padały zdania „trzeba było się nie puszczać, to by nie bolało”, „przestań się drzeć, bo straszysz inne kobiety” albo „co mi tu sceny robisz, przecież to tak nie boli”. Żeby lekarz mówił do nas, a nie obok nas. Żeby potrafił przestraszonej, zmęczonej kobiecie wytłumaczyć jednym chociaż zdaniem, co się dzieje, na czym polega problem, co będzie dalej. Nie potrzebujemy pochwał, wynoszenia pod niebiosa, komplementów, ale zwykłej życzliwości, rady, podpowiedzi, co można zrobić lepiej, inaczej, łatwiej. A zdania „dobrze ci idzie, mamuśka”, „świetnie sobie radzisz”, „tylko tak dalej, dzidziuś już czeka” dodają skrzydeł. Naprawdę dodają.

I nie, nie chcemy mieć „prywatnej położnej, prywatnego lekarza na skinienie ręki”, ale chcemy, żeby w każdym szpitalu był doradca laktacyjny. I żeby nie przychodził tylko na kilka godzin od poniedziałku do piątku, ale był tam ciągle, zawsze dostępny. Także dla tych mam, które urodzą w piątek wieczorem, a z doradcą spotkają się przy wypisie w poniedziałek. W trzeciej dobie życia maluszka, który po drodze bardzo często zdążył już poznać smak mleka modyfikowanego. Nie dlatego, że mama nie chciała karmić, a dlatego, że zabrakło jej wsparcia.

 

I długo by tak można było jeszcze wymieniać, bo też wiele zarzutów można postawić opiece okołoporodowej w Polsce. Wystarczy wejść na dowolne kobiece forum, porozmawiać ze znajomymi mamami, żeby usłyszeć historie, które mrożą krew w żyłach. Historie upokorzenia, bólu, pogardy, niekompetencji. Historie, w których jeden z najpiękniejszych – choć niewątpliwie trudnych – momentów w życiu zmienia się w koszmar, o którym chce się szybko zapomnieć. I do którego nie chce się nigdy wracać, choćby kosztem rezygnacji z marzeń o kolejnych dzieciach. Taka jest niestety smutna rzeczywistość.

 

Urodziłam dwoje dzieci i nie mogę narzekać. Choć nie wszystkie standardy były przestrzegane, choć warunkom można sporo zarzucić, choć ciągle silne są dawne nawyki i trzymanie się praktykowanych przez lata schematów, a czasem brakuje też aktualizowania wiedzy choćby w zakresie laktacji, wspominam oba porody pozytywnie. Nie jest to jednak zasługa systemu lecz ludzi. Personelu. Wspaniałych położnych, zaangażowanych w swoją pracę, ciepłych, cierpliwych, wyrozumiałych. Młodych i starych, początkujących i doświadczonych, energicznych i spokojnych. Widzianych pierwszy raz w życiu a zachowujących się tak, jakbyśmy znały się od zawsze. Jakbyśmy były – bo przecież jesteśmy – wspólniczkami w jakiejś niesamowitej misji. To dzięki nim i tylko dzięki nim mogę ze względnym spokojem myśleć o trzecim dziecku. Nie wszystkie kobiety mają ten komfort.

 

Prawda jest taka, że żadne standardy, żaden system nie zagwarantują poszanowania praw kobiet rodzących. Bo w obrębie tego systemu, w jego centrum jest zawsze człowiek. Lekarz, pielęgniarka, położna. To od nich, od ich empatii, od ich otwartości na kobiety i indywidualnego podejścia do każdej pacjentki zależy najwięcej. Ale to bynajmniej nie oznacza, że ze standardów opieki okołoporodowej trzeba zrezygnować. Bo one są jak mapa, nie tylko dla personelu, ale może przede wszystkim dla pacjentek. Żeby znały swoje prawa, wiedziały, czego powinny się spodziewać i czego mogą się domagać. Żeby miały jakąś podporę, jakąś broń w walce o to, co im się po prostu należy. O ludzkie traktowanie na sali porodowej. Bo może właśnie tam jest ono szczególnie potrzebne.

5 Responses

  1. Ewelina
    | Odpowiedz

    Ciężki temat… Sprawy rodzicielskie jeszcze przede mną, ale podpisuję się pod każdym Twoim słowem. I nigdy nie zrozumiem, że ktoś miał źle, to inni nie mogą mieć lepiej – przecież czasy się zmieniają, czemu nie ułatwić sobie życia i nie zachować samych przyjemnych wspomnień z tak ważnego momentu?

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Jakiś taki ogólny brak życzliwości do drugiego człowieka. Bardzo to smutne zwłaszcza w kontekście narodzin nowego życia…

  2. Aleksnadra
    | Odpowiedz

    Ja planuję ciążę niebawem, ale właśnie bardzo boję się warunków szpitalnych i podejścia personelu. W zeszłym roku w Częstochowie zrezygnowali z prywatnego porodu teraz głowię się co mam zrobić, żeby nie wpaść w niepowołane ręce…A do jednego ze szpitali nawet nie wejdę…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja myślę, że warto poczytać opinie o szpitalach, zajrzeć na stronę fundacji rodzić po ludzku i odwiedzić porodówkę, która nas interesuje. Wiadomo – stuprocentowej gwarancji że będzie idealnie nigdy nie masz, ale im lepszy wywiad, tym większa szansa, że będzie dobrze 🙂

  3. Bielecki.es
    | Odpowiedz

    Niestety panowie nigdy nie przeżyją tego co panie jeśli chodzi poród i wszystko, co z nim związane.

Skomentuj