7 tekstów, które usłyszysz przy rozszerzaniu diety

with 10 komentarzy

rozszerzanie diety, dziecko z talerzemMało jest rzeczy, które tak rozpalają emocje okołodziecięcego świata, jak rozszerzanie diety. Kiedy zacząć? Co podać? Jak to zrobić? – te pytania kołaczą w głowach młodych rodziców, a otoczenie wcale sprawy nie ułatwia. Bo jak w wielu kwestiach związanych z wychowaniem dzieci, tak i w tej ekspertów ci u nas dostatek i napotkasz ich tam, gdzie się ich najmniej spodziewasz. I nie mam bynajmniej na myśli gabinetu dietetyka… Oto subiektywny przegląd irytujących tekstów, które niechybnie usłyszysz w drodze od diety mlecznej do pełnego talerza malucha.

 

1. Zagłodzisz go na tym cycu/na tej butli

Jeszcze zanim zaserwujesz swojemu słodkiemu bobasowi pierwszą marchewkę czy innego buraka, na pewno trafisz na kogoś, kto wyrazi swoje zaniepokojenie faktem, że tak długo zwlekasz z wprowadzeniem PORZĄDNEGO jedzenia. Nieważne, że zalecenia WHO i organizacji pediatrycznych są jasne i przewidują rozszerzanie diety po ukończeniu szóstego miesiąca życia, jako że wtedy dopiero układ pokarmowy maluszka jest gotowy na przyjęcie nowych pokarmów. Jak tylko twoje dziecko wyskoczy z noworodkowych ciuszków, natychmiast pojawią się eksperci w postaci pani Danusi z warzywniaka czy pana Mietka spod trójki, którzy zaczną żałować twojego dziecka na głodowej mlecznej diecie. Bo kto by się mlekiem najadł?

 

2. Zobaczysz, jak będzie przybierał na wadze!

Jeśli przypadło Ci w udziale dziecko raczej szczupłe – a pamiętajmy, że według norm Danusi i Mietków chude jest każde dziecko, które nie ma dwóch podbródków i tych rozkosznych fałdek, dzięki którym wygląda jak mops – na pewno usłyszysz też szereg mądrości pod hasłem „jak dasz mu prawdziwe jedzenie, to zacznie w końcu przybierać na wadze”. No bo wiadomo, mleko z piersi czy z butli to nie jest prawdziwe jedzenie, tylko taka podróba, którą się oszukuje dziecko do czasu, aż w końcu będzie mogło zjeść coś sensownego. Bigos na przykład. Albo golonkę. Albo chociaż tę głupią marchewkę czy dynię. Do tej pory nie potrafię zrozumieć, jak ktoś posługujący się mózgiem w sposób choćby przeciętny, nie potrafi ogarnąć tego, że mleko mamy czy MM jest bardziej kaloryczne niż marchewka. To naprawdę nie trzeba być dietetykiem. Przecież na tym właśnie mleku dziecko w ciągu pół roku podwaja swoją masę urodzeniową! A marchewka… No cóż… Marchewka jest zapewne bardzo kaloryczna. Podobnie jak inne warzywa. To właśnie dlatego należy unikać ich, kiedy przechodzimy na dietę. A nie, zaraz, to chyba jakoś inaczej było…

 

3. Za moich czasów…

Jeszcze dobrze nie ochłoniesz po zarzucie głodzenia niemowlaka oraz rewelacjach o superkaloryczności przecieru z marchwi, kiedy przyjdzie ci się zmierzyć z kolejną porcją dobroci i mądrości powszechnej. Wody z glukozą mu daj do popicia. Zupę przetrzyj i z butli przez smoczka koniecznie. Do tej manny to dwie łychy masła i dwie łychy cukru – cukier krzepi! A wodzianki zagęszczanej mąką to mu nie dajesz? A powinnaś…

Czasy się zmieniają, nauka idzie do przodu i zalecenia się zmieniają. Ale dla pani Danusi to mały pikuś – bo skoro ona swojego Zbysia tak wykarmiła i wyszedł na ludzi, to dzisiaj trzeba dalej tak samo, koniecznie tak samo, bo to najlepsza metoda. A że Zbysiu niedomaga nieco i wrzody leczy i cukrzycę, to już taki szczegół, bez związku na pewno z żywieniem w okresie dziecięcym.

I wiecie co? Ja wiem, że oni chcą dobrze. Ja wiem, że to z życzliwości. A przynajmniej wolę myśleć, że tak jest. Ale tych wszystkich doradców, co swojej wiedzy nie raczą aktualizować, ale za to bez skrępowania i bezrefleksyjnie mącą w głowach młodym rodzicom swoimi poradami pod hasłem „za naszych czasów”, pognałabym boso po śniegu. Bo często jest tak, że ci młodzi właśnie, oczytani, nauczeni w szkołach rodzenia, nowocześni, gdzieś pod presją, z braku doświadczenia i z troski o dziecko, zaczynają wątpić, ulegają, rezygnują z dobrych nawyków i wpadają w „kiedyś tak się robiło” ze szkodą dla malucha. Pani Danusiu, Panie Mietku, za waszych czasów to było super, ale te czasy minęły. Chcecie radzić, dokształćcie się najpierw sami!

 

4. Co tak mało? / Przecież ty nie wiesz, ile on je!

Twoje dziecko może zjeść łyżkę kaszki, pięć łyżek kaszki albo dziesięć łyżek kaszki. To nie ma znaczenia, bo dla pani Danusi na pewno zje za mało. Jeszcze mu daj! Jeśli – nie daj panie jeżyku! co to za wymysły pogańskie? – zdecydujesz się na metodę BLW, będzie jeszcze gorzej. Bo przecież nie wiesz, ile on zjada. Nie wiesz, no nie wiesz. Nawet jakbyś pozbierał pracowicie resztki z podłogi i zważył je na aptecznej wadze, to nie jesteś w stanie wygrzebać jogurtu z włosów, twarożku wtartego w oparcie krzesełka czy kisielku pracowicie rozmazanego po blacie. No nie dasz rady. I dlatego wiadomo, że dziecko je mało. Za mało!!! Nie wytłumaczysz, że na tym etapie dziecko zapoznaje się z nowymi smakami, odkrywa faktury, degustuje, eksperymentuje. Że choć do buzi trafiają okruchy, krople, kawałki niewielkie, to spokojnie wystarczy, bo mleko i tak na razie jest podstawą. Nie znasz się, oj nie znasz. A dziecko głodne jest na pewno. Nakarmić je trzeba porządnie, matko niesforna, łyżką napakować po wentyl. I jeszcze za mamusię, i za tatusia, i za kotka Mruczka. I za panią Danusię i za pana Mietka też, oczywiście.

 

5. Dałabyś mu lepiej schabowego

A ja mojej wnusi to dałam gołąbki, jak miała cztery miesiące? I co? I pstro, chciałoby się odpowiedzieć. Dałaś to dałaś, co mnie to interesuje? Kiedy na talerzu twojego dziecka obok błogosławionej i akceptowalnej powszechnie marchewki i ziemniaka pojawią się odchyły od normy, jakieś ciecierzyce, kluseczki z kaszy gryczanej, krewetki czy jarmuż, pan Mietek nie omieszka zadziwić się, że takie rzeczy dziecku dajesz. Bo, po pierwsze i najbardziej oczywiste, dziecku na pewno to zaszkodzi. Po drugie, i równie oczywiste, dziecku to na pewno nie będzie smakować. Po trzecie, i nie mniej oczywiste, dziecko dostanie uczulenia i będzie w kropki. No i w ogóle co to za fanaberie. W PRL jakoś nie było krewetek i było dobrze, a teraz takie wymysły. Schabowego byś dziecku dała, bo pewnie głodne. Albo chociaż pieroga.

 

6. Przecież to nie ma smaku

W debatach o zawartość talerza dziecka dwóch jest bohaterów, którzy nie mają sobie równych. A zwą ich cukier i sól. Ten pierwszy, wiadomo, krzepi. Ten drugi, też wiadomo, nadaje życiu smak. I jak to tak dziecku odmawiać? No jak szkodzi, jak kiedyś nie szkodziło? Placuszki z jabłkiem posłodź, naleśnika obficie cukrem pudrem przypudruj. I zupę jarzynową, i surówkę z marchewki. I sałatkę z tuńczykiem też. Cukier jest dobry, wszyscy go lubią. No zobacz, jak mu się oczy śmieją do tego lizaczka, co to mu kupiłam w kiosku. Pani mówiła, że dobry dla dzieci, bo ma witaminę C. Tylko naturalne składniki. A ten niebieski kolor to, kurde, dzięki wywarowi ze Smerfów osiągają. I jeszcze koniecznie herbatkę mu posłodzić trzeba. Herbatkę, mówię. Że jak wodę? Woda smaku nie ma wcale. To może chociaż cukru dodać do niej?

No i tak całkiem bez soli? To nie można przecież, to smaku nie ma. Nieważne, że twoje dziecko wcina właśnie, aż mu się uszy trzęsą, warzywne leczo bez grama soli. Albo pulpeciki w sosie koperkowym. Nieważne, że dla niego sam smak warzyw, mięsa czy nabiału jest wspaniałym odkryciem, które nie potrzebuje żadnego wzmocnienia. Z punktu widzenia pana Mietka rosół bez soli nie ma smaku, więc dziecku też na pewno by bardziej smakował osolony. I wtedy to by cały talerz od tak pochłonęło.

Co ciekawe – w walce o smak potraw sprzymierzeńcem domorosłych ekspertów są jedynie sól i cukier, podczas gdy inne przyprawy to groźni wrogowie. Zioła dla dziecka? Na pewno nie zje. Pieprz? Czyś ty oszalała, kobieto? Papryka w proszku? Rozmaryn? Majeranek? Przecież dzieci tego nie lubią, nie chcą, nie jadają. Moje nie lubiły, mówię ci, do dzisiaj niezbyt lubią. Dziwne, nie?

 

7. O matko, on się udławi!

Na koniec chyba moje ulubione. Jeśli zdecydowaliście się na metodę BLW (pisałam o tym TUTAJ), to tego tekstu nie da się uniknąć. Można to nawet zrozumieć – z jednej strony długie lata pod panowaniem papek i przecierków, z drugiej nieumiejętność odróżnienia zakrztuszenia od zadławienia i atak paniki na widok ugotowanej w całości marchewki w ręku twojego dziecka gotowy. Tradycjonalistom trudno jest też przejść do porządku dziennego nad tym, że BLW oznacza duży bałagan, sporo resztek i… konieczność zaufania dziecku, bo w tej metodzie to podstawa. Pamiętaj jednak, że jako nagrodę za cierpliwe przeczekanie fali „co za nowomodne wymysły” i „weźże je na kolana i nakarm jak należy” będziesz mieć możliwość obserwowania, jak fascynujące rzeczy maluch potrafi zrobić z jedzeniem, nie zawsze mając na celu zjedzenie czegokolwiek… Oraz nauczysz się wydłubywać jedzenie z bardzo, ale to bardzo dziwnych miejsc!

 

To jak, rodzice, brzmią znajomo te teksty? Ile z nich usłyszeliście w czasie rozszerzania diety? Pochwalcie się w komentarzach i koniecznie dorzućcie perełki, które mnie ominęły, albo które mój mózg wyparł dla ocalenia mojego zdrowia psychicznego. A wy, którzy przygodę z marchewką i kotletem macie dopiero przed sobą, zapnijcie pasy, bo – gwarantuję wam – będzie wesoło!

 

Jeśli ten tekst Ci się spodobał, polub go lub udostępnij. Pani Danusia i Pan Mietek będą Ci bardzo wdzięczni!

10 Responses

  1. Małgorzata Ostrowska
    | Odpowiedz

    Zdecydowanie mój faworyt to ” Zagłodzisz go na tym cycu/na tej butli” Oj skąd ja to znam. Moje dzieci sa drobne bo i ja jestem drobna, ale ile sie nasłuchałam. Karmiłam piersią ponad 30 miesięcy.

  2. pani Mondro
    | Odpowiedz

    o tak tak, szczególnie „za moich czasów…”… jak już ten tekst słyszę to zaczynam się jeżyć 😛 sami lepiej wiemy kiedy i jak rozszerzać dietę, nie ma co słuchać tych wszystkowiedzących matek polek… niedawno usłyszałam tekst wszechczasów, że dziecku 3 miesięcznemu już należy podawać stałe posiłki :/

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      I jeszcze „za moich czasów to nie było czasu się bawić z dziećmi i jakoś się same potrafiły sobą zająć” a propos mojej zabawy z roczniakiem.

  3. Katarzyna R.
    | Odpowiedz

    Wszystko się zgadza…choć moja Teściowa zawsze wrzeszczała jak poparzona, kiedy moje dzieci samodzielnie jadły, że się właśnie udławią. Kilka razy się przez te wrzaski zakrztusiły. Regularnie wypraszałam ją podczas karmienia 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Jak kto wychował swoje dzieci na papka, to trudno się tak przestawić. Wiele mam i babć właśnie dlatego reaguje sceptycznie na blw.

  4. MamaKarolina
    | Odpowiedz

    Haha, ja dopiero się powoli przymierzam, Julka 4 miesiące ma. I planujemy blw więc się naslucham.
    Chociaż już było, „no jakbyś karmiła piersią to byś se mogła czekać, a na mm MUSISZ dziecku dac po 4msc” „ale przecież na sloiczkach i kaszkach est napisane ze od 4msc” „ale jak to bez gerberkow”
    A teraz czekam na więcej. Pewnie się doczekam jak zaczniemy zabawe

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      No wiadomo – jak na słoiczkach napisali, to trzeba słuchać… grrrrr…

  5. Ile ja się tego nasłuchałam. Z początku się złościłam, później takie teksty puszczałam już tylko szybko w niepamięć.

Skomentuj