Czy on się zmieni po ślubie?

with Brak komentarzy

czy on się zmieni po ślubie

Im więcej ludzi poznaję, tym mniej rzeczy mnie dziwi. Ale nigdy, przenigdy nie zrozumiem postawy prezentowanej przez całkiem spore grono kobiet – u facetów jakoś nie zaobserwowałam – a polegającej na desperackich próbach zmiany partnera po ślubie. Nie zmiany na innego, bo to może bym i potrafiła ogarnąć, ale zmiany własnego partnera tak, żeby zrobić z niego innego człowieka.

Tak, tak, innego człowieka właśnie. Bo wiecie, nie mam tu na myśli kosmetycznych zmian, jak oduczenie go noszenia skarpet do sandałków czy nakłonienie do ostatecznego pożegnania z flanelowymi koszulami i sweterkami w serek. Nie mam nawet na myśli poważniejszych modyfikacji, jak wpojenie, że naczynia same się nie zmywają, kosz na pranie sam nie opróżnia, a kobiety także lubią dostać śniadanie do łóżka. Nie o takie zmiany mi chodzi. Z niewiadomych i zupełne niezrozumiałych przyczyn niektóre kobiety biorą sobie za partnerów facetów, których cechy im w dużym stopniu nie odpowiadają, ale nie podejmują z nimi rozmowy, nie negocjują, nie próbują pewnych kwestii wyjaśnić i naprawić. O nie – one z takim delikwentem biorą ślub. No bo wiadomo. Po ślubie się zmieni.

 

Zmieniamy się czy nie?

Ustalmy jedno – ludzie mogą się zmieniać. Mogą się zmieniać nawet na lepsze, jeśli im na tym zależy, jeśli mają potrzebę zmiany i jeśli zdecydują się popracować nad sobą i w zmianę tę włożyć mniejszy lub większy wysiłek. Ale trudno oczekiwać zmiany od kogoś, kto w swojej skórze czuje się dobrze, kto ze swoją naturą nie ma problemów i kto wierzy – naiwniaczek jeden – że i partnerka akceptuje go takim, jaki jest. No bo w końcu przyjęła oświadczyny, powiedziała TAK temu swojemu Bogdanowi pomimo jego upodobania do łowienia ryb albo Tadeuszowi, który z uporem godnym lepszej sprawy poszukuje jedynego znaczka z lokomotywą brakującego mu do kolekcji. No i przychodzi ten dzień, przychodzi ślub. Bogdan i Tadeusz idą do ołtarza – nie ze sobą, ale ze swoimi oblubienicami – a potem nagle BUM. Okres ochronny się kończy, bierz się pan za siebie, ogarnij się, porzuć swoją bogdanowatość i tadeuszowatość, bo ona, oblubienica twoja, jednak ma alergię na ryby, a znaczki doprowadzają ją do histerii. No i żeś się chłopie wpakował…

 

Żarty na bok

Zacznijmy od banalnych podstaw. Nie ma ludzi idealnych i nie ma związków idealnych. Czy inaczej – związki idealne istnieją, ale nie jest to idealność w wersji komediowo-romantycznej, że, wiecie, sielanka, serduszka, czytanie w myślach i trzymanie za rękę przez całą noc. Wchodząc w relację, ludzie muszą się poznać, dotrzeć, sprawdzić w różnych sytuacjach. Początek związku to czas testów – to wtedy sprawdzamy, czy do siebie pasujemy, czy potrafimy zaakceptować swoje przywary, czy bilans plusów i minusów (a każdy je ma!), jakie widzimy w swoim partnerze, jest dla nas korzystny. Wszyscy mamy tendencje do grania i koloryzowania, wszyscy chcemy wypaść jak najkorzystniej, ale udawanie czegokolwiek na tym etapie jest jak strzał w kolano – bo wszystkie mankamenty ukryte teraz, wszystkie przymknięcia oka, wszystkie nie przegadane sytuacje, obiją się czkawką kiedyś. W przyszłości. Kiedy nie będzie już można wyjść w połowie randki pod błahym pretekstem, nie odebrać telefonu, wykręcić się od nieprzyjemnych obowiązków bólem głowy albo powiedzieć po prostu „nie jesteś w moim typie”. I tak, to jest właśnie ten okres, kiedy warto mówić o swoich oczekiwaniach i swoich potrzebach. O swoich wymaganiach także.

Odkładanie wyjaśniania kluczowych kwestii, odkładanie rozmów na tematy sporne to droga donikąd. Jesteś pilotem wycieczek a on nie wyobraża sobie tygodnia bez ciebie? Pracujesz jako kelnerka w strip klubie a on jest chorobliwie zazdrosny? Marzysz o licznej rodzinie, a on nie lubi dzieci? To nie są tematy, które można odłożyć na później. To nie są kwestie „jakoś to będzie”, „jakoś się ułoży”, „po ślubie mu się zmieni”. Bo co się stanie, jeśli się nie ułoży? Co się stanie, jeśli po ślubie się nie zmieni? Zresztą, dlaczego miałby się zmieniać? Jeśli przez ślubem nie przedyskutujecie kwestii problematycznych, jeśli – co gorsza – on nawet nie będzie miał świadomości, że coś jest kwestią problematyczną, to jak można oczekiwać, jak można wymagać, że porzuci przyzwyczajenia i przekonania, które są dla niego istotne?

 

Przypadek Bożeny i Anki. A może i Twój?

Weźmy taką Bożenę. Wyszła za Antka, który był od niej zupełnie różny. Ona przebojowa, on spokojny. Ona dynamiczna, on raczej powolny. Ona zdecydowana, z mocnym charakterem, on uległy, bez inicjatywy. Na początku jest super, każde z nich ma to, czego potrzebuje – ona rolę kierowniczą w związku i poza nim, on – święty spokój. Ale lata płyną, oczekiwania się zmieniają. Niestety tylko z jednej strony: Bożena dość ma już wiecznego decydowania o wszystkim, nie ma już tyle siły, co kiedyś, potrzebuje partnerskiego wsparcia i przejęcia części odpowiedzialności. To, co kiedyś było dla niej wygodne i fajne, teraz jest zbyt dużym ciężarem. Problem tylko w tym, że Antek nie zmienił się wcale. Dalej jest tym samym Antkiem, co kiedyś. Dalej jest podporządkowany, posłuszny, spokojny. Oczekiwanie, że nagle przejmie inicjatywę i zacznie sam podejmować istotne decyzje, to dla niego totalny kosmos.

Albo weźmy taką Ankę. Jeszcze przed ślubem widziała w Jarku cechy, które jej się nie podobały. Za dużo imprezował, za często zaglądał do kieliszka, zawsze powtarzał, że miejsce kobiety jest przy garach. Że dziećmi to zajmuje się matka, a ojciec przynosi do domu pieniądze. Uważała, że to takie niewinne żarty. Po ślubie jakoś przestało jej być do śmiechu. Bo wiecie co? On wcale się nie zmienił. Ani małżeństwo, ani dzieci nie sprawiły, że zaczął inaczej mówić i myśleć o życiu, podziale obowiązków, rolach w związku. Czemu miałby się zmieniać? Przecież widziała, co bierze – mówił, kiedy zaczynała narzekać. I chyba niestety miał rację.

Bożena i Anka bardzo się od siebie różnią i ich sytuacje są zupełnie inne. Ale jednak łączy je jedno – przekonanie, że partner powinien się zmienić dla nich i kiedy one sobie tego zażyczą. Ciekawe, czy byłyby równie przekonane, że takie roszczenia są uzasadnione, gdyby to oni – ich partnerzy – zażyczyli sobie tak gruntownej zmiany z ich strony. Obraziłyby się czy może byłyby gotowe zmienić swoje podejście do świata, swoją osobowość, swoje nawyki? I czy to w ogóle jest możliwe?

 

Powiedzmy sobie jasno – oczekiwanie od partnera, że zmieni się po ślubie, jest nie tylko naiwne, ale zwyczajnie nie w porządku. Wchodząc w związek każdy z nas wnosi pewien bagaż własnej historii, nawyków, poglądów, przyzwyczajeń. Akceptujemy się nawzajem, albo przynajmniej chcemy wierzyć, że tak właśnie jest. Szanujemy się. Doceniamy. Ufamy. Wierzymy, że nie musimy przy sobie udawać. Że kochamy się za to właśnie – a nie pomimo tego! – jacy jesteśmy. I że nikt nie każe nam nagle zmieniać się w kogoś zupełnie innego.

Jeśli więc – z nadzieją – zastanawiasz się, czy twój partner zmieni się po ślubie, to raczej ty sama powinnaś zastanowić się nad zmianą. Zrewiduj swoje oczekiwania i przedyskutuj je z nim jeszcze ZANIM staniecie na ślubnym kobiercu a jeśli to nic nie da – zmień partnera. Bo ten obecnego małżeństwo raczej nie zmieni. No chyba że na gorsze.

Skomentuj