Mamo, tato, skąd się biorą dzieci? Czyli jak rozmawiać z dzieckiem o seksie.

with Brak komentarzy

skąd się biorą dzieciJeśli by zapytać rodziców o najtrudniejsze rozmowy z dziećmi, to temat seksu znajduje się zwykle wysoko w czołówce. Trudno się dziwić. Chociaż seks to ważna część życia, wielu dorosłych ma problem z rozmawianiem na ten temat nawet z własnym partnerem, a co dopiero mówić o dziecku. Ale nie ma się co łudzić. Pytanie „skąd się biorą dzieci?” na pewno w końcu padnie, raczej prędzej niż później. Często w najmniej odpowiednim momencie, jak pełna poczekalnia u lekarza czy kolejka w sklepie mięsnym. Warto więc dobrze się na ten moment przygotować.

 

Kiedy w rodzicielskiej rzeczywistości pojawia się kwestia dla nas kłopotliwa albo trudna, często idziemy na skróty – zbywamy dzieci wygodnym „jak dorośniesz to się dowiesz” albo serwujemy jakieś niewinne kłamstewko. To dlatego wielu z nas wierzyło, że niemowlęta przynosi bocian, znajduje się je w kapuście czy wybiera w specjalnym sklepie. Prawdę odkrywaliśmy często na własną rękę, na lekcji biologii w czwartej klasie podstawówki, w przekazywanych z rumieńcami i na ucho opowieściach starszego rodzeństwa. Do tej pory zresztą pamiętam książkę, nosiła chyba tytuł „Dziewczęce sprawy”, którą dostałam od mamy gdzieś w szkole podstawowej. Och, jaka się poczułam wtedy dorosła. Bo chociaż już wcześniej wiedziałam, że dzieci wychodzą z brzucha, a nie z żadnej kapusty, to jednak większych detali nie znałam. To była swego rodzaju wiedza tajemna, do której dostęp nie był taki łatwy.

Dzisiaj jest inaczej. Domeną naszych czasów jest łatwy i szybki dostęp do informacji. Dzieci buszują po internecie i mogą w nim znaleźć odpowiedzi na pytania, na które nie chcą odpowiedzieć im rodzice. Problem w tym, że znalezione w sieci porady i informacje bywają, delikatnie mówiąc, nierzetelne. Nie wierzycie? Wystarczy zerknąć na fora albo wpisać w wyszukiwarkę pytanie w stylu „czy można zajść w ciążę od…”, żeby dostać doskonały pokaz nastoletniej wiedzy o seksie i mnóstwo porad, z których „aby nie zajść w ciążę wypij szklankę mleka przed stosunkiem” to tylko mały pikuś. Czy w takiej sytuacji naprawdę nie lepiej samemu zaspokoić ciekawość dzieci i mieć pewność, że nie zaczną wierzyć w głupoty, które kiedyś, gdzieś może odbiją się na ich zdrowiu czy przyszłości? Odpowiedź chyba jest jasna.

 

Im szybciej, tym lepiej

Nie bójcie się, nie będę zachęcać do tego, żeby niemowlakowi postawić przy łóżeczku bogato ilustrowany egzemplarz Kamasutry. Chodzi raczej o to, żeby podążać za dzieckiem i odpowiadać na jego pytania w sposób dostosowany do jego wieku. Odwlekanie, unikanie, wszelkie „jak dorośniesz to się dowiesz” do niczego nie prowadzą, może poza faktem, że wokół tematu zaczyna narastać niezdrowa atmosfera wielkiej tajemnicy, która rozmów na pewno nie ułatwi.

Zestresowanym przypominam, że kiedy dwulatek pyta, skąd się biorą dzieci, nie ma potrzeby wdawać się w szczegóły stosunku seksualnego czy cyklu menstruacyjnego. Maluchowi wystarczą bardzo ogólne stwierdzenia o kochających się rodzicach, którzy pragną mieć dziecko, i o dzidziusiu rosnącym a potem wychodzącym z brzuszka mamy. Starszak będzie już pewnie pytał, skąd ten dzidziuś się w brzuszku wziął i jak z niego wychodzi. Nastolatek powinien się dowiedzieć o antykoncepcji, o odpowiedzialności za życie, o bezpiecznym seksie. Zresztą, wystarczy wsłuchać się w swoje dziecko i po prostu zaspokajać jego ciekawość w miarę, jak ta rośnie. Bez kłamstw, bez wygłupów, bez oburzenia.

Takie podejście ma jedną dużą zaletę. Jeśli dziecko od małego stopniowo poznaje szczegóły „tej” sfery życia, to nie będziesz musiał odbyć z nim (pewnie już nastolatkiem) jednej, wielkiej, krępującej dla obu strony rozmowy uświadamiającej, kiedy uznasz, że przyszedł na to czas. Zwłaszcza, że – jak w tym dowcipie „Jasiu, porozmawiajmy o seksie”, „A co chcesz wiedzieć, tato?” – rodzice na taką rozmowę decydują się często zdecydowanie zbyt późno.

 

Im prościej, tym lepiej

Wielu dorosłych ma problem z mówieniem o seksie i generalnie z nazywaniem intymnych części ciała. To swego rodzaju skaza dziedziczna – skoro to zawsze był temat tabu, trudno tak nagle przełamać się i zacząć swobodnie konwersować o penisach czy cipkach, żeby nie wywołać czyjegoś oburzenia czy rumieńca na twarzy. A jednak to przełamanie się jest kluczowe, żeby odczarować temat i żebyśmy zaczęli z większą akceptacją podchodzić do własnego ciała i tego, jakie procesy w nim zachodzą. Bo nasze dzieci uczą się od nas.

Zamiast więc uciekać w barwne metafory i kwieciste porównania, owijać w bawełnę pszczółkami, motylkami, myszkami, flecikami, mówmy prosto. Penis, członek, wagina, pochwa czy cipka (tak, tak, to nie jest – w odróżnieniu od „cipa” – wulgarne określenie!) to nie są słowa, od których odpada język. A dla dzieci są równie neutralnie nacechowane jak ręka, noga czy żołądek. Dopóki my nie sprawimy, że zaczną myśleć inaczej.

Jeszcze jedno. Niektórzy uważają, że używanie wszelkich dziecięcych określeń narządów płciowych, te wszystkie siusiaki, siuśki, psioszki i co tam jeszcze chcecie, jest błędem i należy się zawsze trzymać określeń neutralnych czy medycznych. Osobiście się z tym nie zgadzam. Jasne, ważne jest, żeby dzieci znały te neutralne określenia, ale nie widzę powodu, dla którego nie mogą posługiwać się i wymyślonymi przez siebie czy przez rodziców zamiennikami. Tak samo jak noga może być w kończyną dolną, nóżką, łapką, syrką czy kopytkiem, tak samo penis może być siusiakiem czy peniskiem, a wagina waginką, siuśką czy cipuszką. Warto po prostu uczulić dzieci, że nie każde słowo pasuje do każdej sytuacji, co zresztą odnosi się nie tylko do „seksualnego” języka ale komunikacji w ogóle.

 

Im naturalniej, tym lepiej

Pewnie łatwo powiedzieć, a gorzej zrobić, ale im naturalniej mówisz o tym, skąd się biorą dzieci, tym mniejsze „halo” robią sobie z tego twoje pociechy. Zakazany owoc smakuje najbardziej, a z tej tematyki to najczęściej my, dorośli, robimy smakowity kąsek. Serio! Dla czterolatka pytanie „którędy dzidziuś wychodzi z brzuszka” jest równie naturalne jak „dlaczego serce bije” albo „skąd się biorą siuśki”. Po prostu – dzieci są ciekawe świata i swojego ciała, zadają pytania i liczą na odpowiedzi.

Jeśli zaczniesz się czerwienić, plątać w zeznaniach i wymyślać jakieś absurdy, to dziecko zacznie podzielać Twoje emocje. Jeśli odpowiadasz spokojnie i bez zbędnego stresu, to i dla dziecka ta rozmowa nie będzie się różnić od setek innych, jakie przeprowadzacie na co dzień. To Twoje podejście i Twoje nastawienie determinuje, czy poczęcie i rodzenie dzieci wywołuje rumieniec wstydu i zakłopotania, czy jest naturalną częścią życia.

Mała rada – wsparciem w takich rozmowach mogą być książeczki dla dzieci z ilustracjami i stopniem szczegółowości dostosowanymi do ich wieku. Rynek wydawniczy jest bogaty także i w tym zakresie. Moje córki już jako dwulatki zakochały się w książeczce „Czekamy na dzidziusia”, za to czterolatka uwielbia „Horror – czyli skąd się biorą dzieci” Grzegorza Kasdepke. Tylko pamiętajcie – każdą książeczkę warto najpierw samemu dokładnie obejrzeć, żeby sprawdzić, czy ktoś tam jakichś głupot nie nawypisywał, bo papier przyjmie wszystko…

 

Podstawową zaletą tego, że sam odpowiadasz na pytania o seks i narodziny, jest fakt, że masz kontrolę nad tym, czego i w jakiej formie dowiaduje się Twoje dziecko. To niepowtarzalna szansa, żeby nauczyć je, że seks jest nie tylko aktem fizycznym, ale wiąże się z emocjami, jest wyrazem miłości i bliskości. Żeby wpoić mu pojęcie intymności i nauczyć go szacunku do ciała własnego i innych a także uczulić na to, że niektórzy używają seksu jako narzędzia do uzyskania swoich celów. W końcu to także okazja do tego, żeby uświadomić mu, że z seksem wiąże się odpowiedzialność za siebie, za partnera i za życie, które w efekcie zbliżenia może powstać.

Nie wiem, jak Wy, ale ja wolę, żeby moje dzieci o cudzie poczęcia i narodzin dowiedziały się ode mnie, a nie z nierzetelnych artykułów w internecie albo, co gorsza, z filmów porno.

Skomentuj