Wielka wyprawa do USA – W krainie wielkich łuków

with 11 komentarzy

Arches NP

Kiedy budzik dzwoni bladym świtem, nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje. Wczorajsze grupowe pogaduchy basenowe przeciągnęły się na tyle, że na sen nie zostało zbyt wiele czasu. Choć prawo Utah – jak wspominałam ostatnio TUTAJ – nie sprzyja imprezom, nasze życie towarzyskie kwitnie. Znamy się coraz lepiej, coraz bardziej lubimy, coraz więcej nas łączy. Postój w Moab wypada mniej więcej w środku naszej podróży i jest jednym z najbardziej intensywnych, albo – paradoksalnie – najbardziej leniwych momentów w ciągu całej wycieczki. A wszystko to zależy od tego, czy lubisz mocniejsze emocje. Moja grupa w 99% lubiła.

Arches NP

 

To wszystko w trosce o Ciebie

Wczesnym rankiem stawiamy się przed Moab Adventure Center, gdzie zaczyna się nasza wyprawa na rafting po rzece Kolorado. Szkolenie, przebieranie i rozdanie sprzętu przebiega bardzo sprawnie, zwłaszcza gdy okazuje się, że w recepcji pracuje młody Polak, którego serce rozkwita biało-czerwoną miłością na widok rodaków. Po kilku miesiącach pobytu na obczyźnie jest tak rozrzewniony, słysząc nasze rozmowy, że załatwia nam specjalną zniżkę na bilety. Szybko okazuje się, że niektóre z moich turystek upatrują w nim doskonałą partię i decydują się na wyswatanie go… ze mną…

Fakt, że nie wykazuję żadnego zainteresowania wcale ich nie zniechęca. Dyskretne spojrzenia i puszczanie oczek szybko ustępuje znacznie mniej subtelnym uwagom pod hasłem „pięknie byście razem wyglądali” i „może wymienilibyście się numerami”. O dziwo, na chłopaka najwyraźniej to działa i nawet mój brak zachęcającej reakcji szczególnie go nie zniechęca. Kiedy próbuję się dowiedzieć, o co tu kurde chodzi, gwiazdy tłumaczą, że takie romantyczne love story to dopiero byłoby idealne dopełnienie tej podróży. A że same są „za stare”, to muszę realizować romanse w ich imieniu. No ręce opadają… Na szczęście przychodzi czas, żeby schronić się do autobusu wiozącego nas na miejsce spływu i szybko zapominam o całej sytuacji. Jeszcze nie wiem, że to tylko cisza przed burzą.

Arches NP

 

Ale to naprawdę w trosce o Ciebie

Zanim dojedziemy na miejsce, czeka nas dosyć długi przejazd terenowymi drogami, który uatrakcyjniają kolorowe widoki za oknem. Zanim zatopię się w kontemplacji krajobrazu, przysiadają się do mnie Basia i Kasia, które zasłynęły między innymi bardzo oszczędnym korzystaniem z prysznica w czasie tej wycieczki (nie słyszałeś o nich? czytaj TUTAJ). Spodziewam się jakichś skarg i zażaleń, jak wtedy, kiedy nie mogły się pogodzić z faktem, że w amerykańskiej restauracji z amerykańskim menu nie ma naszego schabowego i trzeba jeść jakieś paskudne steki i krewetki z grilla. Ale nie, one zalewają mnie swoją troską.
– Bo wiesz, Ewelinko, my się bardzo o Ciebie martwimy – deklarują, a ja mam ochotę rozejrzeć się w poszukiwaniu ukrytej kamery. Ki diabeł? Co się dzisiaj nagle tak wszyscy o mnie troszczą?!?
– Martwicie?
– No tak, no bo po tym wczorajszym… Innych to jeszcze zrozumiem, stare konie… Ale młodej dziewczynie, panience w dodatku, to jednak nie wypada… – mówią nieskładnie. W myślach robię szybki rachunek sumienia za wczoraj, ale nie pamiętam, żebym jakoś nagrzeszyła. A pamięć mam raczej dobrą…
– A możecie jakoś konkretniej, dziewczyny? Bo ja nie mam pojęcia, o co chodzi.
– No właśnie… Tak myślałyśmy, że ty tak nieświadomie. Ale wczoraj, na tym postoju ostatnim… To ty… – głosy im się łamią, rumieniec oblewa niewinne, choć przecież mocno dojrzałe, twarze – zrobiłaś sobie zdjęcie z… męskimi narządami.
Milczę w ciężkim szoku. Jako żywo nie pamiętam żadnych narządów męskich.
– Z TYMI narządami – dodają szeptem, jakby uważały, że nie zrozumiałam pełni swojego upadku. – Porządne kobiety nie mogą sobie na takie coś pozwalać…
Minie dobre kilka minut zanim zrozumiem, że zatroskane siostry podjęły batalię o moją nieskalaną duszę, ponieważ zrobiłam sobie zdjęcie na tle Bliźniaczych Skał, zwanych też Navajo Twins. O takich.

Navajo Twins, Twin Rocks
– Ale dziewczyny, przecież to są indiańskie bliźniaki. Przecież słyszałyście legendę. To nie są żadne penisy.
– Jasne, jasne. Do każdego bezeceństwa można dorobić legendę. A już my dobrze wiemy, jak wygląda… narząd męski. Po prostu, w trosce o ciebie, chciałyśmy ci uświadomić, że zagrożenia czają się wszędzie. Nawet na pustkowiu. Pewnie ktoś to specjalnie tak wyrzeźbił, a teraz sobie robią żarty z turystów.
Nie mam ochoty wdawać się w dalsze debaty anatomiczne, więc kiwam z powaga głową i obiecuję być czujna. Aż się boję, co będzie, jak za kilka godzin zobaczą TĘ skałę.

Arches NP

 

TO jest nasza łódź?!?

Ale to jeszcze nie koniec popisów Kasi i Basi. Kiedy docieramy na miejsce i przewodnik prowadzi nas do naszych pontonów, dopadają mnie przerażone. Ale że jak? Że co? To my mamy tym sami pływać? Sami wiosłować? Z trudem zachowując powagę, tłumaczę im, że przecież to jest rafting, spływ pontonami po rzece. Że przecież widziały film instruktażowy, słyszały, jak przewodnik pokazywał, jak się zachowywać na wodzie, jak wiosłować. Patrzą na mnie przerażone. Bo one myślały, że to tylko taka reklamówka i wygłupy jakieś. A te kapoki to tak dla żartów.
– Ewelinko, przecież my tu wszyscy zginiemy na tej dzikiej rzece! – miotają się, chociaż Kolorado za nami wyjątkowo szeroko i leniwie toczy swoje wody.
Próbuję je uspokoić, zapewnić o bezpieczeństwie, w końcu proponuję nawet powrót autobusem, ale na to nie chcą się zgodzić.
– Obiecaj, że będziesz ciągle blisko nas! Cały czas! – powtarzają, a ja uświadamiam sobie boleśnie, że na tych kilku metrach kwadratowych pontonu nie mam, gdzie uciec, choćbym nawet chciała.

Przewodnik każe nam podzielić się na grupy. Ci bardziej zaradni, także językowo, trafiają do drugiego pontonu, bo łatwiej im będzie dogadać się z przewodnikiem. Sierotki biorę na pokład ja. Gdzieś po drodze miga mi przerażona twarz Krysiulki – „Boże, Ewelinko, my naprawdę TYM płyniemy?”. No kurde, następna zaskoczona…
W końcu wyruszamy. Siostry siedzą strategicznie na samym środku łodzi, w bezpiecznej odległości od brzegów. I od wioseł oczywiście, bo muszą się kurczowo trzymać własnych kolan. Kiedy nadpływa inna łódka albo kajak i pozwalamy sobie na wodną bitwę, one naciągają na głowy kapelusze i głęboko wciskają się w kapoki. „Co za dzikusy” – dobiega mnie niezadowolone mruczenie. Ale nie mam czasu ani ochoty na nie reagować. Zwłaszcza, że reszta grupy – w tym także spanikowana początkowo Krysia – bawi się doskonale!

Rafting Colorado River

 

Raz się żyje!

Wiadomo – to nie jest rafting o najwyższym stopniu trudności. To rozrywka dla amatorów, ale podana w świetnym stylu. Leniwe dryfowanie raz po raz ustępuje dynamicznym przeprawom przez progi na rzece, gdzie woda szumi, syczy, wiruje i wlewa się do pontonu. Prawnik z wieloletnim doświadczeniem, lekarka, biznesman, architekt, artystka i nauczycielka w różnym wieku – wszyscy równo machamy wiosłami, toczymy wodne bitwy, włączamy się w zabawy i akrobacje proponowane przez naszego przewodnika. Napinamy mięśnie przed kolejnym rapidem i rozluźniamy się, kiedy udaje nam się pokonać trudne odcinki. Uśmiechy same wyskakują na twarze. A dookoła słońce, cisza i niesamowite, czerwone skały, których kolor zapisuje się pod powiekami nawet, kiedy zamykasz oczy.

Gdzieś na leniwym odcinku rzeki pada propozycja skoku do wody i popływania, chociaż woda jest – jak to w Kolorado – lodowata. Skaczę ja, skacze Piotrek z drugiego pontonu. W upalnym słońcu cudownie jest zmyć z siebie zmęczenie i kurz. Nie mija nawet kilka sekund, kiedy ląduje obok nas najstarsza, ponad siedemdziesięcioletnia, uczestniczka naszej wycieczki. Elegancka, dostojna kobieta o arystokratycznych korzeniach, która zachwycała mnie swoją klasą od samego początku imprezy (nawet w czasie jelitówki, a przyznacie, że to już coś!). Uśmiecham się do niej z zaskoczeniem, a ona odpowiada najbardziej promiennym uśmiechem na świecie. „Zawsze marzyłam o tym, żeby zrobić coś naprawdę szalonego! Raz się żyje” – wykrzykuje ni to do mnie, ni do siebie, a obie łodzie nagradzają ją oklaskami. Nie tylko dla mnie to jest wyprawa życia!

Arches NP

 

W krainie wielkich łuków

Po raftingu spotykamy się z jedynym członkiem naszej grupy, który na tę rozrywkę się nie pisał. Leniwe popołudnie spędził – naprawdę na ochotnika! – w miejskiej pralni, pracowicie wrzucając do pralek i suszarek ubrania całej grupy. I rozmieniając na ćwierćdolarówki kolejne dolce. Wylewnie dziękujemy naszemu szopowi praczowi, bo odświeżenie garderoby w połowie podróży jest na wagę złota. „Nie ma za co! Nawet nie wiecie, jakie to były emocje! Udało mi się upolować wszystkie brakujące monety” – informuje podekscytowany skompletowaniem ćwierćdolarówek odpowiadającym każdemu ze stanów. Wychodzi na to, że wszyscy są zadowoleni.

Bez dalszej zwłoki ruszamy do Parku Narodowego Arches, gdzie na terenie ponad 300 km2 można znaleźć ponad 2000 niezwykłych skalnych łuków. Że o skałach o fantazyjnych kształtach, zachwycających wieżach, monumentalnych blokach zawieszonych niemal w powietrzu już nawet nie wspomnę. Choć upał jest coraz większy, niestrudzenie zaliczamy kolejne atrakcje – spacerujemy wokół Balanced Rock, która wygląda, jakby za chwilę miała runąć nam na głowy, wyglądamy przez ogromne okna, podziwiamy Trzy Plotkary i Słonie, zachwycamy się kruchością Delicate Arch.

Balanced Rock

Na sam koniec zostawiamy sobie spacer przez Diabelski Ogród, który ma nas doprowadzić do Landscape Arch – jednego z największych wolnostojących łuków skalnych na świecie. Kiedy wysiadamy z autobusu, zaczepia nas jakaś Indianka i sugeruje zabranie parasoli. Uśmiechamy się pobłażliwie – po błękitnym niebie leniwie suną puszyste, białe obłoczki – i ruszamy przed siebie. Naiwniacy. Nie mija nawet dziesięć minut, kiedy nagle robi się szaro a z nieba spada prawdziwy wodospad. Kto może, chowa się pod nawisem skalnym w pobliżu ścieżki. Kto zdąży, wygrzebuje gdzieś z plecaka zapomniane płaszcze przeciwdeszczowe. Przez kilka minut stoimy zdezorientowani – nie za bardzo jest sens się ruszać, bo nie widzimy dosłownie nic poza własnymi zaskoczonymi twarzami… Skąd ona mogła to wiedzieć?!?

Devils Garden

Deszcz kończy się równie nagle, jak się zaczął. Jakby ktoś nagle zakręcił wodę. Kiedy docieramy do Landscape Arch, przez chwilę jeszcze siąpi, a potem wraca słońce. W milczeniu podziwiamy cud natury, ciesząc się, że jeszcze dane nam go zobaczyć, bo stopniowa erozja skał nieuchronnie prowadzi do jego zagłady. Ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz. Na szczęście.

Landscape Arch

 

 

A jednak love story

Kiedy wracamy na noc do hotelu, szybko przebieram się w kostium kąpielowy z nadzieją na basenowy relaks jeszcze przed zaśnięciem. Gdzieś w przelocie sięgam po zagrzebany na dnie torby telefon. 16 połączeń z nieznanego numeru!!! To nie wygląda dobrze. Numer jest amerykański. W myślach robię szybki przegląd potencjalnych zagrożeń – wszystkich turystów przywiozłam do hotelu, więc najgorsze mi nie grozi, ale coś się przecież musiało stać. Zanim zdążę oddzwonić, odzywa się telefon przy moim łóżku. Your guest is waiting in the swimming pool area [Pani gość czeka przy basenie] – informuje mnie uprzejmy głos, a potem dodaje, że „mój gość”, kimkolwiek by on nie był, przyszedł już trzeci raz dzisiaj. O co, kurde, chodzi?

Arches NP

Schodzę na basen, gdzie leżakuje już część mojej grupy. Razem z nimi siedzi niedoszły amant z raftingowego biura. Okazuje się, że moje turystki od love story dały mu mój numer telefonu, a on – skoro nie odbierałam te 16 razy – przespacerował się po kilkunastu hotelach w okolicy, żeby nas znaleźć. A potem wracał do naszego trzykrotnie, czekając aż się zjawimy. Dumne swatki uśmiechają się do mnie, a ja jestem przerażona. Czy tylko mi tu śmierdzi desperacją pomieszaną ze stalkingiem?

Grupa wydaje się cieszyć ze spotkania z Polakiem na obczyźnie, więc postanawiam nie psuć nastroju. Wymieniamy kilka uprzejmych zdań. On proponuje piwo, ja odmawiam. Wspominam, że miałam właśnie popływać, a on – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zrzuca z siebie ubranie i prezentuje kolorowe kąpielówki. „Jestem zawsze przygotowany” – deklaruje z uśmiechem.

Po jakimś czasie w kilka osób siedzimy w jacuzzi. On się przysuwa, ja się odsuwam, on się przysuwa, ja się odsuwam. Aluzje nie działają. Otwarte komunikaty też nie bardzo. Kiedy już mam zamiar zakończyć te wygłupy swojskim „a weź pan spierdalaj”, reaguje nasz kochany kierowca. „May I join you?” – pyta, jednocześnie wciskając swoje 120 kilo żywej wagi dokładnie pomiędzy mnie a mojego amanta. Poziom wody się podnosi, amant dryfuje na drugi koniec jacuzzi, a kilka minut później zwija manatki.

– Jak będziecie miały ochotę na love story, to jestem do waszej dyspozycji – rzuca Steve do moich swatek i uśmiecha się znacząco, a one… zaczynają chichotać. Wtedy jeszcze nie wiem, że nie są to słowa bez pokrycia…

No ale do tego tematu, to wrócimy później. A może lepiej nie?

Arches NP Arches NP

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

11 Responses

  1. Beata Herbata
    | Odpowiedz

    Wspaniała wyprawa i cudowne zdjęcia. Szkoda, że tak boję się latać samolotem 😉

  2. Olga
    | Odpowiedz

    Cudowna wyprawa. Niestety podczas mojego pobytu w USA nie było mi dane odwiedzić tych okolic ale na pewno to nadrobię.

  3. Monika
    | Odpowiedz

    W ogóle nie mam żadnych skojarzeń, patrząc na te skały. Koleżanki zdecydowanie przesadzają!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Może po prostu głodnemu chleb na myśli 😉

  4. Asia
    | Odpowiedz

    Te formacje skalne są wspaniałe. I mają niesamowity kolor.
    I też nie specjalnie mi przypominają penisy…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      No właśnie 🙂 Czyli to nie ja mam ograniczoną wyobraźnię, tylko siostry zbyt wybujałą 😀

  5. Mrotschny
    | Odpowiedz

    Mimo, że moim największym marzeniem, jeśli chodzi o Stany jest Yosemite Valley, to Twoje łuki z Utah zrobiły na mnie piorunujące wrażenie! 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Yosemite będzie już bardzo niedługo 🙂 zaglądaj w czwartki 🙂

  6. Artur
    | Odpowiedz

    Świetne zdjęcia. Marzy mi się taka wyprawa 🙂 Pozdrawiam

Skomentuj