Wielka wyprawa do USA – Waszyngton gościnnie

with Brak komentarzy

WaszyngtonNie byłam w Waszyngtonie, przyznaję od razu. Ale relacja z USA bez tego miasta wydaje mi się jakoś niepełna. To w końcu stolica. Dlatego do podzielenia się swoimi wrażeniami i zdjęciami zaprosiłam innego pilota – mojego własnego męża. Ciekawi? Wskakujcie na pokład!

Waszyngton

Lotnisko

Waszyngton to miasto niezwykle ciekawe, ale z punktu widzenia pilota wycieczek dosyć trudne. I to z wielu powodów. Zabawa zaczyna się już na lotnisku. Jako że Waszyngton to stolica i siedziba wielu organizacji państwowych i międzynarodowych, kontrole – jak wynika z mojego doświadczenia – są tu często bardziej skrupulatne niż w innych portach lotniczych. A logika służb granicznych bywa trudna do ogarnięcia rozumem przeciętnego podróżnego. I nieprzeciętnego pewnie też.

Jest wrzesień, tuż przed południem. Z grupą ponad dwudziestu osób wysiadamy z samolotu z Monachium. Towarzystwo, co ciekawe, złożone niemal w stu procentach z prawników, sędziów, radców prawnych. Z absolutnie niezrozumiałych powodów podejrzliwa panienka z okienka uznaje dwójkę moich turystów za potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju i świata. Bez słowa wyjaśnienia, bez odpowiedzi na zadawane pytania, bez zbędnych delikatności, para trafia pod specjalny nadzór.

Kolejni strażnicy dołączają do ekipy śledczej, płyną minuty, a potem godziny, a sprawa w ogóle się nie posuwa. W zasadzie nikt nie wie, co się dzieje i dlaczego to się dzieje. Wszelkie próby interwencji czy pomocy z mojej strony – a przecież jestem pilotem tej grupy i opiekuję się tymi ludźmi – są odrzucane bez zbędnych dyskusji. Pada nawet groźba aresztu za utrudnianie czynności służb. Mija kilka dobrych godzin zanim uda się biedaków wydostać z opresji, w którą wpadli niechcący i bezpodstawnie. Skuteczna okazuje się dopiero groźba interwencji konsularnej. I do tej pory nie mamy pojęcia, o co chodziło.
Ale dla oszczędzenia sobie stresu teraz latamy raczej przez Nowy Jork.

Waszyngton

Labirynt

Choć nie dla wszystkich to oczywiste – pilot wycieczek i przewodnik to nie to samo. Nie zmienia to faktu, że ten pierwszy często przejmuje rolę tego drugiego na pewnych odcinkach, a czasami i na całej trasie. Z różnych powodów. Są miejsca, gdzie nie jest to żadnym problemem. Są miejsca, gdzie to zupełnie naturalne. Ale są i takie, gdzie zastąpienie przewodnika lokalnego jest niemałym wyzwaniem. I Waszyngton do nich należy.

Praca pilota zaczyna się przed wyjazdem z domu. Opracowujesz trasę zwiedzania, wybierasz najciekawsze punkty, gromadzisz ciekawostki i wiedzę, którą możesz przekazać turystom tak, żeby jak najlepiej poznali miasto. Jak najlepiej przygotowujesz się do odpowiedzi na pytanie „a co to jest?”, które padnie niechybnie bazylion razy. I to jest jak najbardziej w porządku. Problem z Waszyngtonem polega na tym, że takich budynków, o które można zapytać, jest tam więcej chyba niż tych zupełnie nieznaczących. Ambasady, konsulaty, budynki rządowe, siedziby organizacji międzynarodowych tłoczą się jeden obok drugiego aż do zawrotu głowy. I przykuwają uwagę, bo często wyróżniają się ciekawymi detalami albo monumentalnością.

Jeśli masz lokalnego przewodnika, to masz luz, bo najwyżej go tłumaczysz. Jeśli go nie masz – musisz główkować sam albo liczyć na wsparcie kierowcy. Choć z tym ostatnim bywa różnie, bo – po pierwsze – przy licznych ograniczeniach w ruchu, drogach jednokierunkowych i zakazach wjazdu, musi się on skupić na prowadzeniu autobusu i – po drugie – często okazuje się, że nawet robiąc tę samą trasę pięć razy w tygodniu, twój szofer może zupełnie nie interesować się tymi wszystkimi budynkami po drodze… No i wtedy pozostaje ci tylko urok osobisty…

Waszyngton

Znowu jakieś cmentarze…

Patrząc w program zwiedzania Waszyngtonu, niektórzy turyści bywają sceptyczni. Biały Dom i Kapitol – wiadoma sprawa, każdy widział, każdy kojarzy. Fajnie zrobić sobie zdjęcie na tle rezydencji amerykańskiego prezydenta. Ale potem zaczynają się schody. No bo ciągle jakieś wojenne monumenty, jakieś cmentarze, jakieś biblioteki… Panie Maćku, może by się znalazło coś ciekawszego?

Szkopuł w tym, że te właśnie monumenty, te właśnie cmentarze, te właśnie biblioteki czy muzea stanowią o uroku i atrakcyjności Waszyngtonu i naprawdę robią wrażenie, jeśli tylko dać im szansę. I jeśli potrafi się je pokazać i opowiedzieć w odpowiedni sposób.
Jeden przykład – Cmentarz Narodowy w Arlington, zwany najsmutniejszym skrawkiem ziemi w Ameryce. Spoczywają tu weterani wszystkich wojen, w których USA kiedykolwiek brały udział, od rewolucji amerykańskiej poczynając. Dla Amerykanów miejsce ważne, dla cudzoziemców, jak mogło by się wydawać, zdecydowanie mniej. A jednak odwiedzają go tłumy i nie jest to przypadek.

Wrażenie robi już sama jego rozległość i położenie na wzgórzu z pięknym widokiem. Panorama tak zachwyciła J.F. Kennedy`ego, że miał powiedzieć, że mógłby spędzić tam wieczność. To było tydzień przed tym, jak zginął w zamachu w Dallas. I rzeczywiście na tym cmentarzu jest pochowany, podobno dokładnie w miejscu, w którym wypowiedział te słowa. A grobowiec rodziny Kennedy, przy którym płonie wiecznie znicz, jest jednym z najczęściej odwiedzanych tu miejsc.

Albo Biblioteka Kongresu. Kilkadziesiąt milionów książek, jeszcze więcej rękopisów, mapy, zdjęcia, mikrofilmy. Dokumenty w ponad 470 językach. Ponad 800 kilometrów półek! Robi wrażenie, nie? A jak się wejdzie do środka, jak się zobaczy te wnętrza… Szczęka opada! Tylko trzeba dać im szansę i przekonać ludzi, że warto, że to nie jest nuda.

Waszyngton

Dziwne te ręczniki…

Z waszyngtońskich wojaży kojarzy mi się jeszcze jedno wspomnienie. Migawka taka, która trochę oddaje smaczek pracy pilota, bo to jest taka robota, w której zawsze coś się dzieje. Zawsze coś może Cię zaskoczyć. Co może być plusem, bo nie popadasz w rutynę, ale i minusem, bo czasem prowadzi do stanów przedzawałowych. A czasem jest po prostu zabawnie.

Z jedną grupą odwiedziłem kiedyś Kapitol. Wszystko pięknie, wszyscy zachwyceni, dzielą się emocjami. Nagle jeden z turystów mówi: „no pięknie tu, wszystko fajnie i te łazienki mają nawet ładne. Ale ręczniki to mają badziewne. Śliskie takie, wody nie chłoną wcale prawie. A niby taka Ameryka…” Na początku nawet tego nie rejestruję, ale potem zaczynam się zastanawiać, bo przecież – ciekawa sprawa – w toaletach były tylko suszarki… No to idę sprawdzić, co to za amerykańskie wynalazki. I okazuje się, że to nie były ręczniki, tylko jednorazowe nakładki na sedes… Fajnie by było, jakby podróżne problemy ograniczały się tylko do takich zabawnych drobiazgów.

Ale do odwiedzenia Waszyngtonu zachęcam wszystkich. Bo to nie jest przereklamowane miasto!

Waszyngton

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj