Wielka wyprawa do USA – Lake Powell, między Arizoną i Utah

with 14 komentarzy

Glen CanyonKiedy budzisz się następnego dnia po wizycie nad Wielkim Kanionem Kolorado, myślisz sobie, że każde następne miejsce może być już tylko gorsze. No bo co może przebić największy hit? A tymczasem wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów, żeby widoki za oknem szybko wybiły nam z głowy wszelkie obawy i wątpliwości.

 

Bo oto przed nami roztacza się Pustynia Pstra. Słyszeliście o niej kiedyś? Amerykanie mówią na nią Painted Desert – Malowana Pustynia i ta nazwa doskonale oddaje to, co właśnie oglądamy. Kolorowe pustkowia. Wielobarwne góry. Czerwone, pomarańczowe, fioletowe, żółte, brązowe pasy, które wiją się w zachwycających wzorach. Tymczasowo żegnamy się z Arizoną, ale ten stan nie ustaje w próbach oczarowania nas i zachwycenia. Jakby chciał nas zatrzymać…

Painted Desert

Musimy się zatrzymać!

Powietrze drga gorącem, a my cieszymy się, że spektakularne widoki możemy podziwiać z wnętrza klimatyzowanego autobusu. Mkniemy przed siebie ze świadomością, że czeka nas relaks nad wodą, pływanie i chłodna bryza. Im szybciej dojedziemy, tym więcej czasu będziemy mieć na wylegiwanie się na ręczniku, co doskonale motywuje nas do unikania niepotrzebnych postojów.

Droga wije się przez pustkowia jak w tych amerykańskich filmach, gdzie – jak okiem sięgnąć – nie widać śladu człowieka. Tylko my i nasz autobus.
– Musimy się zatrzymać! – rzuca nagle jedna z turystek. A dokładniej jedna z tych, którym wczoraj rysowałam mapę trasy nad Kanionem Kolorado ze szczególnym uwzględnieniem WC.
– Tutaj? – dziwię się, ale zdesperowana mina Ali mów sama za siebie.

Painted Desert

No to zatrzymujemy się. Środek pustkowia. W pobliżu drogi nie ma nawet żadnego większego kamienia, o przyjaznych krzaczkach nie wspominając…
– Moi drodzy – zagajam do grupy. – W ramach koleżeńskiej solidarności osoby siedzące po prawej stronie autobusu zaciągają szczelnie zasłonki i nie wyglądają przez szpary.
– Dla własnego dobra – dorzuca Ala. – Bo sami wiecie, że pewnych rzeczy nie da się odzobaczyć…
Wybiega szybko z autokaru, ale nagle cofa się i dorzuca:
– A najlepiej, to sobie coś pośpiewajcie w tym czasie…
Więc śpiewamy. Wesoły autobus, zdesperowana kobieta w plenerze i chór na dwadzieścia kilka gardeł. Jak na ironię, choć przez ostatnie pół godziny nie widzieliśmy żadnego auta, to teraz – w radykalnie awaryjnej sytuacji – ruch nagle gwałtownie się ożywia i wszyscy bardzo niepokoją się naszym postojem w środku gorącego niczego. Kierowca początkowo zapewnia wszystkich, że nic złego się nie stało i dziękuje za troskę. W końcu, znużony, powtarza jak refren „keep going, just shitting” a ja siedzę obok niego i płaczę ze śmiechu podobnie jak reszta autobusu, z główną zainteresowaną włącznie.

Dalszą trasę pokonujemy z regularnymi przystankami, a zasada solidarności zaczyna się bardzo mocno sprawdzać, bo… Bo rzekome zatrucie pokarmowe okazuje się jednak czymś znacznie mniej przyjaznym, a znacznie bardziej zaraźliwym – grypą jelitową, która po kolei, w tempie błyskawicznym bierze w swoje objęcia znaczną część grupy. Więc tak sobie jedziemy, zatrzymujemy się, śpiewamy i jedziemy dalej… I pozostaje nam się tylko cieszyć, że jelitówka, choć złośliwa, porzuca kolejne ofiary dosyć szybko i nie zostawia po sobie wyraźnego śladu. W odróżnieniu od nas, bo podejrzewam, że ślad naszego autobusu był jednak dosyć wyraźny…

Wielki Kanion North Rim

Żegnaj, Arizono!

W końcu wjeżdżamy do Krainy Mormonów, jak nazywa się stan Utah ze względu na wyznanie większości jego mieszkańców. Gdzieś po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę, bo na horyzoncie zobaczyć można północną, rzadziej odwiedzaną przez turystów, krawędź Wielkiego Kanionu. Jest piękne, słoneczne popołudnie, kiedy docieramy nad Jezioro Powell (Lake Powell), sztuczny zbiornik powstały przez spiętrzenie rzeki Kolorado dzięki zaporze Glen Canyon. Chociaż budowa tamy i zbiornika budziła wiele wątpliwości ekologów, antropologów i archeologów, efekt jest powalający – ogromne jezioro w środku pustkowia, błękitna woda, niewielkie przystanie i plaże, tereny rekreacyjne przyciągające tłumy turystów. Nie mija wiele czasu, kiedy i my dołączamy do grona plażowiczów. Na tle tubylców wyróżniamy się opalenizną w narodowych barwach – czerwone nogi i ramiona wyraźnie odcinają się od białych brzuchów i pleców. To pamiątka, którą zostawił nam po sobie wczorajszy spacer wzdłuż krawędzi Wielkiego Kanionu. Ale kto by się tam przejmował wyglądem, kiedy można się zanurzyć w przyjemnie chłodnej wodzie Lake Powell. W takich chwilach człowiekowi nie trzeba wiele do szczęścia…

Zapora Glen Canyon

Geln Canyon

A to przecież jeszcze nie koniec. Rozleniwieni staramy się maksymalnie długo nacieszyć plażowym relaksem, a potem w pośpiechu zbieramy manatki, żeby zdążyć na rejs po jeziorze. Na statek wpadamy niemal w ostatniej chwili, chociaż miły kapitan zapewnia nas, że bez nas na pewno by nie odpłynął. I ruszamy. Jezioro, kolorowe wzgórza dookoła, wielobarwne pustkowie odcinające się od bezchmurnego nieba. Przyjemna bryza chłodzi rozgrzane twarze. Na statku dobre kilkadziesiąt osób, ale nie słychać nic poza spokojnym głosem przewodnika. Tłum oniemiały, oszołomiony przestrzenią, wielkością, urodą  Lake Powell. Jakoś nie mieści nam się w głowach, że jeszcze 50 lat temu tego wcale tutaj nie było! Że to człowiek wespół z naturą potrafili stworzyć coś takiego!

Lake Powell Lake Powell

Słońce chyli się powoli ku zachodowi, kiedy wpływamy w odchodzący od Lake Powell Kanion Antylopy. Czy raczej w tę jego część, która jest wystarczająco szeroka, żeby można było ją eksplorować łodzią. Cisza, spokój, majestat. Gaśnie silnik. Jest tak cicho, że słychać nawet delikatny plusk wody przecinanej przez dziób statku. I nagle bębny, gardłowy indiański śpiew. Rozglądamy się zaskoczeni w poszukiwaniu śpiewaka, żeby ze zdziwieniem odkryć, że to nie na żywo, że to z płyty odtworzony występ. To nie ma znaczenia. Ta muzyka okazuje się idealnym dopełnieniem otoczenia, widoków, nastroju. Chwilo trwaj, chciałoby się zakrzyknąć na przekór słońcu, które jest coraz niżej i niżej…

Kanion Antylopy

Kanion Antylopy

Witaj, Arizono!

Choć to nie koniec odkrywania Utah, na noc wracamy do Arizony. Miasteczko Page, które powstało jako sypialnia dla pracowników budujących w połowie XX wieku Zaporę Glen Canyon, dzisiaj jest głównie bazą dla turystów odkrywających piękne okolice Lake Powell. Wieczorem meldujemy się w hotelu, zmęczeni dniem pełnym atrakcji i z nadzieją na zanurzenie się jacuzzi przyjaźnie bulgoczącym na powitanie. Szybko wypakowujemy bagaże z autobusu, a ja i Piotrek pomagamy we wtaszczeniu walizek tym, którym trafiły się pokoje na piętrze. Myślami wskakuję już kostium kąpielowy, kiedy zaczepia mnie zmartwiony Steve i melduje, że jego walizka znikła. Walizka, w której – dodajmy – były nie tylko ubrania i kosmetyki, ale też dokumenty niezbędne nam do dalszej podróży… Ciśnienie skacze nam obojgu.

Szybko próbujemy ustalić fakty. Brązowa, ogromna walizka została wyładowana razem z resztą naszych bagaży, pamiętam to bardzo dobrze, bo sama, zgodnie z umową, postawiłam ją w recepcji pod czujnym okiem miłej blondynki za kontuarem. Sprawdzamy więc dokładnie recepcję, parking, hall, salę śniadaniową, a nawet basen, choć za Chiny Ludowe nie wiem, w jakim celu i czego się tam spodziewamy. Walizki w roli łodzi podwodnej? Wpadamy na pomysł, że może któryś z turystów zaopiekował się zagubionym bagażem. Sprawdzamy pokoje, biegamy między piętrami, pukamy do kolejnych drzwi. Kurcze, miałam właśnie sączyć drinka w jacuzzi, a tymczasem latam jak kot z pęcherzem i to w dodatku bez rezultatu…

Niepocieszony kierowca obwieszcza, że musi zadzwonić do szefa, żeby w jakiś sposób ściągnąć duplikaty swoich papierów, i widzę, że wcale go nie cieszy ta sytuacja. Podobnie jak fakt, że został w środku podróży bez gaci na zmianę…

– Chodźmy do mojego pokoju i pomyślimy, co dalej – proponuję. Razem wspinamy się na piętro i wędrujemy dłuuuugim korytarzem, bo akurat mój pokój jest na szarym końcu hotelu, za załomem ściany. Idziemy w ciszy, wokół półmrok. Lekko migające lampy i szumiąca maszyna do lodu. Dochodzimy do końca, skręcamy w prawo i widzimy… Walizkę Steve’a! Zaparkowaną dokładnie pod moimi drzwiami… Kierowca patrzy na mnie równie zdziwiony jak ja na niego. Co tu się do jasnej anielki dzieje?!? To jakaś ukryta kamera?

– O, dobrze, że jesteście – wyłania się nagle zza wielkiego bagażu nasza Krysia. – Znalazłam waszą walizkę…

Lake Powell

Ale o co chodzi?!?

Kiedy mija pierwsze oszołomienie, szybko okazuje się, że „znalazłam” jest w ustach Krysi jednak pewnym nadużyciem. Otóż nasza Krysiulka, zaniepokojona, że ktoś może zwędzić z recepcji bagaż naszego kierowcy, zabrała go pod swoje skrzydła. W czasie, kiedy my intensywnie go szukaliśmy, ona dzielnie wtaszczyła ogromną walizę na piętro, przeciągnęła korytarzem pod moje drzwi tylko po to, żeby odkryć, że mnie tam nie ma. Poszła więc z tobołem do swojego pokoju, gdzie od swojej współlokatorki dowiedziała się, że właśnie tej walizki szukamy. I wtedy po raz kolejny zaciągnęła walizę pod moje drzwi i, odkrywając, że nadal mnie nie ma, postanowiła je popilnować, żeby jej ktoś nie ukradł… Uśmiecha się przepraszająco, bo czuje, że zrobiła niechcący nieliche zamieszanie, ale kto by się potrafił gniewać na naszą Krysiulę Złote Serduszko…

Dla ukojenia nerwów postanawiamy ze Stevem wyskoczyć na szybkie zakupy do supermarketu i zrobić małe zapasy na zaimprowizowaną grupową imprezę na basenie. Robi się późno, a ja ciągle mam gdzieś w głowię wizję babelków w jacuzzi. Podczas gdy Steve wybiera jakieś przekąski, ja pędzę do alejki z alkoholami. Biegnę, skręcam i… bum… Leżę na ziemi oszołomiona tym, co się przed chwilą stało. Co to ma być? Co jest nie tak z tym miastem!?! Potrzeba dobrych kilkunastu sekund, żebym zajarzyła, że właśnie odbiłam się od zapory z folii spożywczej, która, jak pajęczyna owija całą alejkę z alkoholami, blokując do niej wejście z każdej strony. Bardzo skutecznie blokując.

Miły pracownik z pełną powagą – skubany, nawet brew mu nie drgnie, choć podejrzewam, że wewnętrznie właśnie sika po nogach ze śmiechu – zbiera mnie z podłogi i cierpliwie wyjaśnia, że prawo zakazuje im sprzedaży alkoholu od określonej godziny (której teraz już nie pamiętam), a taka bariera to najłatwiejszy sposób, żeby oszczędzić kasjerkom utarczek ze skłonnymi do naginania przepisów. Ostatecznie więc jedyne bąbelki, jakie przywozimy do hotelu, to jakaś fanta i woda mineralna, ale powiem wam, że w jacuzzi i tak smakują wybornie! Zresztą okazuje się, że tutejsze dziwactwa to nic takiego w porównaniu z tym, co już niedługo zaserwuje nam Utah. Ale o tym, to możecie poczytać za tydzień!

Lake Powell

Arizona

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

14 Responses

  1. Żona Egipcjanina
    | Odpowiedz

    Wspaniałe zdjęcia! To musiała być niesamowita przygoda!

  2. Olga
    | Odpowiedz

    USA są dla mnie bardzo pociągające! Tej części, którą opisujesz właściwie nie znam, a okazuje się że jest bardzo interesująca! Przy najbliższym wyjeździe będę brała pod uwagę 😉

  3. zwiedzaki.pl.tl
    | Odpowiedz

    Jestem przekonana, że Wielki Kanion będzie jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie mi będzie dane w życiu zobaczyć. Mój mąż (typowy mieszczuch) ciągnie bardzo do Nowego Yorku, ale jak już się kiedyś znajdziemy w USA, to tej Arizony na pewno mu nie odpuszczę 😉
    Pozdrawiam 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Najlepiej zaliczyć i jedno, i drugie, bo Nowy Jork to wspaniałe miasto! A jak już będziecie w Arizonie, to zahaczcie i o Utah, bo to w ogóle niesamowite rejony😁

  4. Karolina
    | Odpowiedz

    Widoki zapierają dech. Moje marzenie zobaczyć to na żywo 😉

  5. Danuta
    | Odpowiedz

    Zdjęcia piękne,, mnie trochę przeraża Arizona, chyba nie lubię takich przestrzeni.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Taka przestrzeń i pustka mogą mieć w sobie coś niepokojącego. Ale mnie zachwyciły 🙂

  6. Madzia
    | Odpowiedz

    Widoki zapierają dech w piersiach. Czerwona ziemia pięknie się komponuje z błękitem nieba. Piękna relacja.

  7. Wspaniałe zdjęcia, nie wiedziałem o tym miejscu.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja też wcześniej nie wiedziałam. W czasie tej wyprawy sporo było takich odkryć 🙂

  8. Klaudia J
    | Odpowiedz

    widoki niesamowite! Ja nie mogę tych zdjęć ogglądać, bo już bym w długie wojaże wyruszać chciała!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Też mnie czasem łapie taka ochota na pakowanie walizek. Zwłaszcza kiedy za oknami buro i szaro, a gdzieś tam tak kolorowo 🙂

  9. blue horse
    | Odpowiedz

    Piękne zdjęcia. Widoki pewnie niesamowite, zostają w pamięci na całe życie. Super! pozdrawiam

Skomentuj