Wielka wyprawa do USA – Monument Valley

with 10 komentarzy

Monument Valley

Są takie widoki w USA, które zna każdy. Statua Wolności, Wielki Kanion, Kapitol. No i oczywiście Monument Valley. Dolina Pomników, czy też – jak chcą Indianie – Dolina Skał. Po dniu zakończonym nieśpiesznym rejsem po Lake Powell, szykujemy się do kolejnej zmiany klimatu.

 

Po wczorajszym pierwszym, nieśmiałym spotkaniu, dziś definitywnie wjeżdżamy w Utah. Choć dla wielu osób główne, albo i jedyne skojarzenie z tym stanem to Mormoni i dziwaczne prawa komplikujące życie, to prawda jest taka, że przyrodniczo jest on jednym z najatrakcyjniejszych regionów w USA. W końcu jest tu aż pięć parków narodowych, co daje największe ich zagęszczenie w tym kraju, a do tego trzeba doliczyć całe mnóstwo parków stanowych, obszarów chronionych i rezerwatów podległych jurysdykcji Indian. Do tej ostatniej grupy należy Monument Valley, do której właśnie zmierzamy, już w drodze zachwycając się kolorowymi krajobrazami migającymi za oknami naszego autobusu.

Monument Valley

Chyba mamy mały problem…

Wszystko idzie gładko, bardzo gładko. Można by powiedzieć zbyt gładko. Nasza intensywna, choć szczęśliwie krótka przygoda z jelitówką zdążyła się zakończyć. Wszyscy są w wybornych humorach, a w dodatku wygląda na to, że dopisze nam także pogoda, co w Monument Valley nie zawsze jest oczywiste. Przekonała się o tym aż za dobrze jedna z moich koleżanek, która dolinę zwiedzała w strugach deszczu tak ulewnego, że równie dobrze mogłaby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia w Ciechocinku. Tutaj nic podobnego! Jest słońce, niebieskie niebo, a na domiar szczęścia powiewa nawet lekki wiatr, dzięki któremu o wiele łatwiej znieść upalną lipcową pogodę.

Zatrzymujemy się na parkingu przy niewielkiej restauracji i sklepie z indiańskimi pamiątkami. Szybkie zakupy, szybkie siusiu i w podskokach wracamy do autobusu.

– Chyba mamy mały problem… – mówi o mnie Steve, a mi robi się zimno mimo tych trzydziestu stopni na termometrze. Od razu przypomina mi się grupa sprzed kilku lat, ta grupa od pani Jadzi [pamiętacie Jadzię? Jeśli nie, to poczytajcie TUTAJ], która zatrzymała się dokładnie w tym samym miejscu…

Monument Valley

– Moi drodzy, zrobimy sobie tutaj krótką przerwę. Dwadzieścia minut na szybkie zakupy i jedziemy dalej. Monument Valley czeka! – mówi pilotka, a autobus pustoszeje w mgnieniu oka. Prawie cały. W środku zostaje jedynie pan Krzysztof, który odsypia zaległości poprzedniej nocy, a przy okazji stara się sprytnie uniknąć kolejnych zakupów u boku żony-zbieraczki pamiątek. Kierowca wyskakuje na chwilę do sklepu, zostawiając autobus otwarty dla turysty, ale ten jednak zmienia zdanie i wychodzi, zamykając za sobą drzwi.
Dwadzieścia minut mija szybko. Grupa melduje się przy autobusie. Zdziwiony kierowca próbuje otworzyć drzwi, ale okazuje się, że są zamknięte.
– Panie Krzysiu, pan otworzy! – puka i nawołuje, niewiele widząc za zaciemnionymi szybami pojazdu.
– Ale ja jestem tutaj – odzywa się zza jego pleców mimowolny sprawca zamieszania, który zatrzasnął autobus z kluczami w środku. Jedynymi kluczami.
– Chyba mamy mały problem… – melduje więc kierowca pilotowi.

I problem rzeczywiście jest.
Następuje szybka burza mózgów. Sprowadzenie pary zapasowych kluczy gdzieś z Los Angeles raczej nie wchodzi w grę, rozbicie szyby może bardzo skomplikować dalszą podróż a o ślusarza w środku niczego może być raczej trudno. Wyczekane Monument Valley nagle się oddala. Szefowa postanawia zagaić ze stojącymi obok Indianami, którzy z zainteresowaniem obserwują rozemocjonowany tłum stojący w upale przed drzwiami autokaru. Może oni wiedzą, gdzie jest jakiś warsztat? Może kogoś polecą? Może podwiozą?
Okazuje się, że ponury Indianin ma lepszy pomysł. Niedbałym gestem przerywa potok słów pilotki, bez większych ceregieli i niemal bez słowa podchodzi do autobusu, wyciąga z kieszeni jakąś dziwną linkę czy drucik i w kilka sekund otwiera autobus. „You`re welcome” – rzuca tylko i odchodzi, a grupa zwyczajnie woli się nie zastanawiać, skąd nabył takich umiejętności…

 

A teraz wróćmy do naszej grupy.
– Chyba mamy mały problem.. – mówi do mnie kierowca, dobrze wiedząc, jaka przygoda nam się tu kiedyś przydarzyła.
You must be kidding me... – odpowiadam blada, bo to naprawdę musi być jakiś żart. I mimowolnie rozglądam się za ponurym Indianinem…
Nope. It`s serious. We are running out of beer [Nie. Kończy nam się piwo] – odpowiada ten głupol, wskazując na autokarową lodówkę, i zaczyna się śmiać. Mogę sobie tylko wyobrazić jaką miałam wtedy minę…

Monument Valley

Takie interesy tylko w Monument Valley

Bez dalszych perypetii docieramy do Monument Valley i stajemy oniemiali. Ogromna, rozległa przestrzeń zachwycająca wszelkimi chyba istniejącymi odcieniami czerwieni. W środku pustki, znienacka, skały. Imponujące, wielkie, o fantazyjnych kształtach. Miejsce trochę jak nie z tego świata. Nic dziwnego, że tak wielu reżyserów (szacuje się, że ponad stu) właśnie tutaj kręciło sceny do swoich filmów. Pamiętacie Forresta Gumpa? To właśnie tutaj zatrzymał się w swoim szaleńczym biegu przez całe stany (o czym zresztą informuje stosowna tablica) i ja mu się wcale nie dziwię, bo w takim miejscu trudno się nie zatrzymać.

Część grupy decyduje się na przejażdżkę po Dolinie (która de facto doliną nie jest) jeepami, część woli po prostu pieszą wędrówkę. Podczas gdy ta druga grupa wyrusza w drogę, ja negocjuję cenę przejażdżki dla tej pierwszej. Wracam do zainteresowanych, ale zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, jeden z naszych grupowych biznesmenów stanowczo ogłasza, że on sobie wszystko załatwi sam i zaraz mi tu pokaże, jak się robi interesy. Chyba nie do końca ma świadomość, że sprawujący opiekę nad tym terenem Indianie nie lubią tracić zysków. Moi grupowicze zdążają już dawno odjechać, czas płynie, a biznesmen dalej negocjuje. W końcu uradowany wskakuje do jeepa, pakując swoją niewielką ekipę, i unosi do góry kciuk w geście zwycięstwa. „Zbiłem cenę o prawie połowę. Do 15 USD od osoby” – woła do mnie już z oddali. Jeszcze nie wie, że my zapłaciliśmy dokładnie tyle samo i to za – jak się okaże – dłuższą trasę po Monument Valley.

– Błagam, pozwól MI mu o tym powiedzieć – mówi do mnie jeden z turystów, który do biznesmena nie pała ogromną sympatią. A ja już widzę, że to będzie jego ulubiony moment w ciągu całego tego dnia.

Monument Valley

Witamy w Utah!

Po południu meldujemy się w hotelu. Siedząc w basenie i jacuzzi podziwiamy czerwono-pomarańczowe skały wznoszące się tuż za płotem. Po intensywnym zwiedzaniu w ostatnich dniach, mamy czas na relaks i odpoczynek, z czego większość grupy skwapliwie korzysta. Ale mnie jakoś roznosi energia. Kiedy więc kierowca pyta, czy ktoś nie chce wybrać się na przejażdżkę i zakupy, ja i Piotrek szybko podrywamy się z miejsc. Niewielkie miasteczko Moab liczy ledwie kilka tysięcy mieszkańców, ale odwiedzają je miliony turystów, traktując je jako bazę wypadową do niedalekich parków narodowych. W samym miasteczku niewiele jest do zobaczenia.

 

Moab hotel

W końcu trafiamy do supermarketu. Steve robi zapas napojów do naszej autokarowej lodówki, przy okazji kpiąc z tego, jak niemal przyprawił mnie dziś o zawał. Chyba tylko moje dobre serce sprawia, że mimo to pomagam mu taszczyć zgrzewki do kasy. Na taśmę stopniowo wędrują niezdrowe przekąski, napoje gazowane i piwo. Z każdą kolejną zgrzewką (w końcu nasza grupa jest duża), pani kasjerka patrzy na nas z coraz większym potępieniem. Chyba już widzi w myślach jakąś wielką imprezę w stylu Sodomy i Gomory. Kiedy przychodzi do płacenia, pani mówi surowo:
Show me your ID! (Poproszę dowód osobisty)
Zdziwiony Steve wyciąga dokumenty z portfela.
– Ostatnio ktoś prosił mnie o to dobre trzydzieści lat temu – żartuje, ale pani nie drgają nawet kąciki ust.
No, no. Show me YOUR ID! – mówi z satysfakcją, wskazując na mnie i na Piotrka. Wygląda trochę, jakby właśnie wygrała główną nagrodę w konkursie na kasjerkę roku. Dobrze wie, że nie mamy żadnego ID. W ogóle – jak te łosie – wybraliśmy się na zakupy bez portfeli… Ja mam jeszcze wilgotne po basenie włosy, a Piotrkowi wystają spod koszulki, którą teraz obciąga nerwowym gestem, kolorowe kąpielówki.

Na nic prośby, na nic wyjaśnienia, na nic nasze uśmiechy. Pani twierdzi, że prawo (i sumienie!) nie pozwala jej sprzedać alkoholu komuś, kto jest w towarzystwie potencjalnych nieletnich, i bynajmniej nie zamierza dać się przekonać. Nie pomoże wyjaśnienie, że Steve jest kierowcą autobusu, pokazanie listy uczestników wycieczki z datami urodzenia (sami dorośli!), którą ma w swoich papierach, ani nawet opuszczenie sklepu przeze mnie i Piotrka, Po krótkiej wymianie zdań kasjerka zaczyna zerkać na stojącego nieopodal ochroniarza, więc dajemy za wygraną. Nie chcemy wpakować się w jakieś kłopoty. Wychodzimy, a ona zamyka kasę i wychodzi za nami, żeby upewnić się, że nie ukryjemy się gdzieś za rogiem. „To jest Utah!” – mówi tryumfalnie, kiedy opuszczamy parking.

Bo to rzeczywiście – o czym trochę zapomnieliśmy – jest Utah. Stan o najostrzejszych, a czasem wręcz absurdalnych regulacjach dotyczących sprzedaży alkoholu. Gdzie zabronione są podwójne drinki i happy hours w lokalach. Gdzie w sklepach spożywczych i supermarketach możesz kupić tylko piwo do 3.2%. Gdzie trzeba mieć specjalną licencję, żeby w swoim lokalu, restauracji czy barze móc podawać wino i mocniejsze alkohole, a i to można robić tylko do godziny 1 w nocy. Cóż się dziwić, że pani kasjerka była taka radykalna i zdecydowana. Przecież w tamtych czasach (bo zmieniło się to dopiero w 2013 roku) nie można było nawet w restauracji zamówić alkoholu PRZED zamówieniem jedzenia. A wszystko to w trosce o trzeźwość umysłu i błogostan mormońskiej duszy Utah.

W razie gdybyście mieli wątpliwości – lodówkę i tak udało się zaopatrzyć. Choć w mieście był jeszcze inny sklep, Steve specjalnie wrócił właśnie do tego , żeby móc uśmiechnąć się do naszej ukochanej kasjerki i obwieścić jej, że wypije za jej zdrowie. Nie wyglądała na zachwyconą.

Mexican HatMonument Valley

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

10 Responses

  1. Aleksandra Załęska
    | Odpowiedz

    Ale piękne widoki! Musi być tam ślicznie 🙂 Opisałaś to w tak malowniczy sposób, że możn a poczuć, że się tam było 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 widoki rzeczywiście powalają!

  2. Na razie na mojej podróżniczej liście odhaczyłam Wielki Kanion i Dolinę Śmierci. Stany mi się marzą na dłużej… Chciałabym zrobić sobie niespiesznego road tripa, aby móc na spokojnie odkrywać te wszystkie cuda natury.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Bardzo dobrze cię rozumiem. Ja bym chciała kiedyś wypożyczyć kamper i objechać USA z całą rodziną 🙂

  3. Rysie tropy
    | Odpowiedz

    Czasami się zastanawiałam, czy by nie przejść jakiegoś szkolenia na otwieranie zamków bez kluczy – najwyraźniej ta umiejętność jest niezwykle przydatna w podróży 🙂 Też już mi się zdarzyło zatrzasnąć, a nawet złamać klucz w zamku 😉 Co prawda nie na środku pustyni, ale i tak zimne dreszcze przeszły mi po szyi. A tak a’propos alkoholu, to w Stanach ogólnie raczej wszystkich pytają o dowód, chyba że wyglądasz jak zgrzybiała babcia, z twarzą pokrytą zmarszczkami głębokimi jak Grand Canyon ;D

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Z tym alkoholem to chyba zależy od stanu. W NY czy w Nevadzie nikt mnie nigdy o ID nie prosił. W Arizonie i Utah już tak 🙂

  4. Elwira
    | Odpowiedz

    Widoki piękne 😉 aż zazdroszczę takiej podróży

  5. Neverendingtravel.pl
    | Odpowiedz

    Haha, niezła jazda z tym „mamy mały problem” ;D zazdroszczę kierunku, miejsca , kontynentu i w ogóle:) USA są na naszej „liście” i na pewno kiedyś doczekają się naszych „odwiedzin” 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To mój drugi ulubiony tekst kierowcy Steve’a. Zaraz po „nigdzie nie jedziemy, on nie żyje”, które padło w drodze do San Diego…😂😂😂

  6. Magda M. blog
    | Odpowiedz

    Niesamowite widoki, tak bardzo odmienne od tego co widzimy w Polsce!

Skomentuj