Wielka wyprawa do USA – San Francisco

with 1 komentarz

San Francisco

Kiedy po długiej włóczędze na łonie natury, zbliżasz się do wielkiego miasta, czujesz jakieś dziwne wibracje. Rośliny i skały ustępują betonowi i szkłu, cisza i spokój całej kakofonii dźwięków, zieleń i brąz feerii barw – ubrań ludzi, fasad budynków, aut i tramwajów. W San Francisco wszystko to wydaje się jeszcze bardziej intensywne.

 

Bo też miasto jest barwne pod wieloma względami. Ulokowane na półwyspie pomiędzy Oceanem Spokojnym a Zatoką San Francisco, metropolia powala już na samym wstępie. Położeniem, rozmachem, ukształtowaniem terenu, kolorowymi, ruchliwymi ulicami. Tęczowymi flagami na budynkach. Barwnymi postaciami na ulicy. Duch dzieci kwiatów ciągle gdzieś tutaj żyje. No i jest jeszcze most. TEN most. Golden Gate, najbardziej chyba znany most na świecie. Chyba nie ma nikogo, na kim nie zrobiłby wrażenia. Chyba, że…

San Francisco

If you are going to San Francisco…

Paradoksem San Francisco jest może to, że jego największa atrakcja turystyczna jest bardzo kapryśna. Czy raczej kapryśna jest pogoda w mieście. I oto jedziemy, po cudach Doliny Śmierci, Wielkiego Kanionu czy Yosemite, z kwiatami we włosach i słynną piosenką na ustach (choć przy dwudziestym powtórzeniu nasz kierowca zaczyna się robić lekko zielony…) wyczekujemy kolejnego efektu „wow!”. Przez Bay Bridge wjeżdżamy do miasta, po krótkim postoju ruszamy w kierunku słynnych Złotych Wrót i widzimy coś takiego…

San Francisco Golden Gate

Entuzjazm delikatnie, albo bardziej niż delikatnie, opada, ale nie poddajemy się. Śpiewamy dalej. Gdzieś w punkcie widokowym dmuchamy, chuchamy, ramionami rozganiamy chmury ku zdziwieniu i uciesze przechodniów i innych turystów. Jak nie widać mostu, to chociaż mogą sobie show wariatów obejrzeć… Co ciekawe, wariactwo okazuje się zaraźliwe. Nie mija dużo czasu, a do naszej akcji poprawy pogody dołącza pani w różowej kurtce, pan w klapkach i skarpetach (nie, to nie był Polak!), uśmiechnięta rodzinka z aparatami na szyi (tak, to byli Japończycy!). Dmuchamy razem i… I magia działa! Bo San Francisco to miasto przede wszystkim kapryśne. Zaczyna dmuchać, gdzieś zza chmur delikatnie przebija słońce. I staje się tak, jak tego oczekiwaliśmy:

San Francisco Golden Gate

Sam Golden Gate zobaczymy zresztą jeszcze z wielu perspektyw, bo i jest tego wart. Miesięcznie przejeżdża po nim około 3,4 milionów samochodów, a rocznie przechodzi 10 milionów pieszych! Robi wrażenie, prawda? Co ciekawe, most jest ukochany nie tylko przez turystów, ale i przez… samobójców. Szacuje się, że od jego otwarcia w 1937 roku podjęto tutaj ponad 2500 prób samobójczych, z czego znaczna większość zakończyła się śmiercią desperatów. Dlatego też władze pracują nad systemem specjalnych siatek, które miałyby powstrzymać kolejnych chętnych do skoku w wody zatoki;

San Francisco Golden Gate mgła

Odkrywając miasto

Zaczynamy na słodko, bo od wizyty na Ghirardelli Square, gdzie swoją siedzibę ma sklep z przepyszną lokalną czekoladą w kilkunastu wersjach, z których jedna jest pyszniejsza od drugiej. Spacerując odkrywam, że trwają właśnie happy hours, w czasie których wszyscy odwiedzający sklepik mogą zdegustować różne rodzaje czekoladek. A że dobrą nowiną trzeba się dzielić, wypatruję w tłumie rozpierzchłą gdzieś po placu grupę i przyprowadzam do czekoladowego źródełka kolejnych chętnych. Co ciekawe, za każdym razem sama dostaję kolejną porcję pyszności…

San Francisco Conservatory

Kolejne atrakcje następują jak w kalejdoskopie, a wszystko idzie jak z płatka. Chociaż kolejka do przejażdżki zabytkowym tramwajem wydaje się kosmiczna, tłum przemieszcza się tak szybko, że nie zdążymy jeszcze przetrawić czekoladek, a już siedzimy w pojeździe i podziwiamy widoki na miasto. A jest co podziwiać – pagórkowate ukształtowanie sprawia, że co rusz wspinamy się w gorę, żeby potem zjechać ostro w dół gdzieś w labirynt uliczek otoczonych charakterystycznymi kolorowymi domami.

Po drodze odwiedzamy malownicze Chinatown – najstarszą w Ameryce Północnej i jednocześnie największą na świecie chińską enklawę poza terytorium Chin, urokliwy ogród botaniczny Conservatory of Flowers w parku Golden Gate oraz bijące serce miasta – Union Square.

San Francisco Chinatown

Szczególne wrażenie robi na nas jeden z odcinków Lombard Street, który nazywany jest najbardziej poskręcaną ulicą na świecie. Na krótkim odcinku kumuluje się tu aż 8 ostrych zakrętów, dzięki którym można bezpiecznie (ograniczenie prędkości do 8 km na godzinę!) pokonać ostro nachylony teren i dotrzeć do budynków tu usytuowanych. I choć można by pomyśleć, że droga to droga, a nie jakaś wielka atrakcja, to nie bez powodu to właśnie miejsce odwiedza rocznie ponad dwa miliony turystów. Bo też spacer wśród kwitnących kwiatów, pokręcone serpentyny i rozciągający się z góry widok na miasto należą do tych, które na długo wbijają się w pamięć.

San Francisco Lombard Street

Kapryśne miasto

Wieczór planujemy na nadbrzeżu, gdzie na słynnym Pier 39 skupiają się urokliwe sklepiki, restauracje, karuzele, a nawet duże siedlisko lwów morskich. Nauczona doświadczeniem poprzednich lat przypominam, żeby zabrać ze sobą kurtki, bo wieczorem robi się zwykle chłodno, ale – jak zawsze – większość grupy tylko uśmiecha się pod nosem. Jest upał, więc nikt nie wierzy, że za dwie czy trzy godziny zrobi się aż tak zimno. Ja też kiedyś nie wierzyłam.

A jednak San Francisco to kapryśne miasto i za każdą wizytą nasze grupy się o tym przekonują. Wychodzimy w krótkich rękawach, spacerujemy, podziwiamy lwy morskie, zajadamy pyszności w restauracji, buszujemy w sklepikach z pamiątkami. A potem zaczynamy szczękać zębami i…

San Francisco Lwy morskie

Kiedy przychodzę na miejsce zbiórki, widzę, że Kasia i Basia, którym przecież zawsze gorąco, paradują w charakterystycznych polarkach z logo SF, które jakiś przedsiębiorczy biznesmen sprzedaje za jedyne 10 usd za sztukę (albo dwa za 16 usd) co wieczór z rozkładanego naprędce stoiska. Po chwili dołącza do nas Krysiulka w takimż samym wdzianku, a za nią także Ola i Ala, Jadzia i Ilonka. W polarkach, a jakże. Patrzymy na siebie i nie możemy powstrzymać śmiechu, ale szalę przelewają Hania i Krzysiek. Ta pierwsza tonie w bluzie w rozmiarze XXL, ten drugi – w akcie zmarzniętej desperacji – zgodził się na wdzianko w rozmiarze S, które kończy mu się w okolicach łokci i pępka. Patrzą na siebie przez chwilę, a potem bez słowa zdejmują polarki i zamieniają się nimi. No bo w sumie cóż tu można powiedzieć?

San Francisco Pier 39

San Francisco nocą

Z miastem żegnamy się w widowiskowym stylu. Z perspektywy Treasure Island podziwiamy nocną panoramę, oświetlone pięknie wieżowce i rozciągający się nad czarną o tej porze wodą Bay Bridge. Most ten, choć jest główną drogą dojazdową do miasta, nigdy nie pobił sławy Golden Gate. Ale i on potrafi robić wrażenie. Z okazji swoich 75 urodzin został udekorowany 25 tysiącami ledowych żarówek, które przez dwa lata miały służyć do tworzenia niepowtarzalnych iluminacji. A wiecie, ile kosztowało oświetlenie mostu takimi żarówkami przez jedną noc? 30 dolarów. TRZYDZIEŚCI. Na nie to robi wrażenie!

I oto jesteśmy na punkcie widokowym i po prostu patrzymy. Jest coś niesamowitego w takim obliczu miasta. Z dystansu nie słychać gwaru ludzi, dźwięków klaksonów czy innych wielkomiejskich hałasów. Wiemy dobrze, że ten olbrzym jeszcze nie śpi, że być może wcale nie zasypia, a jednak z tej perspektywy wydaje się spokojny, wyciszony.

Czas mija, a my siedzimy i patrzymy w ciemność. Jest cicho, nierealnie jakoś. I zimno jak diabli. Nawet nowe polarki nie wystarczają. W drodze do hotelu rozgrzewamy się więc w iście polskim stylu. Do tego stopnia, że Ala zmienia indiańskie imię z „pędząca z kamerą” na „pędząca z flachą”. Ale to już temat na inną historię. Zresztą – terapia zadziałała, bo następnego dnia wszystkie katary znikły. I bardzo dobrze, bo przed nami jeszcze daleka droga, a na niej pewien zupełnie niezwykły dom. Jeśli jesteście ciekawi, zajrzyjcie tu za tydzień!

San Francisco

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

One Response

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Ulala 🙂 Dzięki za te wszystkie obrazki i opowiadania. Znów wiem jaki jestem mały i jak niedużo na tym świecie widziałem 😉 Brawo, czyta się naprawdę R E W E L A C Y J N I E !!!

Skomentuj