Wielka wyprawa do USA – Santa Barbara

with 9 komentarzy

Santa Barbara plażaNazywają to miasto i jego okolice amerykańską riwierą. I rzeczywiście ze swoimi palmami, szeroką, piaszczystą plażą i gorącym słońcem wydaje się idealne do wakacyjnych szaleństw. Zwłaszcza dla morsów. Na całe szczęście, niezależnie od lodowatej wody, Santa Barbara ma do zaoferowania inne atrakcje.

Na spotkanie z wielorybem

Chcąc nie chcąc zrywam się bladym świtem i wyciągam z łóżek tych, którzy zadeklarowali chęć wyprawy na wieloryby. Na pół przytomne miny dowodzą, że wczorajsza integracja, musiała się co nieco przeciągnąć. Ale w końcu są wszyscy, a po energicznym marszu do portu większość wygląda nawet dziarsko.
Odmeldowuję grupę u kapitana i czekamy spokojnie w kolejce do wejścia na łajbę, w międzyczasie oglądając zdjęcia i filmy nagrane podczas poprzednich wypraw. I nagle słyszę z tyłu.

– O Matko Bosko! Ja nie płynę! – to Krysia, blada jak papier, wpatruje się w ekran telewizora, na którym wieloryb majestatycznie płynie wzdłuż burty łodzi, na którą za chwilę zamierzam ich załadować.
– Ale jak nie płyniesz, Krysiu? Co się stało? – staram się delikatnie wysondować delikwentkę.
– Bo ja nie myślałam, że ten wieloryb to taki… prawdziwy – deklaruje przerażona bidulka, a ja nie mogę uniknąć wrażenia deja vu (pamiętacie, co było przed Kanionem Kolorado? poczytajcie tutaj).
– No prawdziwy, prawdziwy, Krysiu. Zobacz, jak piękny!

Santa Barbara morze
– Piękny! Piękny! Przecież on jest ogromny! Ja nie myślałam, że my będziemy taką skorupką płynąć! Przecież on nas pożre! – na końcu języka mam, że w folderze reklamowym i na zdjęciach dokładnie pokazywałam łódkę, ale po co podkręcać atmosferę. Uspokajam Krysię, że wieloryby ludzi nie jadają, ale chyba bezskutecznie.
– To może ja się pomodlę, żebyśmy żadnego nie spotkali deklaruje – a ja i połowa grupy zamieramy. Już my dobrze pamiętamy, jak wymodliła nam zamknięcie Doliny Śmierci (KLIK). Zanim jednak zdążę zareagować, imprezowym jeszcze krokiem podchodzi Jasiek. Bierze Krysię pod ramię i z poważną miną mówi:
– Nic się nie martw, Krysiula. Jak będzie chciał nas zeżreć, to rzucimy mu Ilonkę i zwiejemy. Udławi się jej aparatem. Weź sobie lepiej łyczka herbatki na wzmocnienie.
Krysia bierze łyka z podarowanej piersiówki i, lekko jeszcze niepewna, wchodzi na łódkę pod rękę z Jaśkiem, rzucając mi pożegnalne spojrzenie, jakby szła w paszczę śmierci.

Kiedy odbieram ich trzy godziny później, to ona jest w najdoskonalszym z doskonałych humorów. Wieloryby dopisały, były blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. I w dodatku nikogo nie zeżarły. Czy trzeba coś więcej do szczęścia? A, tak. Zapomniałabym. W euforii Krysiula pokazuje mi na potwierdzenie wielkiej przygody samodzielnie zrobione zdjęcie wieloryba. W okienku aparatu widzę dużo błękitnego nieba i jeszcze więcej błękitnej wody.
– Hmmm… Na tym małym wyświetlaczu nie za dobrze widzę. To gdzie ten wieloryb Krysiu? – pytam dyplomatycznie.
– O tutaj – pokazuje biały punkcik na środku ekranu. – To jest taka piana, która została, jak już się zanurzył. Bo wcześniej nie zdążyłam aparatu wyjąć.

Aha. No rzeczywiście robi wrażenie!

Santa Barbara molo

Mam taki mały problem…

W czasie, kiedy wielorybnicy płyną w dal, reszta grupy powoli wynurza się w hotelowych pieleszy i stopniowo dociera na plażę w Santa Barbara. W końcu jak riwiera, to riwiera. Pogoda jest piękna. Słońce, delikatna bryza, szumiące palmy i miękki piasek. Wszystko to nie zmienia faktu, że woda jest… hmmm… zbliżona do Bałtyku. Po niezbyt długiej kąpieli wracam więc na piasek i obserwuję, jak moje turystki, z przypływem młodzieńczego wigoru, nawiązują międzynarodowe kontakty. Gdzieś pośród śmiechów i żarcików całe towarzystwo przenosi się do wody, żeby po chwili szybko wrócić na kocyki.
W wodzie zostaje tylko jedna duszyczka, nazwijmy ją Beatka, która dzielnie pływa i nurkuje, choć mi robi się zimno na sam widok. Mijają minuty, a ona nie wraca, choć nawet z tej odległości widzę, że zaczyna powoli kostnieć z zimna. W końcu poświęcam się i wracam do wody.
Okazuje się, że przedłużająca się kąpiel Beatki nie jest bynajmniej jej wyborem, a efektem niefortunnego nurkowania, które… zabrało jej dolną część od bikini. Próby odnalezienia go w mocno pofalowanym morzu nie przyniosły efektu i nasza syrenka waha się teraz, czy lepiej umrzeć z zimna czy ze wstydu po nagim spacerze. W końcu wymyślamy, że przyniosę jej swoje pareo, a ona zrobi sobie z niego prowizoryczne gacie. Tak robimy. I wiecie co? W tym zamotanym od czapy kawałku materiału Beatka wygląda lepiej, niż my wszystkie razem wzięte w naszych kostiumach.
Kiedy już spokojnie siedzimy na kocu i udajemy, że wszystko jest w idealnym porządku, półgłosem mówię:
– Beatka, to zamotanie super wygląda. Musisz to opatentować.
– Może i wygląda super. Ale nie chcesz wiedzieć, gdzie mam teraz piasek z tego Twojego Santa Barbara – odpowiada ona półgębkiem a potem dodaje. – Podobno moda wymaga poświęceń.

Santa Barbara misja

Love story w Santa Barbara

Późnym popołudniem zatrzymujemy się w misji Santa Barbara założonej przez Franciszkanów jeszcze w XVIII wieku. Podziwiamy zabytkowe budynki, robimy zdjęcia przed charakterystyczną kaplicą z różowymi ozdobami. Na koniec wpadamy do sklepiku z pamiątkami i dewocjonaliami. I tutaj się zaczyna…
Mija może dziesięć minut, kiedy podchodzi do mnie Olka, jedna z tych, co to bardzo chciały się ze mną zamieniać na miejsce w samolocie z nadzieją na amerykańskie love story (KLIK). Emocjonalnym szeptem melduje mi:
– A widzisz! Wiedziałam, że tak będzie! Jak w filmie! A wy się śmiałyście.
– Ale co jak w filmie?
– Widzisz tego przystojniaka? Tam w rogu. Już dziesięć minut za mną łazi i z oka nie spuszcza. Jednak Pretty Women jest możliwe! Patrz jakie ciacho. Jakie oczy. Jakie usta. A rzęsy jakie!
– Rozglądam się i rzeczywiście. Co do Pretty Women to nie chcę się licytować, bo Olka chyba wyparła z pamięci, jakim zawodem trudniła się bohaterka filmu, ale przystojniak – i to jaki! – jest. Gapienie się – też jest! Tylko że…
– To teraz patrz. Zobaczysz, że za mną pójdzie – mówi Olka, zanim zdążę coś powiedzieć, i zalotnym krokiem rusza między półki. Adonis rusza za nią. A że zmierzają w stronę kasy, to ruszam i ja, no bo nie mogę opuścić takiego finału. W końcu amerykańskie love story to nie w kij dmuchał.

Gdzieś w pobliżu kas w końcu stają twarzą w twarz. Ona się uśmiecha, on się uśmiecha. Ona poprawia włosy, on gładzi się po krótkiej bródce. Ona mówi „heloł”, a on „are you going to pay for this?” (zamierzasz za to zapłacić?). Bo oto okazuje się, że do Olkowej torebki przyczepił się różaniec (różowy zresztą), który ona w swej nieświadomości nosiła po całym sklepiku, a on – jako jego pracownik – pilnował przed kradzieżą…
Olka uiszcza więc opłatę i pośpiesznie wychodzi ze sklepu. Już za drzwiami wybucha histerycznym śmiechem.
– A Ty przez te dziesięć minut nie zauważyłaś, że on jest w habicie? – pytam z autentyczną ciekawością.
– To on miał habit?!?

Santa Barbara lemon tree

Jak imprezować to tylko pod gwiazdkami

W końcu żegnamy Santa Barbara i docieramy do Los Angeles. Robi się późno i wszyscy gdzieś myślami biegną do łóżek. Kiedy jednak podjeżdżamy do naszego hotelu, okna są ciemne a na recepcji pali się tylko mała lampka. Ki diabeł? Szybko okazuje się, że doszło do poważnej awarii i w całym budynku nie działa prąd. Zmartwiona Wendy, recepcjonistka, którą pamiętam z wcześniejszego pobytu, mówi, że to może jeszcze chwile potrwać i sugeruje drinka na basenie. Na koszt firmy oczywiście. I chociaż brzmi to kusząco, to mam jednak lepszy pomysł…
Dosłownie dwadzieścia minut i dwa telefony później meldujemy się w pięciogwiazdkowym hotelu na tej samej ulicy. Chociaż jest pełnia sezonu, to mamy szczęście i upgrade w ramach jednej sieci hotelowej udaje się bez problemu. I oto zamiast zalegać w łóżkach, ostatnią wspólną noc spędzamy imprezując na luksusowym basenie jeszcze długo po oficjalnych godzinach jego otwarcia. Gdzieś pomiędzy parasolkami i bąbelkami robimy głosowanie, żeby wyłonić miejsce, które zrobiło na nas największe w czasie tej podróży wrażenie. Głosy są podzielone, ale ostatecznie wygrywa…
A tego to Wam na razie nie powiem, bo temu miejscu poświęcona będzie ostatnia część relacji o wielkiej wyprawie do USA. Już za dwa tygodnie. Za to za tydzień zabiorę Was w filmową podróż, wpadnijcie koniecznie!

Santa Barbara palmy

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

9 Responses

  1. Monika
    | Odpowiedz

    No nieźle, Krysia to niezła agentka. ALe ta Pani, która nie skumała, że jakiś przeor za nią chodzi po sklepie – miazga:D Uśmiałam się nieźle!

    Pozdrawiam serdecznie:)

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Krysia była jedną z najlepszych agentek w mojej historii podróżnej. A najlepsze jest to, że – chociaż czasem robiła niezłe numery – była taka sympatyczna w tym wszystkim, że po prostu nie dało się jej nie lubić.

  2. Natalia
    | Odpowiedz

    Pamiętam jak pierwszy raz widziałam wieloryby. Niezłe przeżycie!!!

  3. Spotkania z wielorybami jeszcze nie miałam okazji przeżyć. 🙂

  4. Świetny tekst, a najbardziej ubawiło mnie „love story” 😀

  5. Olga
    | Odpowiedz

    Padłam! Historia z różańcem wymiata. 🙂

  6. Mnie jeszcze Bałtyk podczas nurkowania żadnej części garderoby nie zwinął. Niegrzeczna ta Santa Barbara 😉

Skomentuj