A czy Twoje dziecko najbardziej boi się… Ciebie?

with 2 komentarze

czego boi się Twoje dzieckoDzieci są różne – to banał, ale i święta prawda. Jedne nie boją się niczego. Na najwyższe drabinki śmigają jak wiewiórki, przyprawiając rodziców o zawał serca i chorobę wrzodową. Na potwora z bajki wyruszają uzbrojone w miecz z marchewki i bez wahania zapędzają go w kozi róg. W pierwszy dzień przedszkola wchodzą jak burza, bez zahamowań i bez obaw, i już po chwili mają tłumy najlepszych kolegów i koleżanek, co to można się z nimi wymienić naklejkami albo podzielić ostatnią gumą rozpuszczalną i przy okazji katarem.

Inne do wszystkiego pochodzą ze znacznie większym dystansem. Na rowerku pedałują statecznie i ostrożnie, każdy podskok na nierównościach kwitując głośnym piskiem i dodatkowym hamowaniem. Głowę chowają pod kołdrę, gdy ulubiona bajkowa bohaterka wpada w tarapaty, albo mocno za rękę ściskają młodszą siostrę. Wśród nowych ludzi czują się niepewnie, na tłum reagują strachem i łzami, gdy mama znika na zbyt długo wpadają w przerażenie, panikę nawet.

 

Różniśmy

I nic złego w żadnej z tych postaw, nic dziwnego, nic nienormalnego. Jak dzień i noc, jak lato i zima, dzieci różnią się od siebie tak samo jak dorośli. I każda z tych postaw ma swoje plusy i swoje minusy.

Gdy Ty zachwycasz się tą dwulatką podbijającą świat i pędzącą przed siebie bez chwili wahania, jej mama modli się może, żeby na chwilę zwolniła. Żeby nie spadła z tej najwyższej drabinki. Żeby na cukierka od obcego nie zareagowała wybuchem entuzjazmu i pobiegnięciem za nim w nieznane.

Gdy Ty podziwiasz ostrożność i spokój tego chłopca, co poziom empatii ma taki, że płacze nawet nad zdartym kolanem koleżanki, jego tata może martwi się, że synek tyle łez wylewa, tyle okazji traci przed nadmierne obawy i dystans. Że gdzieś z boku stoi, gdy koledzy szaleją w sali zabaw i za piłką biegają po plaży.

Odważni i lękliwi. Różni jesteśmy, różny mamy poziom odwagi i różnych rzeczy się boimy. My, dorośli, i oni, nasze dzieci. I to jest normalne. I to jest piękne.

 

Ale jest i trzecia grupa…

Są takie dzieci, które boją się tak samo, jak ich koledzy i koleżanki, boją się może czasem i bardziej tego pana o tubalnym głosie, tych pająków, tych zbyt wysoko unoszących się huśtawek, ale – chociaż ze łzami w oczach, chociaż cali w drżeniu – każdy z tych strachów pokonują.

Bo jest coś, czego boją się jeszcze bardziej…

Jak ta mała dziewczynka, która w ciemnym pokoju płacze w poduszkę tak, żeby jej nikt nie słyszał. Bo oczyma wyobraźni widzi pod łóżkiem potwora o długich zębach. Bo cień rzucany na ścianę przez drzewo za oknem wygląda jak wielka łapa tyranozaura. To buczenie lodówki brzmi jak warczenie jakiegoś dzikiego zwierza. Więc boi się, ale milczy. Boi się, ale zagryza wargi, bo wie już, że jeśli zawoła, głośno zawoła o pomoc, to zamiast przytulenia i wyrozumiałego słowa, dostanie złość, śmiech, porcję kpin, krzyków, a może i klapsa. Bo przecież jest już duża. Bo przecież nie wygłupiaj się. Bo przecież daj spokój.

Jak ten mały chłopiec, co na szczycie zjeżdżalni stoi przerażony i przełyka łzy. Bo wysoko, bo strasznie, bo nie ma kogo złapać za rękę. Bo z jednej strony zjazd z góry tak wielkiej, że malutkie serce zamiera, a z drugiej ten tata z niezadowoloną, ze złą miną. I jego kpiny, i jego złość i jego „nie rób obciachu”, „bo przecież inne dzieci zjeżdżają”, „bo następnym razem będziesz siedział w domu, a nie sobie ze mnie żarty robisz”.

Albo jak ten maluch, co do gabinetu szczepień idzie sam, jak przystało na „prawdziwego zucha”, co to nie boi się żadnej głupiej igły. Chociaż dobrze wie, dobrze pamięta, że to przecież boli, i aż trzęsie się z przerażenia, a oczy, którymi niespokojnie rzuca przez ramię, ma pełne powstrzymywanych łez. I którego tata na słowa zdziwienia pielęgniarki, że takiego ma dzielnego synka, mówi o tym swoim trzylatku, „on dobrze wie, że albo będzie spokojny, albo ja go w domu nauczę zachowania”.

A ja słyszę tę dumę w jego głosie, słyszę ten rechot, jakby właśnie powiedział doskonały żarcik, i wściekłość mnie zalewa. A potem patrzę na tego małego, przerażonego człowieczka i serce pęka mi na tysiąc kawałków.

 

Przerażające

Przerażające, jak łatwo przychodzi nam bagatelizowanie dziecięcych lęków. Wyśmiewanie ich, zamiatanie pod dywan. Złoszczenie się nawet, że w ogóle istnieją. Bo przecież powinieneś być mądrzejszy. Bo przecież tam nic nie ma. Bo nie będę znowu wysłuchiwać o jakimś głupim potworze.

Bo ja Cię zaraz nauczę odwagi. Bo ja Ci zaraz naprawdę dam powód do strachu.

Przerażające, że my, dorośli, my, rodzice, zamiast wykazać się zrozumieniem, zamiast wspierać w trudnych chwilach, zamiast pomagać lęki oswoić i pokonać, choćby kosztowało nas to dużo wysiłku i cierpliwości, wolimy drogę na skróty i zmuszamy nasze dzieci do pokonywania swoich strachów, strasząc je jeszcze bardziej. Sobą.

I w dodatku mamy czelność ten nasz brak empatii, ten nasz szantaż emocjonalny, tę naszą przemoc, te nasze niemal tortury nazywać wychowaniem.

 

Dorosłe strachy, dziecięce głupoty

Chociaż czasem nie chcemy się do tego przyznać, także my, rozsądni i poważni dorośli, mamy swoje mniej lub bardziej racjonalne lęki. Boimy się choroby, śmierci, utraty pracy, czasem też szefa, wyrywania zęba, prowadzenia samochodu albo spotkania z nielubianą ciotką, która zawsze wytyka nam kolejny kilogram nadwagi. Potrafimy się bać porodu, pająków, pobierania krwi, a nawet tak absurdalnych rzeczy jak klauny, liczba trzynaście czy pogrzebanie żywcem. Nazywamy to fobiami, opisujemy naukowym słownictwem, traktujemy z wyrozumiałością, jako część ludzkiej natury. Jako coś mniej lub bardziej racjonalnego, a jednak naturalnego.

Dopóki dotyczy dorosłych.

My, dorośli, mamy nasze poważne i dorosłe obawy, za to dzieci… Czegóż mogą się bać dzieci, jak nie jakichś głupot? Przecież potwór nie istnieje. Przecież dzieci w przedszkolu są miłe. Przecież ta zjeżdżalnia wcale nie jest aż taka duża. Gdzieś w procesie racjonalizowania dziecięcych strachów gubimy skalę – zapominamy, że co dla nas małe i nieistotne, dla małego człowieka może być wielkie jak góra, czarniejsze niż najczarniejsza noc, straszniejsze niż nasz największy koszmar.

 

Czego najbardziej boi się Twoje dziecko?

A kiedy miejsce empatii zajmuje zniecierpliwienie, pouczanie, wyśmiewanie, nasze dziecko ze swym strachem zostaje samo a samotność czyni je bardziej jeszcze bezradnym. A kiedy miejsce wsparcia zajmuje atak, szantaż, a w końcu groźba, nasze dziecko może i pokonuje strach, ale wewnętrznie staje się jeszcze bardziej przerażone.

Albo zjeżdżasz, albo Cię tu zostawię. Albo wyłączamy to światło, albo więcej do Ciebie nie przyjdę. Albo wsiadasz na ten durny rower, albo zaraz go wywalam do śmietnika. Albo dajesz tę rękę do szczepienia, albo Cię w domu nauczę rozsądku.

Takie słowa palą jak ogień. Takie słowa świdrują w głowie. Takie słowa wstrząsają fundamentami małego, bezpiecznego dotąd świata. I oto staje się „cud” – przestraszony dwulatek zjeżdża z tej cholernej zjeżdżalni, zapłakana trzylatka zasypia bez tej cholernej lampki ukołysana do snu tłumionym łkaniem, pięciolatek z zaciętą miną wsiada na ten cholerny rower i rusza przed siebie, przerażony do granic możliwości czterolatek zasiada na zimnym fotelu i wyciąga tę cholerną drżąca rączkę.

A my cali dumni. Że taki zuch. Że taki posłuszny. Że taki już duży. Że rozsądek zwyciężył. Że strach pokonany. Że będą z Ciebie ludzie.

Tylko czy to naprawdę powód do dumy, że Twoje dziecko bardziej od wszystkich strachów świata boi się właśnie Ciebie?

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Każdy człowiek jego ograniczenia mają swój czas. Ja prawo jazdy “zrobiłem” wieku 27 lat , wcześniej będąc bardzo wystraszonym za kierownicą. A teraz śmiganie po Polsce sprawia mi wielką frajdę . A te przykłady można skomentować za pomocą przysłowia: “Nie pamięta wół kiedy cielęciem był”. Zanim krzykniemy czy wyśmiejemy dziecko, warto przypomnieć sobie nasze dziecinne lęki: kratkę wentylacyjną w łazience, odkurzacz, zimną i wilgotną piwnicę czy pana sąsiada z wielkimi czarnymi wąsami.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Mi się wydaje, że my – dorośli – generalnie lubimy chodzić na skróty. A ponieważ mamy przewagę siły i doświadczenia, potrafimy wiele na dzieciach wymusić. Tylko co warte jest takie wychowanie, które opiera się nie na zrozumieniu i szacunku (wzajemnym!), a na strachu?

Skomentuj