A czy Ty nieświadomie robisz krzywdę swojemu dziecku?

with Brak komentarzy

syndrom dziecka potrząsanegoDzieci nie przychodzą na świat z instrukcją obsługi, a szkoda, bo życie rodziców byłoby łatwiejsze. Prawda jest taka, że chociaż kochamy nasze dzieci i chcielibyśmy przychylić im nieba, nie jesteśmy w stanie uniknąć błędów. Czasem – niestety – także takich, których konsekwencje ciągną się za nami i za naszym dzieckiem przez całe życie… Mówi Wam coś skrót SBS?

 

Jakiś czas temu napisałam tekst o tym, że będąc rodzicem trzeba myśleć za dwoje (możesz go przeczytać TUTAJ), i jestem przekonana, że tak właśnie jest. Rodzicielstwo wymaga podwójnej odpowiedzialności. Ale wiem też, że mnóstwo błędów wynika nie ze złych chęci, nie z nieodpowiedzialności, nawet nie z nieuwagi, a po prostu z niewiedzy. Dlatego bardzo spodobał mi się pomysł Sylwii, autorki bloga Młoda mama pisze, która zachęca do podzielenia się swoimi rodzicielskimi doświadczeniami, poradami, a także – a może i przede wszystkim – wpadkami związanymi z bezpieczeństwem naszych dzieci. Wymyślona przez nią akcja #po_pierwsze_bezpieczne nie jest po to, żeby kogoś linczować czy komuś dokopać, ale właśnie po to, żebyśmy dzięki temu my wszyscy jak najrzadziej mówili “o tym nie pomyślałem”, “na to nie wpadłem”, “o tym nie wiedziałem”… Żeby było jak najmniej nieszczęść, których żałować będziemy poniewczasie.

 

Magiczna alejka

Mam już (a dla niektórych dopiero) dwoje dzieci, ale ciągle się uczę. Ciągle odkrywam do czego potrafią być zdolne. Ciągle trafiam na rzeczy, których nie wiem, albo nie wiedziałam…

Kiedy moja starsza córka była niemowlęciem, nienawidziła wózka. Każdy spacer to była dla nas udręka. Najpierw dziki galop do parku z nadzieją, że nie zacznie płakać, zanim tam dotrzemy. Potem nerwowe usypianie za pomocą pewnego “magicznego sposobu”. Następnie kilka kółek lekkim truchtem, bo każde zatrzymanie się oznaczało włączenie syreny alarmowej, a w końcu powrót do domu z dzieckiem na ręku i wózkiem popychanym po nierównych chodnikach wszystkimi możliwymi częściami ciała. Po takiej wyprawie obie miałyśmy serdecznie dość i tak naprawdę spacery zaczęły być przyjemne dopiero, kiedy mała zaczęła siedzieć i mogłyśmy nosić się w najlepszym na świecie nosidle (NIE wisiadle!). Aż serce mnie boli na myśl, że jakoś wcześniej nie pomyślałam o chuście…

Ale wróćmy na chwilę do magicznego sposobu na usypianie. Była sobie w parku jedna, wyjątkowa alejka. Nierówna, naszpikowana dziurami, z chropowatą, popękaną nawierzchnią. To było jedyne miejsce, gdzie moje dziecko potrafiło zasnąć w wózku (bo poza wózkiem, na rękach czy przy piersi zasypiało oczywiście bez najmniejszego problemu…). Patrzyłam na nią, na ten trzęsący się wózek, na to trzęsące się nie mniej dziecko i nie mogłam uwierzyć, że to ją może usypiać. No, kurde, jakaś wielbicielka wrażeń ekstremalnych mi się trafiła. Pamiętam nawet, że sobie dowcipkowaliśmy o tym z Małżonkiem, jeśli czasem zdarzył nam się wspólny spacer i dziurawa alejka zapewniła nam kilkanaście a czasem i kilkadziesiąt minut względnego spokoju w mocno marszowym rytmie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam…

 

Jak mogłam na to nie wpaść?!?

O tym, że istnieje coś takiego jak syndrom dziecka potrząsanego (SBS, shaken baby syndrome) dowiedziałam się o wiele później i zupełnym przypadkiem. I długo nie mogłam uwierzyć, że wcześniej to nie było dla mnie oczywiste. Przecież wiemy dobrze, że z niemowlętami trzeba obchodzić się ostrożnie. Że są delikatne. Że nie lubią gwałtownych ruchów. Że trzeba im podtrzymywać głowę. Więc jakim cudem nie wpadłam na to, że takie gwałtowne ruchy wózka też mogą być niebezpieczne?!?

Nie wiem. Po prostu nie wiem. A jednak nie wpadłam. Tak jak niektóre mamy nie wpadną na to, żeby przykręcić do ściany komodę, żeby schować domestos na górnej półce w szafce, żeby nie stawiać szklanki z gorącą herbatą na zwisającej ze stołu serwetce. Czasem mamy swoje zaćmienia. Czasem nie przyjdzie nam do głowy. Czasem nie wiemy. Dowiedzmy się więc!

 

Syndrom dziecka potrząsanego

Syndrom dziecka potrząsanego występuje przy gwałtownym potrząsaniu niemowlęciem lub małym dzieckiem (najczęściej do 2 roku życia). W jego wyniku dochodzić może do urazów głowy, szyi i układu nerwowego, także bardzo poważnych, prowadzących do trwałej niepełnosprawności a nawet śmierci! Brzmi poważnie? Bo jest poważne!

Jak dobrze wiemy, proporcje ciała dziecka są zupełnie inne niż dorosłego. Duża i ciężka w porównaniu z resztą ciała głowa nie ma oparcia w odpowiednio rozwiniętych mięśniach. Potrząsanie dzieckiem powoduje więc gwałtowne jej ruchy, które mogą uszkodzić cienkie naczynia krwionośne i doprowadzić do wylewu krwi do mózgu, a w jego konsekwencji do utraty wzroku, słuchu, drgawek czy choćby… trudności w nauce czy koncentracji!

Syndrom dziecka potrząsanego traktowany jest jako forma przemocy wobec dziecka, bo przerażająca prawda jest taka, że dla niektórych rodziców potrząsanie dzieckiem jest sposobem na jego “uspokojenie” i “przywołanie do porządku”. Żeby w końcu przestało płakać, żeby w końcu przestało wydziwiać, żeby w końcu się zamknęło.

Dla mnie “potrząsanie” nigdy żadną metodą nie było, nie było podszyte agresją, nie było wyrazem frustracji, jak to się dzieje w przypadku przemocy. A jednak – choć nieświadomie – sporą dawkę takiego potrząsania w wózku swojej córce zafundowałam. Bo po prostu nie wiedziałam… Kiedy już się dowiedziałam – byłam przerażona. Tym, jak bardzo mogłam jej zaszkodzić. Tym, jak nieświadomie mogłam ją skrzywdzić, być może i na całe życie. I fakt, że stało by się to nieświadomie i niechcący nie sprawiłby, że konsekwencje byłyby mniej dotkliwe. Na szczęście żadnych złych skutków nie zaobserwowałam (a przyglądałam się, jak możecie się spodziewać, bardzo wnikliwie…), ale dostałam dobrą nauczkę.

 

Nie ja jedna!

Dzieci mocno, gwałtownie potrząsane czy bujane w wózkach to nie jest rzadki widok. To nie jest domena złych matek i patologii. “Najlepiej to owińcie sobie dzieci w folię bąbelkową, żeby się przypadkiem nie potłukły! Tak się zawsze robiło! To działa, więc po co to zmieniać!” – usłyszę zaraz pewnie od niektórych. Może i się robiło, ale dziś już wiemy, że to niebezpieczne. Może i działa, ale dziś już wiemy, dlaczego (bo zaburza się praca mózgu, dziecko jest otępiałe i apatyczne, a może nawet i zemdleć, co omyłkowo bierzemy za zaśnięcie…) i że to wcale nie jest dobre. I dlatego nie warto tego robić!

Dzisiaj już dobrze wiemy – choć pewnie instynkt podpowiadał nam to od zawsze – że dzieci, zwłaszcza te malutkie – lubią łagodne, delikatne, płynne ruchy. Bujanie, kołysanie, falowanie – jak najbardziej! Potrząsanie, podrzucanie, uderzanie – zdecydowanie nie!

 

Pomijając zupełnie skrajne przypadki chorób i zwyrodnień, nie wierzę, że jakaś mama celowo chce zaszkodzić swojemu dziecku. Przecież kochamy je, dbamy o nie, chcemy dla nich jak najlepiej. A jednak czasem je krzywdzimy. Niechcący, niecelowo, nieświadomie. Bo nie da się wiedzieć, bo nie da się przewidzieć wszystkiego. I właśnie stąd ten wpis – trudny dla mnie, ale mam nadzieję użyteczny dla kogoś. Bo dzielenie się wiedzą, dzielenie się doświadczeniami, dzielenie się własnymi wpadkami i wyciągniętymi z nich wnioskami to sposób, żebyśmy jak najrzadziej musiały żałować, że czegoś nie wiedziałyśmy. A przecież o to właśnie chodzi.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj