A gdyby to był ostatni dzień…

with 2 komentarze

ostatni dzień

A gdyby to był ostatni dzień, to ślady z błota na świeżo umytej podłodze przestałyby być warte awantury. Gorzkich słów by było szkoda na skarpetki rzucone na podłogę albo kubek po kawie znowu na blacie a nie w zmywarce. I może nawet udałoby się pobłażliwie uśmiechnąć na widok zabawkowego labiryntu zaścielającego każdy milimetr podłogi dziecięcego pokoju. Mogłoby się okazać nagle, że nie ma co czasu marnować na doprowadzanie do błysku tego domu, który przecież domem ma być a nie muzeum.

 

A gdyby to był ostatni dzień, to łatwiej byłoby nie ulec tym bezlitosnym wskazówkom budzika, co jak poganiacz niewolników od świtu samego narzuca rytm morderczy, odbiera spokój, cierpliwość wystawia na próbę. Można by wyszarpnąć mu minut kilka na poranne rodzinne przytulasy, sny sobie opowiedzieć w ciepłej pościeli, nad kubkiem herbatki z domowym sokiem malinowym wymienić poranne uśmiechy. Wyjść z domu dziesięć minut później. I dziesięć razy spokojniej.

 

A gdyby to był ostatni dzień, to łatwiej byłoby zareagować racjonalnie na stanowcze „nie!” w ustach dwulatka, który wydaje się czasem już nawet nie pamiętać innych słów. Krzyki i tupanie nogami przetłumaczyć sobie na język zrozumiały dla dorosłego. W płaczu i histerii dostrzec bezbronność i wołanie o pomoc, nie manipulację i próbę sił. Odczytać potrzeby kryjące się za trudnymi gestami, wesprzeć w emocjach, otoczyć empatią. Przytulić, pogłaskać, łzy obetrzeć. Dać przestrzeń, gdy potrzeba. Dać bliskość, gdy potrzeba bardziej jeszcze.

 

A gdyby…

A gdyby to był ostatni dzień, to jakoś mniej męcząca byłaby ta lawina pytań, która zaczyna się bladym świtem i nie ustaje aż do wieczora. W tym wiecznym „po co?” i „dlaczego?” zobaczylibyśmy ciekawość świata, głód wiedzy, potrzebę rozumienia. I zamiast rzucić krótkie „bo tak”, „kiedyś się dowiesz”, „dlatego!”, ruszylibyśmy razem ku przygodzie, zmienili się w detektywów, szukali odpowiedzi, które i nas mogą zaskoczyć.

 

A gdyby to był ostatni dzień, to mniej wkurzałaby niedosolona zupa i kotlet przypalony w popołudniowym rozgardiaszu. Rozlany kompot byłby po prostu rozlanym kompotem, który trzeba wytrzeć, a nie powodem do gorzkich wyrzutów i awantury. W odmowie zjedzenia ulubionego wczoraj makaronu zobaczyłoby się zwykły brak apetytu a nie atak na kucharza. I zamiast odliczać i odmierzać łyżeczki za mamusię i tatusia, można by przy stole porozmawiać spokojnie i posłuchać o nowej koleżance z przedszkola, o nowym zadaniu w pracy, o koparce, co w parku kopie wielkie dziury. O tym, co ważne dla każdego z osobna.

 

A gdyby to był ostatni dzień, to mniej trudności mielibyśmy w mówieniem wprost o swoich potrzebach, emocjach i brakach. Nie chciałoby się czekać, w nieskończoność czasem, aż on się sam domyśli, aż ona sama zrozumie. Mniej by było frustracji, mniej złości przełykanej w samotności, mniej łez przelanych w ciemnościach nocy, kiedy nikt nie usłyszy. Może zebralibyśmy się na odwagę, by przyznać się do smutku, do frustracji, do gniewu nawet. Poszukali wyciągniętej z pomocą dłoni, zamiast udawać robokopów, którym łzy i zmęczenie nie przystoją.

 

… to był naprawdę…

A gdyby to był ostatni dzień, to może więcej byłoby uśmiechu i życzliwości. Więcej wyrozumiałości dla drugiego człowieka, jego słabości i ułomności. Może stać by nas było na to, żeby nie oceniać, nie krytykować, nie wpychać się z radą bez pytania, ale za to wziąć głęboki oddech, cierpliwie posłuchać, włożyć drugiego buty.

 

A gdyby to był ostatni dzień, to wieczorne czytanie bajek i śpiewanie kołysanek nie dłużyłyby się tak nieznośnie. Przeszkodą nie byłyby wcale na drodze do tego wolnego czasu, kiedy dorośli mogą się zająć swoimi dorosłymi sprawami. i masowanie po pleckach w ciemnościach nocy, trzymanie za małą rączkę i głaskanie włosów miękkich jak puch przestałoby być punktem do odhaczenia na liście zadań, a zyskałoby status ukoronowania dnia i esencji domowego ciepła.

 

A gdyby to był ostatni dzień, to może łatwiej byłoby cieszyć się tym, co naprawdę ważne. Tym żeśmy zdrowi, że bezpieczni, że razem. Że jest co położyć na talerzu i czym się okryć, gdy zimno. Że nie budzą wybuchy bomb, nie trzeba w środku nocy uciekać, wybierać między niebezpieczeństwem znanym i tym nieznanym.

Może łatwiej byłoby zrozumieć, że można mieć wszystko, nawet nie mając wszystkiego.

 

… ostatni dzień

A gdyby to był ostatni dzień, to może w końcu potrafilibyśmy przemyśleć, tak naprawdę, swoją listę priorytetów. W małych rzeczach zobaczyć wielkie, w drobiazgach skarby, w błahostkach klejnoty. Skupić się na gromadzeniu tego, co w ostatecznym rozrachunku liczy się najbardziej. Tego, co się nie rozsypie, nie zniknie, nie zdewaluuje. Czego kupić nie można.

Delektować się stukotem małych stópek na panelach, choćby i o piątej nad ranem.
Zatonąć w perlistym śmiechu i oczach skrzących się z radości, kiedy lampiony szybują w powietrze.
Chłonąć barwy słońca zachodzącego nad Wielkim Kanionem albo polem pszenicy sąsiada.
Naszyjnik z kolorowego makaronu nieporadnymi łapkami wykonany zamknąć w szkatułce z rodzinnymi klejnotami.
Mokre buziaki pachnące gumą balonową albo czekoladą przyjąć jak skarb największy i w pamięci zapisać.
W kokonie z ciepłych ramion odnaleźć spokój, ciepło, zrozumienie.

 

Bo gdyby to był ostatni dzień, to warto byłoby zasypiać z poczuciem, że był naprawdę dobry.

A gdyby ten ostatni dzień był dziś?

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Fajnie napisane 🙂 Bardzo często denerwuje mnie, kiedy drobiazg potrafi rozwalić atmosferę na cały dzień albo jeszcze lepiej – na kilka dni. Drobiazg, który nikomu nie przeszkadza, ale… miał być zrobiony i basta. Drobiazg, który powoduje poczucie winy. Drobiazg, który jest absolutnie nieistotny w cieniu choroby, wypadku czy tragedii. Drobiazg, który jest głupim i nieważnym elementem trybiku naszego życia. A jednak pozwalamy by rozwalił nam cały mir rodzinny.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To trochę tak jest, że człowiek niby jest mądry, niby wie pewne rzeczy, ale i tak daje się ponosić emocjom i robi głupoty. Często to jest efekt przemęczenia i stresu, bo żyjemy – mam wrażenie – coraz szybciej. Co nadal nie zmienia faktu, że w ten sposób tracimy mnóstwo pięknych chwil i momentów, które uciekają nam przez palce.

Skomentuj