A czy Ty wygrywasz ze swoim dzieckiem?

with 3 komentarze

Wygrywasz ze swoim dzieckiem, pionki do gry

A może jesteś tylko pionkiem w jego grze?

Co Ty tak się nad nią użalasz? Na głowę Ci wchodzi. Tańczysz, jak ci zagra.
Ona coś powie, a Ty od razu lecisz. Jak pieska cię tresuje.
Nie możesz reagować na każdy jej jęk, bo się przyzwyczai i nie dasz sobie rady.
MUSISZ MU POKAZAĆ, KTO RZĄDZI.

 

Jeśli masz dzieci, to założę się, że słyszałeś te zdania niejeden raz. I mogę tylko powiedzieć, że mam nadzieję, że w nie NIE uwierzyłeś. Dla dobra własnego i Twojego dziecka.

Jest wiele rzeczy, które zadziwiają mnie w rodzicielstwie, ale najbardziej ze wszystkiego zadziwia mnie jedno. Jak wiele osób patrzy na to najpiękniejsze chyba w życiu doświadczenie jak na nieustanne starcie, walkę o dominację i codzienne udowadnianie sobie i innym „kto tu rządzi”. Jak wiele osób uważa każdą niezgodę dziecka na to, co dorośli mu mniej lub bardziej wprost narzucają, jako bunt, niesubordynację, próby postawienia na swoim. Jak wiele osób uważa każde NIE dziecka za bezpośredni atak na siebie i próbę obalenia swojego autorytetu.

 

Dlaczego?

Jeśli decydujemy się na dziecko, to zakładam, że chcemy zaprosić je do swojego życia. Że pragniemy mieć nowego członka rodziny ze wszystkimi tego plusami i minusami. Pozostaje pytanie – dlaczego w takim razie odmawiamy mu takich praw, jakie przysługują wszystkim innym? Dlaczego nie może mieć swoich preferencji, upodobań, życzeń? Dlaczego musi i może tylko i wyłącznie podporządkowywać się naszej wizji i naszym wyobrażeniom?

Jasne – z racji wieku i braku doświadczenia dziecko nie może samodzielnie decydować o wszystkim. To my, dorośli, jesteśmy odpowiedzialni za jego bezpieczeństwo, zdrowie i życie. To my znamy możliwe konsekwencje różnych zachowań i dlatego staramy się je chronić przed niebezpieczeństwem i nie pozwalamy na zbyt ryzykowne zabawy. Ale czy nie staramy się kontrolować zbyt dużo? Czy potrafimy powiedzieć sobie w którymś momencie dość i odpuścić? Dać dziecku szansę na samostanowienie, podejmowanie choć części decyzji i odkrywanie, jakie skutki to za sobą niesie? Czy w imię własnej wygody i komfortu nie próbujemy całkowicie podporządkować go naszej woli?

 

Prawo do NIE

Zaczyna się to wcześnie, już w okresie niemowlęctwa. Zatrważająco duża ilość dorosłych skłonna jest traktować płacz dziecka w kategoriach wymuszania, manipulowania czy wręcz „tresowania rodzica”. Bez zrozumienia dla jego potrzeb i nieporadnych, bo wynikających z rozwojowych ograniczeń, prób ich komunikowania (więcej na ten temat poczytasz TUTAJ). W miarę jak dziecko rośnie, rosną i nasze oczekiwania. Rosną przesadnie. Od dwu czy trzylatka oczekujemy dyscypliny, posłuszeństwa, panowania nad emocjami, odpowiednich manier. Czyli cech, z którymi i niektórzy dorośli mają problemy. Nie wierzycie? Jak często słyszycie – w odniesieniu do takiego trzylatka – że dziecko POWINNO grzecznie siedzieć przy stole do końca posiłku, POWINNO od razu słuchać poleceń rodzica (czyli na przykład przerwać zabawę bez uprzedzenia i przygotować się do wyjścia bez marudzenia), POWINNO się uspokoić, kiedy rodzic powie mu, że płacz jest bez sensu, POWINNO zjeść wszystko, co ma na talerzu, POWINNO przestać płakać, bo przecież „to aż tak bardzo nie boli”. Powinno, powinno, powinno. A co jeśli powie NIE?

Wielu rodziców traktuje NIE dziecka w kategoriach własnej porażki. Boi się go, wstydzi i… przypisuje mu znacznie większe znaczenie, niż to słowo rzeczywiście ma. Patrząc czysto obiektywnie NIE jest sposobem na wskazywanie i określanie własnych granic, na wyrażanie swoich pragnień i niezadowolenia, często może zbyt wprost i zbyt otwarcie jak na nasze standardy. W relacji z innymi dorosłymi także zdarza nam się słyszeć to słowo, zdarza nam się nie zgadzać, spierać, dyskutować, konfrontować odmienne stanowiska. To dla nas naturalne, że mąż może nie mieć ochoty na wizytę u ciotki, teściowa może nie zjeść zaproponowanej zupy, a sąsiadka odmówić odebrania naszej paczki od kuriera. Z różnych powodów. Z dzieckiem jest inaczej. Dziecięce NIE oznacza, że maluch jest krnąbrny, złośliwy, nieposłuszny. Że robi nam na złość. Że kwestionuje nasz autorytet.

 

Boimy się

Boimy się dziecięcego NIE, nie lubimy go z wielu powodów. Bo utrudnia nam codzienne funkcjonowanie, bo zaburza starannie ułożony harmonogram rodzinny, bo nie pasuje do naszych wyobrażeń tego, jak dziecko powinno w powszechnym odczuciu się zachowywać. Bo wstydzimy się tego, co pomyślą o tym inni. Czy uznają, że zawiedliśmy jako rodzice? Że nasze dziecko jest niegrzeczne, niesforne, niewychowane? Że nas nie szanuje? Może zresztą sami zaczynamy w to wątpić, kiedy przychodzi nam dyskutować o nawet tak błahych kwestiach jak wybór odpowiednich butów na jesienny spacer czy możliwość rzucania klockami w ekran telewizora.

Boimy się dziecięcego NIE, ale bardziej jeszcze boimy się własnej zgody na nie. Boimy się zaufać własnej intuicji i dać dziecku prawo do bycia człowiekiem. Istotą stanowiącą o sobie choć w takim zakresie, który nie zagraża jego bezpieczeństwu. Przyzwyczajeni do wpajanych nam w dzieciństwie złotych zasad – „dzieci i ryby głosu nie mają”, „ja rządzę w moim domu” i „nie podskakuj, bo dostaniesz szlaban” – nie potrafimy zareagować na dziecięce NIE w sposób racjonalny: przemyśleć raz jeszcze swoich oczekiwań, znaleźć pole do negocjacji, poszukać kompromisu. Odruchowo reagujemy jeszcze większym uporem, trwaniem przy swoim, eskalacją konfliktu. Żeby było wiadomo, kto tu rządzi.

Boimy się dziecięcego NIE, ale jeszcze bardziej boimy się mu ulec. Nie chcesz się ubrać? OK, nie ubieraj się, tylko przyjdź jak zmarzniesz. Nie chcesz jeść? Nie ma problemu, jak zgłodniejesz to naleśniki leżą na stole. Nie chcesz się bawić z siostrą? Twoja sprawa, wybierz sobie jakąś inną zabawkę. Nie chcesz teraz ze mną rozmawiać? Nie chcesz tej koszulki? Nie chcesz jeszcze spać? W porządku. Ja też czasem czegoś nie chcę. Jak często reagujesz w taki sposób? Jak często reagujesz tak, kiedy INNY DOROSŁY to widzi? Jeśli nasze dziecko okazuje „nieposłuszeństwo” na forum publicznym, wykazanie zrozumienia dla jego odmowy przychodzi nam jeszcze trudniej niż w domowym zaciszu. Bo nie chcemy usłyszeć, że dziecko wchodzi nam na głowę. Bo nie chcemy widzieć tego przewracania oczami i tych sugestywnych westchnień pod hasłem „moje dzieci to nigdy by sobie na to nie pozwoliły”. Tylko czy to ma jakieś znaczenie?

 

Priorytety

Kiedy urodziłam pierwsze dziecko bardzo, zdecydowanie za bardzo przejmowałam się opiniami innych. Brak doświadczenia, niepewność własnych decyzji, trudności z odnalezieniem się w zupełnie nowym świecie sprawiały, że łatwo ulegałam sugestiom, że może coś robię źle, że kiedyś robiło się inaczej, że dziecko wchodzi mi na głowę. Coś we mnie pękło, kiedy po pierdylionie porad pod hasłem „nie noś bo się przyzwyczai”, „nie leć do niej na każde kwęknięcie, bo będzie Tobą rządzić”, „od początku pokaż jej, kto decyduje” popatrzyłam na moją małą córeczkę i zobaczyłam, jak wielką radość sprawia jej odkrywanie własnej siły sprawczej. Jak fascynuje ją, że może poruszyć grzechotką i wydobyć z niej dźwięk. Że może rzucić piłeczkę i ona się potoczy. Że może odpowiednio manewrując ciałem przekręcić się na bok i sięgnąć po zabawkę. Że może mnie zawołać, a ja przyjdę. Nie chciałam i nie chcę jej tego odbierać.

Mojemu dziecku daję takie samo prawo do mówienia NIE, jak wszystkim innym członkom rodziny. I podobnie jak z innymi członkami rodziny, mogę z nim dyskutować, negocjować, spierać się. Jego niezgody na moją wizję rzeczywistości nie odbieram jako rzuconej mi rękawicy, a jako próbę wyznaczania granic, badania swoich możliwości i limitów. Moich także. Aby unikać nieustannych starć i konfliktów, staram się dawać mu poczucie, że współuczestniczy w planowaniu naszej codzienności, w decydowaniu o życiu rodziny. Pytam o życzenia specjalne, kiedy planuję posiłki. Zapraszam do współtworzenia listy zakupów. Wciągam w układanie harmonogramu dnia. Uprzedzam o planach, które wpływają na jego życie. Daję czas, żeby oswoiło się z myślą o rzeczach, które mogą być dla niego nieprzyjemne, ale są nieuniknione. Pozwalam decydować i idę na ustępstwa tam, gdzie nie narusza to moich granic, nawet jeśli nie zgadza się z moim początkowym planem.

I nie, nie oznacza to, że pozwalam mu na wszystko. Jako dorosła wkraczam tam, gdzie w grę wchodzi naruszanie granic drugiego człowieka, prawo albo zdrowie i życie, bo w tych kwestiach kompromis jest niemożliwy. Moje dziecko ma prawo powiedzieć NIE, ale czasem i moje NIE musi zaakceptować. I tak, daję mu wtedy zgodę na smutek, na płacz, nawet na histerię, bo wiem, że trudniej niż mi przychodzi mu panowanie nad emocjami. Wspieram, pocieszam, tłumaczę, rozmawiam. Nie posądzam o złe intencje i próby manipulacji.

Bo wiem, że stoimy po tej samej stronie barykady. Że nie rywalizujemy, a gramy do jednej bramki. Że w całym tym procesie nie chodzi przecież o to, żeby dziecko złamać i nad nim zatryumfować, ale żeby wychować szczęśliwego, dobrego, mądrego człowieka. Który może i na razie jest mały, ale szacunku należy mu się dokładnie tyle samo co dużemu. A wyrozumiałości i cierpliwości o wiele więcej.

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

 

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

3 Responses

  1. Bardzo ciekawy post i na pewno przydatny, choć dzieci jeszcze nie mam, ale na przyszłość się przyda heh 🙂

  2. Jola
    | Odpowiedz

    Dziecięce NIE jest tak samo “niewygodne” jak każde inne. Problem polega na tym, że z “dorosłymi” rozmawiamy, przekonujemy, a dziecka… zwykle nie szanujemy, myśląc sobie: co ono tam wie, ja jestem starsza, madrzejsza, ja tu rządzę! Niestety nie na tym wychowanie polega i nie tak buduje sie silne relacje na całe życie.
    Chociaż, są sytuacje, w których dziecięce NIE jest dla mnie zupełnie nie do zaakceptowania i z którym nie dyskutuję (sytuacje zagrożenia, niebezpieczne, etc.)
    pozdrawiam

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Właśnie problem polega na tym, że dziecięce NIE możemy zlekceważyć, bo zwyczajnie mamy przewagę – jesteśmy więksi, silniejsi i ty my decydujemy. To smutne, a przy okazji wysyła dziecku bardzo niedobry komunikat – “silniejszy ma zawsze rację”. Dlatego ja się staram do dziecka podchodzić z takim samym szacunkiem jak do dorosłego. Po prostu.
      Podobnie jak Ty trzymam się tego, że gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo, czasami muszę dziecięce NIE odrzucić. Ale i wtedy staram się wyrazić zrozumienie, wytłumaczyć, co i dlaczego robię, i wziąć na klatę dziecięce emocje.

Skomentuj