#AniJednejWięcej

with Brak komentarzy

Mało mnie tu ostatnio i to nie jest przypadek. Kiedy zaczynałam pisać tego bloga, prawie 5 lat temu, miałam takie marzenie, żeby dołożyć swoją cegiełkę do budowania świata, w którym nikt już nie bije dzieci, przekonując, że to jest właśnie wychowanie i to jest dla ich dobra. Miałam takie naiwne marzenie, żeby dołożyć swoją cegiełkę do budowania pozytywnego świata.


Niecałe 5 lat później…

Dzisiaj, niecałe 5 lat później, żyję w kraju, w którym młoda kobieta – taka jak ja, taka jak ty – umiera, a lekarze patrzą na to bezczynnie, bo gdzieś tam nad nimi wisi miecz Damoklesa w postaci prawa, które przesądza, że najcenniejsze jest nie to życie, które już istnieje, ale to, które potencjalnie może, choć wcale nie musi zaistnieć. Przytulam swoje dzieci na dobranoc i myślę o córeczce tamtej kobiety – a przecież to mogła być moja córka! – która nie doczeka się powrotu swojej mamy. I nawet jeśli gdzieś jeszcze po cichu marzyłam o trzecim dziecku, to już wiem, że w tym kraju, w tym świecie, który budują nam krok za krokiem pisowscy fanatycy i ich poplecznicy, nie zaryzykuję w ten sposób swojego zdrowia i życia. Mojego i mojej rodziny.

Dzisiaj, niecałe 5 lat później, żyję w kraju, którego rządzący mają kobiety w coraz większej pogardzie. Którzy uważają, że nie mamy prawa ani kompetencji, by decydować o sobie, swoim ciele i swoim życiu. Którzy uważają nas za histeryczki, które pokrzyczą, pokrzyczą i wrócą do garów. Którzy ludzką tragedią potrafią skwitować krótkim „Niestety wciąż czasem przy porodach kobiety umierają […] z całą pewnością nie ma żadnego związku z jakąkolwiek decyzją Trybunału Konstytucyjnego” (Marek Suski) albo „Zmarła kobieta z Pszczyny postrzegała się jako inkubatorka. Widać, że była zatruta lewacką ideologią. Nawet gdy umierała, to krzyczała: niech żyje Stalin” (Tomasz Sommer). Którzy na krytykę z ust jednej z obywatelek (tak, kurwa!, kobiety są takimi samymi obywatelkami jak mężczyźni) kraju, któremu rzekomo służą – „Chciałabym tylko powiedzieć, że to, co robicie kobietom, jest niegodne” – odpowiadają ustami WICEMARSZAŁKA SEJMU: „Jest pani kretynką!”.


Ale jest tego jeszcze więcej…

Dzisiaj, niecałe 5 lat później, żyję w kraju, w którym dziewczynkom zaleca się na WF długie spodnie i luźne koszulki, żeby „nie prowokować chłopców lub nauczycieli” do nieprzyjemnych komentarzy a o feminizmie mówi się na lekcji religii w świeckiej szkole, że „dezawuuje kobiecą subtelność i wdzięk, a podkreśla siłę i waleczność. Osłabia to zdolność mężczyzny do trwałego związku i pokochania kobiety na całe życie. Zaburza relacje między płciami”. W którym za gwałt można zostać skazanym na 12 lat więzienia, ale – według nowego projektu – za aborcję po gwałcie będzie można trafić za kratki na… 25 lat!

Dzisiaj, niecałe 5 lat później, nad projektem pani Godek, który jest nie tylko zamachem na wolność zgromadzeń i wolność słowa, ale najczystszym przykładem mowy nienawiści, za który powinna z automatu stanąć przed sądem, DYSKUTUJE SIĘ W SEJMIE. W cywilizowanym ŚWIECKIM kraju, w 21 wieku, dyskUtuje się o projekcie, który de facto oznacza, że albo myślisz po pisokatolicku, albo w tym kraju nie ma dla ciebie miejsca, nie jesteś pełnoprawnym człowiekiem, może i nie człowiekiem wcale.

Dzisiaj, niecałe 5 lat później, widzę w sieci nagrania, w którym kobiety – takie jak ja, takie jak ty – są przepychane, przerzucane przez drut kolczasty. Rodzą dzieci w nocy, na ziemi niczyjej, gdzieś w środku lasu. Krzyczą z rozpaczy, kiedy trzyma je strażnik graniczny, a one nie mogą pobiec za swoimi dziećmi, które z przerażeniu rozbiegły się gdzieś w ciemności. Umierają z wyziębienia, wycieńczenia, głodu. Na granicy cywilizowanej rzekomo Europy – do której przyszły z desperacji, uciekając przed zagrożeniem, marząc o lepszym życiu – żebrzą o jedzenie i wodę dla swoich dzieci. I otulają je w folię, żeby przetrwać kolejną zimną noc, podczas gdy my otulamy nasze dzieci kołderkami i zaciskamy zęby z bezsilności.


Czy to się kiedyś skończy?

Dzisiaj, niecałe 5 lat później, żyję w kraju, który coraz mniej jest mój. W którym coraz częściej budzę się z poczuciem bezsilności, absurdu, niedowierzania, że to się może dziać naprawdę. I że ponad 30% moich rodaków (i rodaczek, tak rodaczek też, choć nie mieści mi się to w głowie) nadal popiera ten przemysł pogardy, tę maszynkę do mielenia ludzi i człowieczeństwa w ogóle.
Więc tak mało mnie tu ostatnio i to nie jest przypadek. Bo trudno jest budować pozytywny dom, kiedy wokół coraz ciemniej.

A jednak jest we mnie nadal poczucie, że jeśli w całej tej bezsilności, w tej wściekłości i w gniewie mogę coś zrobić, to właśnie mówić, pisać, tłumaczyć, przekonywać, wspierać, pomagać. Gdzieś tam ciągle tli się nadzieją, że nawet jeśli ten jeden mój głos jest cichy i w sumie niewiele znaczy, to jeśli dołączą do niego kolejne i kolejne, i kolejne, i jeśli wszyscy będziemy mówić, wołać, wrzeszczeć z całych sił, to może uda nam się wyzwolić lawinę, które ostatecznie zmiecie ten przemysł pogardy i pozwoli nam znowu żyć w kraju, który jest bardziej nasz.
Więc krzyczmy. Jeszcze tyle chociaż możemy.

#AniJednejWiecej



Może Ci się też spodobać:

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj