Before I die…

with 3 komentarze

before i die Jest takie miejsce w Łodzi, które za każdym razem wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Niby nic, zwykły mur, trochę białych liter. A za nimi nieskończona pełnia możliwości. Before I die I want to…

 

Białe litery mocno odcinają się od czarnego tła, powtarzając się jak refren wypełniają całą ścianę. Nie, nie całą. Bo obok liter zostaje wolne miejsce, mnóstwo wolnych miejsc każdego dnia zapełnianych na nowo przez nie-zwykłych ludzi. Przez marzycieli.

 

Before I die I want to…

I zaczyna się litania życzeń, litania marzeń. Gryzmolonych kredą przez małe i duże, męskie i kobiece, młode i dojrzałe ręce.
Chciałbym… / Chciałabym…
…spróbować jeszcze kiedyś rosołu mojej mamy.
…powiedzieć Kaśce, że ją kocham.
…zobaczyć lwy na safari.
…zdać ten egzamin z analizy matematycznej.
…rozwieść się z mężem.
…zatańczyć tango w Argentynie.
…wyprowadzić się w końcu od rodziców.
…skoczyć ze spadochronem.
…zmądrzeć.
…przebiec maraton.
…nauczyć się jeździć na nartach.

Ta lista nie ma końca. Tak lista zaskakuje, wzrusza, bawi.
I za każdym razem sprawia, że gdzieś tam z tyłu zaczynają mi wyrastać skrzydła.
Z trzech powodów.

 

Po pierwsze…

Bo tak dobrze jest poczuć, przypomnieć sobie, że dookoła tyle nadal rzeczy do odkrycia, do spróbowania, do zrobienia. Że za każdym rogiem natknąć się można na coś zaskakującego, znaleźć perełkę w smutnym zaułku, zderzyć się z uśmiechem, który odmienia życie.

Że tyle jest jeszcze życzeń do sformułowania, tyle pragnień do zaspokojenia, tyle marzeń do spełnienia.

Bo uświadamiam sobie, jak wiele możliwości i szans jeszcze przede mną, jak wiele opcji, jak wiele dróg do przemierzenia.

I to jest myśl, od której mocniej świeci słońce.

 

Po drugie…

Bo kiedy patrzę na tę listę marzeń małych i dużych, widzę też swoją rękę, która mogłaby tam dorzucić niejedną pozycję. Ten dom, którego budowa już na horyzoncie. Ten kamper na amerykańskich bezdrożach. Te derby Rzymu oglądane rodzinnie z trybun Stadio Olimpico.

Ale uświadamiam sobie też za każdym razem na nowo, że te największe, te najważniejsze marzenia już spełniłam. Że budzi mnie co rano tupot dwóch par małych ciągle, choć coraz większych przecież stópek. Że zasypiam wtulona w ramiona, w których można się schronić przed złem całego świata. Żeśmy zdrowi, że mamy co położyć na talerze, że możemy się cieszyć każdą chwilą razem.

Że do szczęścia więcej nie trzeba, nawet jeśli dalej jest o czym marzyć.

I to jest myśl, od której na niebie rodzi się tęcza.

 

Po trzecie…

Bo dobrze jest poczuć, że w każdym z nas chyba kryje się coś z marzyciela. Że na przekór trudnej czasem rzeczywistości, przeciwnościom losu i momentom zwątpienia, chce się nam dalej snuć wizje, przecierać ścieżki, walczyć ze sobą i innymi.

Że nie boimy się przyznać, że chcemy więcej, chcemy mocniej, chcemy dalej. I że rzeczywistość nam nie wystarcza.

I to jest myśl, od której rozwijają się skrzydła.

 

Tylko co dalej?

Mówi się, że marzenia się spełniają, ale to nieprawda. Marzenia się spełnia.

Próbując, starając się, walcząc ze sobą, innymi, całym światem czasem. Przekraczając granice. Wychodząc poza swoją strefę komfortu. Nie czekając bezczynnie, tylko działając, choćby małymi, mikroskopijnymi nawet krokami. Choćby na przekór, choćby pozornie bez sensu, choćby bez zrozumienia.

Nigdy, naprawdę nigdy nie wiesz, dokąd może zaprowadzić Cię droga, na którą właśnie wchodzisz.
Nigdy nie wiesz naprawdę, do czego przyda Ci się kiedyś narzędzie, które teraz wydawać się może bezużyteczne.
Nigdy nie wiesz naprawdę, dokąd mogą Cię zaprowadzić ludzie, którzy niespodziewanie pojawiają się w Twoim życiu.

Bo jeśli nawet czasem nie da się bez odrobiny szczęścia, to i temu szczęściu trzeba przecież pomagać.

 

Miałam marzenie

Może zauważyliście, że ostatnio trochę mniej mnie tu, na blogu. To nie przypadek. Bo właśnie spełniam jedno ze swoich największych zawodowych marzeń.

Które dogoniłam dzięki regularnej pracy przez kilka długich lat.
Które sobie wywalczyłam, wyszarpałam trochę, zagrywając asa z rękawa, choć nigdy bym się nie spodziewała, że właśnie TO będzie kiedyś mój as.
Które realizuję kosztem tych nielicznych wolnych godzin, minut czasem, jakie ma do dyspozycji mama „siedząca” w domu z dwójką dzieci, w tym jednym nieprzedszkolnym.

Nie mogę na razie zdradzić szczegółów, ale nie omieszkam tego zrobić, kiedy dotrę do końca ścieżki. Bo mam takie poczucie, że jedno spełnione marzenie daje kopa do tego, żeby zabrać się za realizację kolejnych. Żeby na czarnej ścianie z białym napisem „Before I die I want to…” dopisać punkt po punkcie rzeczy, o których innym może się nie śniło, ale które w naszych głowach rozbrzmiewają głośnym echem.

 

Ja mam jeszcze trochę marzeń do spełnienia. Wy też?

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

3 Responses

  1. Pau Elegancka
    | Odpowiedz

    Pięknie napisane! a teraz nie mogę się doczekać, tego asa w rękawie 🙂

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    “Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia” 🙂
    Cała esencja szczęśliwego życia zawarta w tym zdaniu… To dla tych, którzy leżą na tapczanie i czekają na gwiazdkę z nieba i mają pretensje do całego świata, że ona nie spada 😉 Uwierzcie, są tacy ludzie…

Skomentuj