Bohaterki dnia codziennego

with Brak komentarzy

bohaterki dnia codziennegoTa mama, która przez dziewięć miesięcy nosi pod sercem dziecko ze świadomością, że urodzi się tylko po to, żeby mogła je pożegnać. Odpowiadająca – bez nadziei – na pytania o imię, o płeć, o wózek i rozmiar wyprawki. Dziergająca na drutach buciki, w których nikt nie postawi pierwszego kroku. Wyjaśniająca starszym dzieciom, że ten nowy braciszek będzie tylko na chwilę. Tłumacząca sąsiadce, że już go nie ma, choć był. Był przez chwilę.

Ta mama, która wydaje na świat nieuleczalnie chore dziecko. Ze świadomością, że będzie musiała się zmierzyć ze strachem, z cierpieniem, z bólem ponad miarę. Która z ciągle gdzieś tlącą się iskierką nadziei szuka dla niego pomocy, ratunku, cudu może. W końcu choćby ulgi w cierpieniu. Nosząca, tuląca, ocierająca pot z czoła, rozmasowująca bolące mięśnie, rehabilitująca skurczone kończyny. Walcząca o każdy kolejny dzień, o każdą wspólną chwilę, o uśmiech, gest, przytomne, kochające spojrzenie małych oczu. Zmartwiona, znużona, zmęczona do granic możliwości. Bez urlopu, bez długiego weekendu, czasem i bez czasu na spokojną kąpiel. Walcząca bez przerwy.

Ta mama, która po opuszczeniu porodówki zostaje zupełnie sama ze swoim małym, wymagającym cudem. Wędrująca od jednego lekarza do drugiego, zjeżdżająca Polskę wzdłuż i wszerz, szpitalne korytarze znająca lepiej niż ściany własnego domu. Podporządkowująca swoją karierę, pracę, życie całe małemu człowiekowi, za którego zawsze już będzie się czuła odpowiedzialna. Prosząca, błagająca panią w rejestracji, żeby ten neurolog to może jeszcze w tym roku, a nie za osiemnaście miesięcy. Walcząca o skierowania, o badania, o żałosne godziny rehabilitacji, których i tak przecież za mało, wiecznie za mało.

Ta mama, która dumę chowa do kieszeni, przełyka wstyd i prosi, wiecznie prosi o pomoc. Bo na leki, na bandaże, na odżywki nie starcza nawet do połowy miesiąca. Bo ratujące życie kuracje, operacje, leki mają ceny takie, że zera mienią się przed oczami. Bo życie dziecka, to bezcenne życie dziecka, można – jak się okazuje – przeliczyć na kwoty, które przeciętnemu człowiekowi nie mieszczą się w głowie. A ona, od fundacji do fundacji, od kiermaszu do kiermaszu, od lombardu do lombardu nierzadko, potrafi jednak często i te miliony, te niewiarygodne miliony wychodzić.

Ta mama, która dnie poświęca opiece nad jednym, cierpiącym dzieckiem, wiedząc, że są przecież pozostałe, które równie jej pragną, równie potrzebują, równie mają prawo do normalnego życia i dziecięcej beztroski. Szamocząca się w wewnętrznym rozdarciu i rozterce, które drobne ciałko przytulić najpierw, do którego biec, które łzy ocierać najpierw. Zasypiająca ze strachem o to, co przyniesie przyszłość. I kto jej chorym i tak bardzo nieporadnym skarbem zajmie się, kiedy jej zabraknie.

 

Bohaterki

Bohaterki dnia codziennego. Z wyboru, ale i z konieczności. Z potrzeby serca. Najczęściej samotne. Bo, jak absurdalnie niewiarygodnie by te statystyki nie brzmiały, aż 8 na 10 ojców niepełnosprawnych dzieci opuszcza swoje rodziny, zostawiając matki same z ciężarem, który trudno dźwigać nawet we dwoje.
One trwają. One nie mają wyjścia. One muszą. Chociaż czasem chciałoby się zostawić za sobą cały ten ból, strach, bezdenne zmęczenie, żebranie o każdy grosz, łzy przelewane nad cierpiącym bez nadziei dzieckiem. Chociaż chciałby się uciec, odciąć, zatrzasnąć za sobą drzwi, to nie można, bo już w progu serce pęka na milion kawałków. Matczyny los nierozerwalnie splata się z dziecięcym.

Dużo w ostatnim czasie emocji, dużo przepychanek. Między czarnym protestem a białym piątkiem chciałoby się czasem ukryć w ciszy i spokoju, z dala od przepychanek, awantur i słów, które gdzieś na zawsze zapisują się z tyłu głowy. Ale są takie chwile, kiedy milczeć nie można. Kiedy milczenie wydaje się tyle wygodne, co nieprzyzwoite.

 

Ja, mama

Jestem mamą dwóch wspaniałych córeczek. Mam za sobą dwie niełatwe ciąże i dwa niełatwe porody. I wiem dobrze, że nikt, absolutnie nikt, kto tego nie przeżył, nie wie, jak to jest nosić w sobie nowe życie. Czuć jego ruchy, słyszeć delikatne pukanie serca, widzieć na ekranie monitora niewyraźny zarys cudu, na który się tak bardzo czeka. A potem urodzić, tulić w ramionach kruchy skarb, który chciałoby się ochronić przed całym światem, przed każdym zagrożeniem, przed bólem. Za wszelką cenę. I jak to jest płakać ze strachu, z żalu, z bezsilności, kiedy przed tym wszystkim uchronić się nie da.

Jestem mamą utraconego dziecka. Mam za sobą ciążę, która nie skończyła się dźwięcznym krzykiem i łzami szczęścia. I wiem dobrze, że nikt, absolutnie nikt, kto tego nie przeżył, nie wie, jak to jest żegnać nowe życie, które się w sobie nosiło, którego się pragnęło. Nie usłyszeć delikatnego pukania małego serduszka. Nie doświadczyć tego magicznego momentu, pierwszego przytulenia, pierwszego spojrzenia w oczy, które momentalnie przekreśla znaczenie doświadczonego dopiero co bólu. Jak to jest stracić kawałek siebie.

 

Nie mieści mi się w głowie

Więc tak – jestem mamą, szczęśliwą mamą. Mamą na szczęście zdrowych dzieci. Mamą z wyboru. Nie stanęłam i mam nadzieję, że nigdy nie stanę przed dylematem, który jest tak trudny, tak niewiarygodnie bolesny, że wydaje się niemożliwy. Przed dylematem, który każdy powinien zmierzyć swoją miarą.
I nie mieści mi się w głowie, że ktoś może rościć sobie prawo do podejmowania za drugiego człowieka tych najbardziej dramatycznych, najtrudniejszych w życiu, najbogatszych w konsekwencje decyzji.

Kamil Nowak (Blog Ojciec) ma absolutną rację, kiedy mówi, że w tej ustawie nie chodzi, nie chodziło i nigdy nie będzie chodzić o dzieci.
Gdyby tak było, to NAJPIERW stworzono by skuteczny i realny system godnej opieki nad chorymi i umierającymi dziećmi.
Gdyby tak było, to NAJPIERW stworzono by skuteczny i realny system pomocy i wsparcia dla rodziców dzieci chorych i umierających.
Najpierw. Nie później. Nie kiedyś. Nie “pracujemy nad tym”. Nie “jakoś to będzie”.
W odwrotnej kolejności to ma taki sam sens, jak wsadzenie przypadkowych ludzi na siłę do rakiety i wystrzelenie ich w kosmos, bo przecież KIEDYŚ zbudujemy bazę na Marsie.

Ustawa za zaostrzeniem zakazu aborcji to wcale nie jest ustawa dla życia i za życiem. To jest ustawa za urodzeniem. Bo z życiem chorego dziecka, z jego wyzwaniami, dramatami, problemami, którym nie ma końca, rodzice zostają zupełnie sami. Bohaterowie, prawdziwi bohaterowie, choć z konieczności, to ciągle jeszcze z wyboru.
Niedługo może z przymusu.

 

[Wpis pojawił się jakiś czas temu jako notka na Fanpage`u bloga przy okazji Czarnego Protestu i Białego Piątku. Ilość reakcji,  komentarzy, wiadomości, dramatycznych wyznań, które za sobą pociągnął, zaskoczyła mnie i poruszyła. Aby nie przepadł w czeluściach internetu, wklejam go także tutaj. Bo niezależnie od politycznych zawirowań i deklaracji, problem rodziców opiekujących się chorymi i umierającymi dziećmi jest ciągle boleśnie aktualny.]

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj