Po co Ci posłuszne dziecko?

with 5 komentarzy

posłuszne dziecko

Kiedy mowa o wychowywaniu dzieci, słowo-klucz przewijające się bodaj najczęściej to „grzeczny”. Takiego dziecka zwykle chcemy, o takie walczymy, tak chcielibyśmy, żeby o naszych pociechach mówiły panie w przedszkolu, nauczycielki, sąsiedzi i cała rodzina. Żeby wszyscy uważali, że zrobiliśmy dobrą robotę. Chociaż jest wręcz przeciwnie.

 

Grzeczny czyli jaki?

Ocena „grzeczności” dziecka jest oczywiście bardzo subiektywna i zależy od oczekiwań, jakie ma konkretny oceniający (pisałam o tym w tekście “Moje dziecko jest niegrzeczne. I bardzo dobrze!”), ale kluczowe jest najczęściej jedno – posłuszeństwo. Wykonywanie poleceń dorosłych, najlepiej szybko i bez marudzenia. Bez zbędnych pytań. Żeby założył buty od razu, kiedy o to poprosimy. Żeby odłożył zabawki na półkę po pierwszym zwróceniu uwagi. Żeby zostawił kredki i przyszedł na obiad już teraz, natychmiast, bo zupa stygnie.

Jakie to byłoby piękne! Czyż nie? Zgodzi się z tym chyba większość rodziców, którzy doskonale wiedzą, jak irytujące i trudne potrafi być powtarzanie tego samego zdania po kilka razy albo tłumaczenie tej samej kwestii po raz setny w ciągu tygodnia.
A jednak, jeśli spojrzeć na sytuację z dystansu, to takie oczekiwanie wynika wcale nie z troski o dobro dziecka a zwyczajnie z wygodnictwa. Z posłusznym dzieckiem jest ŁATWIEJ funkcjonować w codziennym życiu. Łatwiej ubrać, nakarmić, przygotować do wyjścia, zorganizować czas. Tylko czy w wychowywaniu dziecka rzeczywiście chodzi o to, żeby było łatwiej?

 

O co Ci, rodzicu, chodzi?

Nie myślcie sobie, że jestem jakąś masochistką, co to lubi się umartwiać w rodzicielskim życiu. Przeciwnie – dzieci nauczyły, mnie, że czasem warto odpuścić – nie ma sensu toczyć bojów o nieistotne szczegóły, rywalizować z supernianią czy inną perfekcyjną panią domu, pogrążając się we frustracji. Ale nauczyły mnie też wyznaczać priorytety i szczerze odpowiadać na pytania. To najważniejsze jest proste: na kogo chcesz wychować swoje dziecko? Na posłusznego, uległego, łatwego do sterowania dorosłego? Czy może na pewnego siebie, świadomego, potrafiącego podejmować niezależne decyzje, szczęśliwego człowieka? Założę się, że stawiamy wszyscy na te drugą wersję.
W wychowaniu dziecka ważny jest szeroki kadr. Konkretne zachowanie i nasza reakcja na nie to przecież tylko element większego planu, jeden krok na długiej drodze do dorosłości i dojrzałości. Jeśli dążymy do wychowania zdolnego do samodzielnego myślenia dorosłego, to nie możemy wymagać od dziecka bezmyślnego posłuszeństwa i rezygnacji z własnej autonomii. To przecież absurdalne. Nie można oczekiwać, że po skończeniu osiemnastu lat posłuszne dziecko nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieni swoje zachowanie o 180 stopni i zacznie skutecznie i mądrze decydować o swoim życiu. Do tego trzeba lat ćwiczeń. Do tego trzeba praktyki. Do tego trzeba życzliwego, wyrozumiałego i cierpliwego nauczyciela, który będzie potrafił dziecko naprowadzić na właściwą drogę, nie pozwalając sobie na manipulowanie nim.

 

Poligon

Lubię myśleć o wychowywaniu dzieci, jak o poligonie. I nie, nie chodzi wcale o to, że się do kogoś strzela, na kogoś wrzeszczy, leży w błocie i codziennie je na obiad kaszę gryczaną (tak wspominał wojsko mój tata…), a raczej o cel. Żeby w naturalnych, ale bezpiecznych warunkach przećwiczyć praktyczne umiejętności bojowe, które przydadzą się potem w rzeczywistym życiu. Z tą różnicą, że w wojsku jest ktoś, kto wydaje rozkazy, a tutaj dążymy do tego, żeby dziecko zostało samo swoim generałem i nauczyło się podejmować rozsądne decyzje w zależności od zmiennych warunków. Żeby nie tylko znało zasady, ale też potrafiło w praktyce je wykorzystać.
Kiedy ktoś pyta mamę „co umie Twoje dziecko?”, zwykle pierwsze do głowy przychodzą nam rzeczy bardzo praktyczne. Wiązanie butów, samodzielne ubieranie się, liczenie do dziesięciu, rysowanie kota czy przygotowanie sobie kanapki. I słusznie, bo i takich umiejętności musimy nasze dziecko nauczyć. Ale jest też cała gama kompetencji, które są znacznie mniej wymierne, a przecież jeszcze ważniejsze. Nazywanie i kontrolowanie emocji, negocjowanie, dyskutowanie, samoobrona, wyznaczanie własnych granic, asertywność. Gdzie indziej, niż w rodzinnym domu, dziecko ma się tego nauczyć? Z kim inny, jeśli nie z nami, ma te umiejętności ćwiczyć?

 

To co z tym autorytetem?

Wszyscy chcielibyśmy być dla naszych dzieci autorytetami. Chcielibyśmy, żeby liczyły się z naszym zdaniem i nas szanowały. Nader często mylimy jednak szacunek z uległością, wymuszone posłuszeństwo i strach z podziwem i zaufaniem. Powiedzmy sobie jasno – autorytet wyszarpany siłą nie jest nic warty! Prawdziwy autorytet buduje się każdego dnia, cegiełka po cegiełce, poprzez spójność, konsekwencję, życie zgodnie z głoszonymi przez siebie zasadami. Przez stosowanie ich nie w teorii a w praktyce.
Może to zabrzmi dziwnie, ale w mojej wizji rodzic jest dla dziecka nie tylko nauczycielem, ale kimś w rodzaju sparing partnera. To z rodzicem jako pierwszym, dziecko może ćwiczyć umiejętności, które przydadzą mu się w późniejszym życiu. Bezpiecznie, spokojnie i bez obaw o to, że przyklei mu się etykietę rozpuszczonego bachora, który wymusza krzykiem, histeryzuje, manipuluje itd. Powiedzmy sobie szczerze – rola tego sparing partnera nie jest łatwa. Wymaga cierpliwości, wyrozumiałości, samokontroli, ale sprawę ułatwia świadomość, że te wszystkie trudne zachowania czemuś służą. Że nie są kaprysem, odchyłem od normy czy złośliwością, ale naturalnym – i koniecznym! – elementem zdrowego rozwoju i budowania własnej, dojrzałej osobowości.

 

Łatwiej nie znaczy lepiej!

Z posłusznym dzieckiem jest łatwiej, ale ta łatwość to duże niebezpieczeństwo. Bo nawykłe od samego początku do bezrefleksyjnego posłuchu dziecko nie wyrabia sobie umiejętności krytycznej oceny sytuacji i decydowania o własnym zachowaniu. Nie potrafi powiedzieć NIE. Bo przecież MUSIAŁO słychać pani w przedszkolu, MUSIAŁO słuchać babci, MUSIAŁO słuchać instruktora baletu. Nawykłe do dyktatury dorosłych, zamiast myśleć samodzielnie, szuka kogoś, kto będzie decydował za niego. Gorzej jeśli tym kimś stanie się łobuz z klatki obok proponujący najnowsze dopalacze, szkolny kolega maltretujący koleżankę z klasy, naciągacz z firmy pożyczkowej albo uśmiechnięty sąsiad o pedofilskich skłonnościach…
Nie namawiam nikogo, żeby wychowywać dzieci na małych anarchistów. Nasza rolą jest nauczenie ich także, że w społeczeństwie obowiązują pewne zasady i reguły zachowania. Że inaczej zachowujemy się w kościele, w przedszkolu i na placu zabaw. Ale naszą rolą jest też wpojenie im, że czym innym są zasady, a czym innym widzimisię i wygodnictwo innych ludzi. Nauczenie zadawania pytań, kwestionowania bzdur i racjonalnej oceny rzeczywistości.

 

Ciesz się!

Drogi rodzicu! Zabrzmi to może paradoksalnie, ale… Jeśli Twoje dziecko znów mówi „nie” – ciesz się! Bo właśnie ćwiczy się w wyznaczaniu własnych granic. Jeśli Twoje dziecko znów pyta „dlaczego” – ciesz się! Bo właśnie uczy się krytycznej oceny rzeczywistości. Jeśli Twoje dziecko znów kwestionuje Twoje polecenia – ciesz się! Bo właśnie trenuje się w samostanowieniu. Od tego jak długo, cierpliwie i konsekwentnie będziesz mu tłumaczyć świat i rządzące z nim zasady, zależy na ile mądrym, wrażliwym i samodzielnym dorosłym się stanie.

Jesteś duży, silny, i doświadczony. Jako rodzic możesz naprawdę wiele – możesz na dziecku wymusić uległość, narzucić zasady, rygorem i dyscypliną nakłonić do „grzeczności”. Ale życiowej mądrości nie wlejesz mu do głowy siłą, strachem ani tym bardziej magicznym pstryknięciem palcami. Do tego trzeba czasu, cierpliwości, otwartości. I może przede wszystkim zmiany wyobrażeń, które tkwią w nas głęboko przekazywane z pokolenia na pokolenie. Bo nie chodzi o to, żeby mieć grzeczne dziecko, a o to, żeby pomóc mu stać się mądrym i szczęśliwym dorosłym.

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

5 Responses

  1. Dla mnie najważniejsze jest to, aby był dobrym człowiekiem. Pomagał slabszym i mlodszym, umiał sie dzielić i myślał nie tylko o sobie ale i o innych. I jak patrzę na mojego trzylatka to mi serce rośnie.

  2. Bardzo ważny temat, czasem w imię przysłowiowej posłuszności można zaszczepić dziecku wiele niepożądanych cech, mogą być problemy z asertywnością w dorosłym życiu.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Paradoks taki – chcemy przebojowy Ch dorosłych a nie pozwalamy na przebojowość dzieciom.

  3. matka testerka
    | Odpowiedz

    Ja staram się odpuszczać w przypadku nieistotnych akcji, ale jestem dość stanowcza w kwestii naszych domowych zasad. Już teraz widzę, że działa to w dwie strony – moje dziecko uczy się szacunku i współpracy. Mam nadzieję, że stworzymy zgrany zespół bez niepotrzebnego krzyku i złości 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja nie namawiam do rezygnacji z zasad i pozwalania dziecku na wszystko. Raczej by zaszczepić dziecku, że ma prawo kwestionować zasady i domagać się wyjaśnień a nie bezmyślniw słuchać dorosłego tylko dlatego, że jest dorosły. Żeby dziecko rozumiało zasady a nie działało jak automat.

Skomentuj