Co po porodzie, czyli kiedy nadchodzi armagedon!

with 2 komentarze

co po porodzieKobiety ciężarne mają mnóstwo wspólnych doświadczeń. Może dlatego tak chętnie łączymy się w grupy i dzielimy naszymi historiami. Porównujemy rosnące brzuchy, naradzamy nad płcią niewyraźnie widocznego na zdjęciu z USG maluszka, debatujemy o sposobach na puchnące stopy i o tym, jak kichnąć, żeby nie posikać się w gacie. Wśród heheszków i luźnych pogadanek o najładniejszych imionach dla dziewczynki przewija się wiele poważnych tematów. I jeden, mam wrażenie powszechny, motyw.

 

Straszą nas.

To nie jest post o głupich ciążowych przesądach. O “nie noś łańcuszka, bo się dziecko pępowiną owinie” czy “nie dotykaj twarzy w strachu, bo będzie miało myszkę”. To nie jest też post o tym, jak ciężki jest poród, bo cioci Marysi założyli bazylion szwów, a kuzynka Joasia męczyła się tak długo, że jej mąż zdążył dojechać ze Szczecina do Warszawy. Na rolkach. To jest post o tym, co czeka nas, kiedy dziecko już się pojawi na świecie. A wiadomo, że czeka nas armagedon.

Bo dziecko – jak syn sąsiadki – będzie płakać całymi nocami, a Ty nie będziesz wiedziała, co zrobić. Bo będziesz – jak pani Hela ze spożywczaka – musiała je ciągle nosić i nie dasz rady nawet pójść do toalety. Bo – jak córka kuzynki ciotki fryzjerki – będzie wisieć na cycku, a obiad będziesz jadła na stojąco przy kuchennym stole. Zobaczysz! Zobaczysz, jak to jest! Lepiej już teraz załatw sobie wsparcie kawalerii w postaci ciotki, babci, kuzynki Heleny i sąsiadki spod piątki. Niech się wpiszą w grafik i będą w pogotowiu. Bo wiadomo, że…

 

Nie dasz sobie rady!

W miarę jak zbliża się czas porodu, a zainteresowanie rozmiarem brzucha stopniowo przenosi się na to, co się stanie, kiedy lokator go opuści, zaczynają się pytania z podtekstem. Co po porodzie? Jak Ty sobie dasz radę sama? A mama to do Ciebie nie przyjedzie? Albo teściowa? Jak ogarniesz dziecko, gotowanie, pranie, prasowanie, mycie okien, szorowanie podłóg, szydełkowanie paputków z wełny ekologicznej alpaki i sam prezes wie tylko co jeszcze?

Oni wszyscy pewnie mają dobre chęci. Oni wszyscy pewnie tak z troski. Staram się tak myśleć i trzymam się tej myśli, bo jakoś trudno mi się pogodzić z tym, że ktoś chciałby specjalnie straszyć ciężarną. A jednak to właśnie oni, częściej one. stopniowo, ziarenko po ziarenku, kamyczek po kamyczku, usypują nam na progu macierzyństwa wielką górę niepokoju, która przysłania radość oczekiwania ciemnymi chmurami strachu.

 

Naprawdę nie dam sobie rady?!?

Chciałam świętego spokoju, ale wszyscy mi mówią, że sama nie ogarnę.
Chciałam zająć się nim sama, ale wszyscy się dziwią, że nikt do mnie nie przyjedzie.
Chciałam, żebyśmy mieli czas tylko dla siebie, ale oni tak się martwią, że zaczynam wątpić.
Czy naprawdę nie dam sobie sama rady z dzieckiem?

Na kobiecych grupach co i rusz jak echo wraca to pytanie i ta wątpliwość o to, co po porodzie. Pomimo obaw, które naturalnie pojawiają się przed życiową rewolucją, instynkt podpowiada nam, że możemy i potrafimy poradzić sobie z naszym dzieckiem. Że nasza miłość i wrażliwość wsparte zgromadzoną po drodze wiedzą wystarczą, żeby zrozumieć małego przybysza. Że, choć może być trudno, jakoś się dogadamy.
I wiecie co? Ten instynkt ma rację! Słuchajmy go. Nie pozwólmy sobie wtłoczyć w głowy, że brakuje nam kompetencji, że brakuje nam przygotowania, że brakuje nam doświadczenia, żeby zająć się SWOIM dzieckiem. Że bez pomocy nie możemy dać sobie rady. Bo możemy!

 

To co z tym wsparciem?

Nie mówię, że źle jest prosić o pomoc. Nie mówię, że źle jest z tej pomocy korzystać. Przeciwnie – wsparcie (mądre wsparcie!) jest na wagę złota wtedy, kiedy go potrzebujemy. Kiedy pojawiają się trudności i komplikacje. Kiedy rzeczywistość przerasta oczekiwana i możliwości, bo słodki bąbelek zamiast spać przed 20 godzin na dobę, budzi się 20 razy na godzinę a za jedyne właściwe miejsce do spania uważa ręce zaprzyjaźnionego dorosłego. To jest ten moment, kiedy jest szansa się wykazać, podać pomocną dłoń. Pomóc w taki sposób, jakiego dana osoba naprawdę potrzebuje (Masz wątpliwość jak? Zobacz tutaj –> KLIK).

Ale zasiewanie w głowie młodej mamy wątpliwości już na starcie, prorokowanie problemów, sugerowanie jej, że sama nie ogarnie, to niepotrzebne wprowadzanie zamętu tam, gdzie potrzebny jej przede wszystkim spokój, wiara w siebie i swój instynkt oraz wsłuchanie się w potrzeby maluszka. Na zaoferowanie pomocy i na poproszenie o pomoc zawsze będzie jeszcze czas, czyż nie?

 

Co po porodzie, czyli jak sobie pomóc?

Jeśli czujesz, że ten pierwszy okres chcesz spędzić po prostu z dzieckiem i jego ojcem, jeśli wiesz, że dodatkowa osoba zamiast pomocą będzie dla Ciebie dodatkowym stresorem sprawdzającym poprawność założenia czapeczki czy kwestionującym wartościowość Twojego mleka, jeśli po prostu chcesz spróbować poradzić sobie sama ze swoim dzieckiem, to nie daj się nastraszyć! Naprawdę możesz. Te pierwsze dni czy tygodnie, choć pewnie stresujące, mogą być waszym czasem. Czasem budowania bliskości, czasem wzajemnego poznawania się, czasem cieszenia się sobą. To są momenty, których nic Ci nie odbierze.

Aby ułatwić sobie start i zmniejszyć ewentualne obawy o to, co po porodzie, możesz się do tego okresu po prostu przygotować i ułatwić sobie pierwsze dni. Co możesz zrobić?
zmobilizować ojca dziecka – zgodnie z Kodeksem Pracy tata ma prawo do skorzystania z z dwutygodniowego urlopu ojcowskiego. I chociaż może to zrobić do ukończenia przez dziecko 24 miesiąca życia, chyba najlepszym na to okresem są właśnie te pierwsze dwa tygodnie wspólnego bycia w domu z maluszkiem. Nie tylko pozwala to odciążyć zmęczoną jeszcze po porodzie mamę, ale przede wszystkim zmniejsza stres płynący z rodzicielskiego debiutu (debiutu także przy kolejnym dziecku, bo w końcu każde jest inne). Wspólna obecność, wspólna opieka, wspólne podejmowanie decyzji i poznawanie nowego członka rodziny to coś, co bardzo zbliża i pozwala na budowanie więzi. Także tej między dzieckiem a ojcem!
gromadzić wiedzę – o karmieniu piersią (polecam blog www.hafija.pl), o pielęgnacji noworodka, o rozwoju maluszka, o połogu. Im więcej wiesz, tym czujesz się pewniej!
stworzyć harmonogram – warto na spokojnie zapisać sobie zadania i ważne daty (USG bioderek, formalności po urodzeniu maluszka, wizyty patronażowe, wizyta kontrolna u ginekologa po zakończeniu połogu itd.), bo te – gdzieś pomiędzy pieluszkami, karmieniami i spacerkami – mają tendencję do wylatywania z głowy
zbudować zaplecze – kiedy pojawia się problem, dobrze jest mieć kogoś, kto może pomóc w jego rozwiązaniu. Dobry pediatra czy doradca laktacyjny są na wagę złota. Warto wcześniej poczytać opinie, porozmawiać z zaprzyjaźnionymi mamami, czy nawet zapytać na lokalnych grupach, żeby „w razie czego” nie szukać w panice kogoś, kto posłuży dobrą radą.
zrobić wcześniej zakupy dla maluszka – wierz lub nie, ale szukanie wózka czy telefoniczne konsultowanie rodzaju łóżeczka z zagubionym tatusiem to NIE jest coś, co chcesz robić z noworodkiem na ręku
wyprać i wyprasować dziecięce ubranka – najlepiej na raty, bo założę się, że masz ich tak dużo, że jednorazowe ogarnięcie tej góry jest ponad siły nie tylko ciężarnej
ugotować wcześniej i zamrozić kilka posiłków, żeby łatwo i szybko przygotować coś do zjedzenia; możesz też zaplanować  menu złożone z nieskomplikowanych potraw i wcześniej zgromadzić te produkty, które mają długą datę ważności. No i kapustę. Może jeszcze tego nie wiesz, ale zimne, rozbite tłuczkiem liście kapusty mogą ci przynieść sporo ulgi kiedy produkcja mleczna ruszy z kopyta…
wrzucić na luz! – warto wbić sobie do głowy, że nieodkurzony dywan, nieumyta podłoga, nielśniące czystością okna to naprawdę nie jest koniec świata, a tylko drugorzędny detal w domu, gdzie od nowa organizuje się życie, rytuały i codzienną rutynę. Poza tym, umówmy się, dziecko brudzi ubranka tak szybko, że pieczołowite układanie ich w komodzie raczej mija się z celem…

 

Każdemu inna droga

To będzie banał, ale przecież taka jest prosta prawda. Każda mama jest inna. Każde dziecko jest inne. Każda sytuacja – rodzinna, finansowa, lokalowa, społeczna… – jest inna. Wtłaczanie wszystkich w ten sam schemat tego “co po porodzie” nie prowadzi do niczego dobrego. Owocuje frustracją, zagubieniem, poczuciem przymusu, w końcu buntem a nawet depresją.

Są mamy, które poczują się bezpieczniej z wspierającą babcia, która będzie asystować przy pierwszej kąpieli. Są mamy, którym komfort przyniesie ciocia troszcząca się o ciepły obiad czy wyprasowane bodziaki. Są takie, które z ulgą przyjmą przyjaciółkę zabierającą noworodka na dwugodzinny spacer, żeby one mogły odespać. I każda z tych opcji jest ok. Ale są też takie mamy, a jest ich wcale niemało, które do szczęścia nie potrzebują niczego poza samym dzieckiem, czasem z nim, cieszeniem się nim. I świętym spokojem. Żeby mieć czas tego nowego człowieka poznać, zrozumieć, chłonąć wszystkimi zmysłami.
Nie mówmy im, że nie dadzą sobie rady.

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. Mhm….a co zrobić, kiedy w domu mamy noworodka i oprócz tego przedszkolaka i szkolniaka i obu trzeba odprowadzać do placówek na różne godziny i odbierać i ugotować i zrobić zakupy i poczytać i pomóc w nauce i posprzątać i na dodatkowe zajęcia odprowadzić i pobawić się i znaleźć czas dla siebie i jeszcze jest licealista w domu a mąż w delegacji? To jest dopiero wyzwanie 😉 Serio, serio mówię. Także – mając samego noworodka w domu to luzik bluzik 😉 – choć wiem, że trudno w to uwierzyć.
    Wiem, że teraz narażam się na hejt mam, że się “wymądrzam”. Ale tak to już jest. Perspektywa zmienia wszystko.
    Warto więc poczytać Ewelinę, bo daje naprawdę cenne wskazówki – zwłaszcza o tym, by stworzyć harmonogram i wrzucić na luz 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Masz rację. Właśnie dlatego piszę, że nie ma jednego wzorca. U mnie akurat różnica wieku nieduża, bo dwa lata, więc logistyka szkolno-przedszkolna odpadła. Ale za to była konieczność opanowania dwójki niesamodzielnych maluszków, a to czasem niezła gimnastyka.
      Mając porównanie widzę, że za pierwszym razem było znacznie łatwiej, chociaż wtedy bardziej panikowałam 😉

Skomentuj