Czego boi się każda mama?

with Brak komentarzy

czego boi się każda mamaNiesiemy w sobie strach. Od pierwszego krzyku do ostatniego westchnienia macierzyństwo naznaczone jest obawą i lękiem. O to, co jest. O to, co będzie – napisałam kiedyś w tekście, którego całość możecie przeczytać TUTAJ. Wtedy przekonywałam Was, że ten strach jest dobry. Że pozwala zachować czujność. Że pozwala lepiej wypełniać rodzicielskie obowiązki. Wtedy jednak zapomniałam o jeszcze jednym rodzaju strachu. O tym, czego boi się – często nawet podświadomie – chyba większość mam. Czego – być może – boi się każda mama. O opinii innych.

 

To nie jest dobry strach

Dobrymi radami wybrukowane jest piekło matek – utwierdzam się w tym przekonaniu, kiedy patrzę na kobiety wokół mnie w tym rzeczywistym i wirtualnym świecie. Lawina dobrych rad zasypuje nas, czy tego chcemy czy nie chcemy. I może nie byłoby w tym nic aż tak złego, może można by to było wyśmiać czy zlekceważyć, gdyby nie jeden fakt. Gdyby nie to, że pod jej wpływem, pod jej nieznośnym naciskiem zaczynamy wątpić w siebie. Zaczynamy się bać tego, co inni pomyślą o naszych dzieciach. I o nas jako matkach.

Widzę to codziennie i Wy też widzicie to na pewno. Dzieci zachowujące się w sposób daleki od ideału. Płaczące, marudzące, niesłuchające rodziców czy opiekunów, uciekające z placu zabaw, domagające się krzykiem kolejnego loda, w histerii wijące się na ziemi, bo mama nie chce kupić trzydziestej ósmej lalki albo banan ma niewłaściwy kształt. I widzicie też na pewno, bo i ja widzę, ich mamy. Jak próbują opanować żywioł, załagodzić sytuację, rozwiązać problem, rozglądając się niespokojnie dookoła, rzucając wzrokiem gdzieś przez ramię, czerwieniąc się po koniuszki uszów. Bo po drugiej stronie ulicy akurat koleżanka z pracy. Bo na kasie w sklepie akurat sąsiadka. Bo na ławce obok kuzynka. Każda oczywiście z akurat (pewnie chwilowo) wzorowo zachowującym się dzieckiem.

 

A jak pomyślą, że moje dziecko jest niegrzeczne?

Nie chcemy tak myśleć. Gdzieś w duchu ten racjonalny głos mówi nam, że nie dzieje się nic niezwykłego. Że powinniśmy zwyczajnie olać te potępiające spojrzenia, złośliwe komentarze czy oburzone kiwanie głowami. Że nie ma co się przejmować głupimi uwagami o bezstresowym wychowaniu czy włażeniu na głowę, zwłaszcza jeśli padają one z ust ludzi, którzy widzą tylko jeden, taki przecież niewielki wycinek naszej macierzyńskiej codzienności. Ale ten głos często okazuje się zbyt cichy, często ginie gdzieś w odmęcie dziecięcych wrzasków, krytycznych szeptów i naszej własnej bezradności czy zmęczenia.

I chociaż w głębi duszy wiemy, że nasze dziecko zachowuje się po prostu jak dziecko, to – zamiast zaakceptować ten fakt i skupić się na tym, jak mu pomóc – zaczynamy kombinować, zaczynamy komplikować, zaczynamy się zamartwiać. Bo co, jeśli inni pomyślą, powiedzą nawet, że jest niegrzeczne?

 

A jak pomyślą, że jestem złą matką?

Te bardziej zdystansowane, te bardziej asertywne z nas pewnie będą potrafiły odwrócić się na pięcie od krytycznych spojrzeń, skupić się na dziecku, pomóc mu w zgodzie w metodami, w jakie wierzymy. Ale macierzyństwo – zwłaszcza pierwsze – nie jest okresem szczególnie sprzyjającym budowaniu pewności siebie. Tak wiele rzeczy jest nowych, tak wiele zaskakuje, tak wiele pociąga za sobą wątpliwości i… tak wiele jest względnych!

Lawirując między różnymi opiniami, szukając złotego środki i drogi, w którą uwierzymy i którą zechcemy kroczyć, chciałybyśmy wybrać jak najlepiej. Chciałybyśmy być tymi mamami, które na swoje dzieci spoglądają ze spokojem i z dumą, a nie z niepokojem i obawą o przyszłość. Z ufnym uśmiechem, a nie ze łzami.

A przecież żadna droga nie jest wolna od kamieni, od upadków, od potknięć, a sam fakt ich zaistnienia nie oznacza, że sama droga jest zła. Trzeba się podnieść, trzeba iść dalej, trzeba trzymać się jej, jeśli wierzymy, że warto i że jest najlepsza. Tylko że trudno, tak trudno o to czasem, kiedy zdrowy rozsądek przyćmiewany jest przez strach przed surową oceną.

 

Wioska czy bezludna wyspa?

Mówi się często, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska, ale taka wioska ma sens tylko wtedy, kiedy oznacza wspólne wzięcie odpowiedzialności za najmłodszych członków społeczności. W naszym, nowoczesnym, rozwiniętym i coraz bardziej zróżnicowanym społeczeństwie, taka wizja to utopia. Znaczeni częściej otoczenie nie pomaga w wychowaniu dzieci, a dodatkowo je komplikuje. Ocenia, zamiast okazać zrozumienie. Atakuje, zamiast wspierać. Krytykuje, zamiast zaakceptować odmienność. A nie każdą mamę stać na to, żeby powiedzieć komuś wprost: „To nie Twoja sprawa!”.

Kiedy rozmawiam z koleżankami albo z czytelniczkami, często słyszę od nich, że najlepiej wychodzi im bycie mamami z dala od oczu innych dorosłych. Kiedy można skupić się na dziecku i na sobie, bez myślenia o tym, że ciocia niezadowolona z niezjedzonej zupy, koleżanka kręci nosem, że wychodzimy z imienin tak szybko, sąsiad za chwilę zacznie walić miotłą w sufit, bo niemowlak płacze choć już po północy…

 

Weź coś z nim zrób!

Problemy, które w samotności rozwiązujemy instynktownie, na forum publicznym nabierają dodatkowego jakiegoś ciężaru i przytłaczają naturalne odruchy. To, co normalnie akceptujemy jako zwyczajnie dziecięce zachowanie, pod oceniającym wzrokiem wioski uznamy częściej za fanaberię, kaprys, wymyślanie czy „bycie niegrzecznym”. Staramy się wepchnąć dzieci w sztywne ramy dorosłych oczekiwań. I zamiast wesprzeć, zrozumieć i pomóc tak, jak robimy to zwykle, bardziej jesteśmy skłonni sięgnąć po środki, których normalnie w wychowaniu nie akceptujemy.

Przestań ryczeć, bo popamiętasz! – wysyczymy groźnym głosem, chociaż nigdy nie uderzyliśmy naszego dziecka, a straszenie go to ostatnia rzecz, jakiej chcemy w naszej rodzicielskiej karierze.

Nigdy więcej nie przyjdziemy na plac zabaw, jak się będziesz tak zachowywać! – zagrozimy absurdalnie, wiedząc doskonale, że słowa na pewno nie dotrzymamy, a sam plac zabaw to przecież nie nagroda za dobre zachowanie.

Jak się tak zachowujesz, to idę do domu bez Ciebie! – rzucimy przez ramię i schowamy się za załomem alejki, żeby obserwować dziecięcą reakcję, choć przecież nigdy w życiu byśmy go w tym sklepie nie zostawili i dobrze wiemy, że ten strach niczego dobrego go i tak nie nauczy.

Presja społeczna, ta milcząca czy zupełnie głośna, sprawia czasem, że zachowujemy się w sposób, który nasz wewnętrzny głos zdecydowanie potępia.  Bo przecież wszyscy tak robią, bo co sobie pomyślą, bo muszę coś zrobić…

 

Strach zaślepia!

To może nie być paniczny strach, ale ta obawa siedzi w nas głęboko i bardzo trudno sobie z nią poradzić. Zwłaszcza, jeśli wychowujemy dzieci w sposób odbiegających od powszechnie przyjętych, uświęconych tradycją standardów. Te metody, które świetnie sprawdzają nam się w domu, na forum publicznym odbierane są jako pobłażanie, uleganie, poddawanie się manipulacji. Jako brak działania. I chociaż wiemy, że ONI nie mają racji, to tym IM często zaczynamy ulegać. Zostawiając nasze dziecko gdzieś tam, samotne po drugiej stronie barykady. Jak wroga, a nie sprzymierzeńca, który czeka na nasze wsparcie. A przecież to nie o to w tym wszystkim chodzi!

Macierzyństwo samo w sobie jest niesłychanie trudnym zadaniem, ale macierzyństwo pod pręgierzem ludzkich spojrzeń staje się o niebo trudniejsze. I chociaż możecie się pod nosem uśmiechnąć, że trzeba po prostu przestać słuchać głupich komentarzy, to wystarczy się rozejrzeć dookoła, żeby zobaczyć, jak bardzo to niełatwe zadanie. Bo możesz zignorować jedną, drugą, trzecią, czwartą nieprzyjemną uwagę, ale potem one, kropla po kropli, zaczynają drążyć szczeliny w Twojej wierze w siebie i we własne kompetencje. Wspaniale, jeśli potrafisz się na nie uodpornić, uszczelnić swoją powłokę i robić swoje bez patrzenia na innych. Gorzej, jeśli powoli słabniesz i zamiast cieszyć się macierzyństwem wyglądasz ataku z każdej strony, może już nawet i tej, z której on wcale nie musi nadejść.

 

Czego boi się każda mama?

O hejcie wśród matek i wobec matek mówi się dużo i bardzo dobrze, że tak jest. Bo widzę wokół siebie mnóstwo młodych, mądrych, świadomych mam, które coraz częściej oglądają się ze strachem przez ramię. Zamiast patrzeć przed siebie – na swoje dziecko i działać w zgodzie z własnym instynktem.  Bo boją się usłyszeć, że jako matki zawodzą. Bo boją się usłyszeć, że z ich dzieci są “niegrzeczne”.

Trzeba dużo siły, dużo pracy nad sobą, żeby odrzucić ten strach przez przed etykietką złej matki czy niegrzecznego dziecka, ale przecież warto. Bo koniec końców te sąsiadki, koleżanki i inne mądre głowy odejdą swoimi drogami, a my – tylko my – zostajemy ze swoim dzieckiem i swoją odpowiedzialnością ze nie i za jego przyszłość. Dobrze by było, żebyśmy mogły sobie i jemu powiedzieć kiedyś, że zrobiłyśmy wszystko, co było dla niego najlepsze. Najlepsze według nas, a nie jakiejś ciotki klotki.

I takiej asertywności Wam i sobie życzę!

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

Skomentuj