Czego dowiedziałam się dawno temu w Tuluzie?

with 14 komentarzy

w Tuluzie, GaronnaJak niektórzy z Was wiedzą, dawno temu studiowałam polonistykę. W pewnym momencie stwierdziłam, że duszę się w tym światku, w dyskusjach nad poetyką, w przeciąganiu liny o to, czy mogę pisać pracę o Sapkowskim i Tolkienie oraz gdzie jest granica prawdziwej literatury. Byłam bliska rzucenia wszystkiego w cholerę, ale – w zasadzie z dnia na dzień – podjęłam inną decyzję. Wyjechałam do Tuluzy. Teoretycznie na pół roku, w tajnej wizji może i na zawsze…

 

Przed wyjazdem o Tuluzie wiedziałam tyle, co wyczytałam na Wikipedii i w przewodnikach. Duże miasto na południu Francji, prężnie działający ośrodek studencki, ożywione życie towarzyskie, zabytkowe budowle i pierwszoligowa drużyna piłki nożnej. To mi wystarczyło. Z czasem poznałam miasto znacznie lepiej. Spacery wąskimi uliczkami, brzegiem Garonny i nad malowniczymi kanałami, strzeliste wieże katedry Saint-Étienne i wyjątkowego kościoła St-Sernin, niezwykłe muzeum w Klasztorze des Jacobins… – takich pocztówkowych migawek mam pełno w głowie. Tak, w głowie, bo nie były to jeszcze czasy cyfrówek, więc zdjęć przywiozłam ze sobą dokładnie jedną kliszę 36-klatkową. Ale poza walorami edukacyjnymi i turystyczno-krajoznawczymi, dowiedziałam się w czasie tego wyjazdu dużo więcej.

Kiedy teraz o tym myślę, mam ochotę złapać się za głowę. Chociaż nie był to mój pierwszy zagraniczny wyjazd, to w sumie pierwszy raz wybrałam się gdzieś zupełnie sama. I – jak się okazało – totalnie zielona… Research na poziomie zero. I chyba usprawiedliwia mnie tylko to, że dostęp do internetu miałam wtedy ograniczony do kafejek internetowych i gościnnych posiedzeń przy komputerze kolegi z akademika. Dodajmy, że był to jedyny na całym piętrze komputer podpięty do sieci…

w Tuluzie

Dworzec dworcowi nierówny

Także ten. Wyobraźcie to sobie. Jest wrzesień. Dawno po północy, kiedy dojeżdżamy na dworzec autobusowy w Tuluzie. Plan jest bardzo prosty – kupić jakąś mapę, zorientować się w informacji w temacie komunikacji miejskiej i podjechać autobusem prosto pod bramy akademika. Tylko że – i tu pierwszy zonk – okazuje się, że dworzec dworcowi nierówny, a temu tutaj bardzo daleko do paryskich czy nawet krakowskich standardów. Krótko mówiąc, nie tylko nie ma tu żadnej informacji czy otwartej kasy, ale w ogóle cały dworzec zamyka właśnie swoje podwoje. Ciężka krata opada z hukiem za moimi plecami, kiedy z wypakowanym po brzegi plecakiem stoję w ciemności zastanawiam się, co do cholery mam ze sobą teraz zrobić.

Okolica nie wygląda szczególnie zachęcająco, autobusów ani widu, ani słychu. Nawet taksówek brak! Przy dworcu! To sobie zafundowałam życiową przygodę – myślę gorzko. I chyba tylko moje głupie szczęście sprawia, że właśnie wtedy słyszę nazwę mojego akademika. Okazuje się, że nie tylko ja jestem ofiarą losu i w dokładnie takiej samej sytuacji jest sympatyczna Polka (nazwijmy ją Ola) ze swoim chłopakiem. Na szczęście ona ma przynajmniej mapę. Dynamiczny kilkukilometrowy spacer z ogromnym bagażem na plecach pamiętam do tej pory. I – choć brzmi to absurdalnie – od tamtej pory nocne włóczęgi po Tuluzie stały się moich chlebem poprzednim.

w Tuluzie

Nie trzeba znać języka obcego, żeby studiować w Tuluzie

Chociaż maturę z francuskiego zdałam nawet nieźle, to do Francji wyjeżdżałam ze sporymi obawami. Zwłaszcza, że nasłuchałam się o dziwnym południowym akcencie. I oto jedziemy. Po przesiadce w Nicei na pokładzie autobusu – jak mi się wydaje – sami Francuzi. Obok mnie zasiada młody, sympatyczny chłopak. „Super – myślę sobie. – Będzie okazja rozruszać się językowo” (bez podtekstów, zboczuszki małe!). Nieznajomy przedstawia się, zaczyna mówić, a ja… Z przerażeniem odkrywam, że nie rozumiem niemal nic! Nie dość, że mówi szybko, to jego wymowa, jego akcent różni się od wszystkiego, co kiedykolwiek słyszałam. No pięknie… Z pojedynczych słów, które udaje mi się rozpoznać, bardzo mniej więcej łapię sens tego, o czym chłopak mówi, i reaguję półsłówkami i mimiką. W myślach przeklinam moment, kiedy wpadałam na genialny pomysł wyjazdu do Francji. Trzeba było siedzieć w domu!

Jestem już bliska łez, kiedy w końcu autokar zatrzymuje się gdzieś na trasie. Chłopak wstaje, zbiera swoje klamoty i wręcza mi swoją wizytówkę, zapraszając do odwiedzin „przy okazji”. Wysiada a ja gapię się w okno przerażona do granic możliwości. Machinalnie zerkam na wizytówkę. Kątem oka wyłapuję jedno zrozumiałe słowo – Portugal. PORTUGAL. Zajmuje mi chwilę, żeby zrozumieć, że koleś, który niemal przyprawił mnie o językowy zawał, przez cały czas mówił do mnie PO PORTUGALSKU. „Czyli nie jestem tępa, tylko genialna” –pocieszam sama siebie, bo cóż innego mi pozostaje…

Ale wiecie co? Okazuje się, że znajomość francuskiego naprawdę nie jest konieczna, żeby studiować w Tuluzie. „Ja…. chcieć… dokument” – sylabizuje młody Hiszpan w sekretariacie, skrupulatnie sprawdzając każde słowo w słowniku. „Ja… chodzić… biblioteka. Chcieć” – wtóruje jego koleżanka z takim wysiłkiem, że sama zaczynam się pocić. Ale pani sekretarka bez mrugnięcia okiem wydaje im potrzebne papiery. Zresztą ich urokowi osobistemu generalnie trudno się oprzeć, o czym przekonam się jeszcze niejednokrotnie podczas wspólnych kursów. M.in. francuskiej literatury współczesnej. Dla zaawansowanych…

w Tuluzie

Piętro ma znaczenie

Szybko okazuje się, że akademik, w którym mieszkam, funkcjonuje inaczej niż ten krakowski. Piętra nie są koedukacyjne. Na pierwszym panowie, na drugim panie, na trzecim panowie, na czwartym panie. Niby szczegół, ale kiedy wracasz z zajęć późnym wieczorem, wysiadasz na niewłaściwym piętrze i widzisz zupełnie nagiego faceta spacerującego korytarzem z łazienki do swojego pokoju, to szybko się uczysz, że guzik w windzie ma znaczenie.

Podobnego odkrycia dokonuję w jednym z modnych klubów w Tuluzie. Trafiamy tam sporą babską ekipą, w której prym wiedzie tamta Hiszpanka od komunikacji za pomocą słownika. Kilka pięter dobrej muzyki, kolorowych świateł, roztańczonych ludzi. Kiedy trafiamy na ostatnie, parkiet jest niemal pełny. Akurat leci jedna z „naszych” piosenek, więc szybko dołączamy do tłumu. „Kurczę, jacy tu wszyscy mili” – mówię do Oli, kiedy jedna, druga, trzecia dziewczyna serdecznie się do mnie uśmiecha, albo dosiada na pogawędki do naszego stolika. Miła odmiana po podrywaczach z pięter wyżej, przed którymi musiałyśmy się ewakuować! Dopiero dobre kilka piosenek później okazuje się, że te sympatyczne dziewczyny szukają dokładnie tego samego, co spławieni wcześniej panowie. Od blondwłosej kelnerki dowiaduję się, że to piętro klubu jest przeznaczone dla szukających przygód homoseksualistów. Dowiaduję się mimowolnie, bo łapię ją na tym, że próbuje włożyć karteczkę ze swoim numerem telefonu do tylnej kieszeni moich dżinsów…

w Tuluzie

Autostop nie jest dla mnie

Nie miałam wcześniej okazji podróżować autostopem, ale poznana na dworcu Ola z koleżankami namawia mnie na wspólną wycieczkę do Carcasonne. A ponieważ to bajkowe, średniowieczne miasteczko oczarowało mnie w filmie „Robin Hood – książę złodziei”, nie zastanawiam się zbyt długo. Zresztą odległość – 90 kilometrów – wydaje się bardzo rozsądna, jak na autostopowy debiut. WYDAJE SIĘ. Na pierwsze auto nie czekamy długo, ale szybko okazuje się, że najlepiej będzie się rozdzielić na dwie pary. Problem w tym, że o ile jedna dwójka szybko łapie stopa, o tyle druga musi czekać, czekać i czekać. Druga, czyli moja. Zawsze moja. Niezależnie od tego, jak byśmy się nie podzieliły. Fatum jakieś, czy co?

Nareszcie udaje nam się dotrzeć na miejsce. Włóczymy się leniwie wąskimi uliczkami, podziwiamy zamek, katedrę, fontanny i kościoły. Jest idealnie. Słonecznie. Spokojnie. W końcu jednak trzeba wracać. Na początek próbujemy wszystkie razem, ale ani jedno auto nie zatrzymuje się na widok uniesionych kciuków. Rozdzielenie się też nie przynosi rezultatu. Zaczyna się ściemniać i sytuacja robi się mało przyjemna. Jesteśmy już bliskie rozpaczy, kiedy zatrzymuje się przed nami wypasione BMW. Kierowca w typie mafiosa, ciemne okulary, skórzana tapicerka, głośno dudniące basy. Wsiadać czy nie wsiadać? W głowie milion nieciekawych scenariuszy, ale skoro alternatywą jest nocleg na poboczu drogi, wielkiego wyjścia chyba nie mamy. Wsiadamy z duszą na ramieniu – jesteśmy cztery, więc chyba damy sobie radę.

Kierowca okazuje się niezwykle rozmowny – pyta o nasze zajęcia i ulubione miejscówki w Tuluzie, ale głównie opowiada o sobie. O swoich ulubionych mafijnych filmach i gangsterskiej muzyce, o polowaniach i ćwiczeniach na strzelnicy oraz swoich dotychczasowych związkach damsko-męskich i nie tylko. O tym ostatnim akurat bardzo szczegółowo. A im bardziej zagłębia się w szczegóły, tym bardziej rośnie nasz niepokój. Na szczęście pan okazuje się tylko i wyłącznie gawędziarzem, na tyle zresztą sympatycznym, że zbacza ze swojej drogi i dowozi nas bezpośrednio pod bramy akademika. Żeby nas jakiś zboczeniec nie napadł.

I chociaż po tym podejściu mam serdecznie dość autostopu, korzystam z niego jeszcze jeden raz. Kiedy pewnego dnia kończę zajęcia późnym wieczorem i okazuje się, że z powodu awarii metra nie mam jak wydostać się z kampusu uniwersyteckiego. Autobusowa komunikacja zastępcza nie jest w stanie rozładować napięcia. Tłum na przystankach rośnie, a robi się coraz później. Na domiar złego zaczyna padać.

Razem z zaprzyjaźnioną Czeszką łapiemy więc na stopa miłą starszą panią, która obiecuje zawieźć nas do centrum. Szybko okazuje się jednak, że kierowcą jest raczej marnym, a orientację w terenie ma taką, że po 45 minutach dalej krążymy wokół kampusu… Wyciągam więc mapę i bawię się w autopilota, podczas gdy koleżanka pilnuje, żeby pani skręcała „w to drugie prawo”. W końcu udaje się dojechać w okolice głównego placu miasta. Oddycham z ulgą na widok znajomego budynku ratusza. Pani proponuje, że zawiezie nas aż pod akademik, ale jakoś wolimy nie ryzykować. Utwierdzam się w przekonaniu, że zdecydowanie wolę autobus. Nie tylko w Tuluzie.

w Tuluzie

Przyjaciel przyjacielowi nierówny

Pobyt w Tuluzie to także ludzie. Różnych narodowości, różnych kultur, różnych języków. Komunikujemy się po francusku, ale stopień znajomości tego języka jest bardzo różny, co prowadzi czasem do nieporozumień. Niektórych zabawnych. Niektórych mniej.

Po francusku „ami” to przyjaciel. I chociaż „petit” znaczy po prostu mały, to „petit ami” to już coś znacznie więcej niż „mały przyjaciel”. To chłopak w sensie sympatii czy ukochanego. Ja o tym wiedziałam, ale jeden z moich ówczesnych przyjaciół, pochodzący z Afryki Cedrick, jakoś zapomniał o tej subtelnej różnicy. Wspólnie spędzany czas, spacery, imprezy w większym i mniejszym gronie dla mnie miały charakter zupełnie neutralny. Bez podtekstów, bez przekraczania granic. Ani ja, ani nikt z naszych znajomych nie pomyślałby, że jesteśmy parą.

I oto najbardziej absurdalna sytuacja mojego życia i nie mam na myśli tylko pobytu w Tuluzie. Przychodzi czas wyjazdu na święta. Przyjaciel odprowadza mnie na dworzec. Pociąg hamuje z piskiem, a on… klęka na peronie i oświadcza mi się. Żebym już na Boże Narodzenie mogła powiedzieć rodzicom o dobrej nowinie. I tak stoimy. A raczej on klęczy, a ja stoję w kompletnym osłupieniu. Do odjazdu pociągu zostaje kwadrans, a ja przez cały ten czas tłumaczę nieszczęśnikowi różnicę między przyjacielem a ukochanym. Wydaje mi się, że skutecznie. Ale tutaj absurd się nie kończy…

Jest drugi dzień świąt, kiedy odzywa się mój telefon. Damski głos po angielsku pyta, czy może rozmawiać z moim tatą. Wrzucam na głośnik i bawię się w tłumacza. Okazuje się, że dzwoni mama mojego niedoszłego narzeczonego z propozycją wielkiego rodzinnego spotkania. Nie dość, że zaprasza mnie do Afryki, to w dodatku chce mnie tradycyjnie wykupić za wielbłąda lub jego równowartość. Albo nawet i za dwa. Sama nie wiem, czy to dużo, ale na szczęście mój tata woli swoją córkę niż wielbłąda. Zresztą, gdzie on by na nim jeździł na tym naszym Dolnym Śląsku? Cedricka nie spotykam nigdy więcej. Ani w Tuluzie, ani gdziekolwiek. A ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

w Tuluzie

Jak święta, to tylko w domu

Pamiętacie, jak pisałam, że ta Tuluza to potencjalnie mogła być na zawsze? Na początku nawet tak myślałam. Sześć miesięcy wydawało mi się za krótkie, powrót bezsensowny. Plan był taki, żeby nie wracać do domu nawet na święta. Przecież minęły dopiero niecałe trzy miesiące. Zamiast wydawać niemałą kasę na bilet, miałam zaaranżować wigilijną kolację na miejscu, w Tuluzie. Z polskimi daniami dla nowych znajomych. Miałam dobrze się bawić, zobaczyć Boże Narodzenie w nowej perspektywie. Miałam.

Aż przyszedł grudzień. Bez śniegu, ale za to w blasku kolorowych lampek. Z zapachem choinek, gorącej czekolady, cynamonu i suszonych pomarańczy. Z Mikołajami. Z ludźmi zaaferowanymi wybieraniem prezentów. I wtedy zrozumiałam, że święta z dala od rodziny to nie jest coś, co potrafię zaakceptować. Że moja wymarzona międzynarodowa wigilia nieuchronnie zmieni się w przepłakaną noc, jak tylko drzwi zamkną się za ostatnim gościem. A może i wcześniej. Że kolędy, zupa grzybowa, wymieniane szeptem życzenia, pasterka są nieodzowne, niezbędne w te dni do szczęścia. I ten opłatek łamany z tymi, których kochasz najbardziej.

Kiedy wysiadałam z autobusu na dworcu w moim rodzinnym miasteczku, z nieba sypał śnieg. I chociaż miałam na sobie tylko lekką kurtkę, a na nogach trampki, nie czułam zimna. Tylko szczęście. DOM. To tam powinno spędzać się święta. I to jest moja odpowiedź na wszystkie propozycje wyjazdów, które miałyby mnie uchronić przed świątecznym rozgardiaszem, wysiłkiem, zamieszaniem.

 

Kiedyś koleżanka zapytała mnie, czy pobyt w Tuluzie coś mi dał. Miała na myśli korzyści naukowe, bo tam zbierałam materiały do pracy licencjackiej. Ale prawda jest taka, że nauczył mnie więcej życiowo niż uniwersytecko. A nade wszystko nauczył mnie, że bycie z dala od rodziny nie jest dla mnie. I że jak święta, to tylko w domu.

 

[Wszystkie zdjęcia wykorzystane we wpisie pochodzą ze strony pixabay.com]

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

 

14 Responses

  1. Justyna
    | Odpowiedz

    Bardzo przyjemnie sie Ciebie czyta! Tez studiuje za granica ale w Wielkiej Brytanii. Podziwiam więc za odwagę! A co do spędzania świąt w domu to się zgadzam w 100%!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 całe studia za granicą to dopiero wyzwanie 🙂

  2. Uwielbiam takie wpisy! Nie tylko suchy opis odwiedzonych miejsc, ale opowiadający jakąś historię, przekazujący prawdziwe emocje i przepleciony zabawnymi anegdotkami 🙂 Zazdroszczę takiej półrocznej przygody w Tuluzie, choć jak widać nerwów nie brakowało. Przy okazji przypomniał mi się mój wyjazd służbowy do Paryża, gdzie też nie miałam mapy (właściwie miałam, ale tylko centrum), a miejsca spotkania było daleko na obrzeżach. Do dziś nie wiem, jak ja tam trafiłam 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję, Aniu 🙂 z dystansu takie przygody wspomina się najlepiej 😂😂

  3. Gdybyś nie pojechała, nie miałabyś tylu ciekawych przygód 🙂

  4. Ewelina
    | Odpowiedz

    Odważna jesteś 🙂 Ja sama boje sie jechac do obcego miasta a co dopiero za granice. pozdrawiam

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Też miałam trochę stracha, jak wyjeżdżałam z domu na studia. Potem było już z górki 🙂

  5. zwiedzaki.pl.tl
    | Odpowiedz

    Ja potrzebowałam pół roku w Anglii żeby się przekonać, że nie da się żyć z dala od rodziny. A święta bez bliskich to już w ogóle… Podziwiam ludzi, którzy się na to decydują.
    Biedny Cedrick… Ale że Twoja rodzina nie chciała wielbłąda? No nie rozumiem jak to możliwe 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Też się dziwię. Ale mój mąż mówi, że jednak warta jestem pięciu wielbłądów 😂😂😂

  6. Ilona
    | Odpowiedz

    Super wpis 🙂

  7. RoMaO
    | Odpowiedz

    A ja powiem krótko: właśnie za to bardzo Cię lubię i szanuję 🙂 Właśnie taką – dość otwartą, trochę szaloną i baaaardzo rodzinną:)

  8. Paulina
    | Odpowiedz

    Ja byłam na Erasmusie w Paryżu. Świetny czas! I mnóstwo szalonych wspomnień i nowe przyjaźnie 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To jest naprawdę niesamowita przygoda. A w Paryżu to już w ogóle niesamowicie dużo atrakcji.

Skomentuj