Czego mogą Cię nauczyć gacie modelujące?

with 2 komentarze

gacie modelująceZdarzają mi się w życiu takie historie, o których obiecuję sobie nigdy, przenigdy nie wspominać nikomu, nawet mojemu Małżonkowi, bo są tak obciachowe, że aż żal. Jak wtedy, kiedy przez pół nocy polowałam na mysz, która okazała się… A zresztą nieważne, czym się okazała. W każdym razie mogliście przeczytać o tym na moim fanpage jakiś czas temu, co najlepiej dowodzi, że jednak nie udało mi się dotrzymać danego sobie słowa i się wygadałam. No bo tak sobie myślę, że w zasadzie co mi zależy. Mnie nie ubędzie, a może komuś rozśmieszę beznadziejny dzień, a może ktoś pomyśli, że w krainie myślących inaczej nie jest sam. W każdym razie, jeśli zaglądacie na mojego bloga w poszukiwaniu rodzicielskich rozważań na poważne tematy, to akurat dzisiaj ich nie będzie.

 

W Łodzi dzisiaj lało.

I jak mówię, że lało, to naprawdę mam na myśli taką ilość wody, że w dwadzieścia sekund przemakasz do samych gaci. Sprawdziłam doświadczalnie, ratując przed utonięciem na balkonie węża morskiego zrobionego z nakrętek od butelek przez moją córkę. No bo przecież nie mogłam pozwolić, żeby zginął na jej oczach. A jeśli Was to dziwi i zamierzacie mi powiedzieć, że plastikowy wąż morski nie mógł utonąć (ani się rozpuścić) w deszczu, to mogę tylko powiedzieć, że ja to wiem, podobnie jak wiem, że nie macie w domu bardzo wrażliwej, ale i bardzo upartej czterolatki. No ale do rzeczy…

Jak już przemokłam do tych gaci, to trzeba było się przebrać. I tak sobie stoję przed szafą (a szafy wcale nie mam takiej pięknej jak szafiarki, że – wiecie ubrania poukładane w kosteczkę, posortowane kolorami i nawet – aż się boję o tym pisać tak wprost, żebyście nie zeszli na zawał – POPRASOWANE! – tylko taką zwyczajną, jak normalny człowiek, który stając przed wyborem żelazko albo mop zawsze wybiera kanapę) i dochodzę do wniosku, że nie mam co na siebie włożyć. Jak prawdziwa kobieta, nie? I nawet mówię to na głos do mojego męża, a on patrzy na mnie, podnosi brew tak powolutku, powolusieńku, i mówi: “No to musisz, kochanie, wybrać się na zakupy”.

 

Dacie wiarę? Na zakupy!!!

“Czy Ty mnie już nie kochasz?” – prawie rzucam mu w twarz, bo przecież on doskonale wie, że wybór między lewatywą a zakupami wcale nie jest dla mnie taki oczywisty, ale widzę, że się śmieje złośliwie. Na szczęście to był taki tylko głupkowaty żarcik. Ufff… Oddycham z ulgą, ale problem się nie rozwiązał. Dalej nie mam co na siebie włożyć. Znaczy – z jednej strony są dresy, ale na nie za ciepło jakby, z drugiej strony – eleganckie sukienki na wielkie albo mniejsze wyjścia. Wszystko to średnio się nadaje do latania po domu wkoło dzieci. A może nie?

Myślę sobie – będę jak ta prawdziwa lejdi! Jak te piękne mamy z Instagrama w ich perfekcyjnych stylówkach, w super czystych, białych kuchniach i z uroczymi dziećmi, które przy gotowaniu uroczo brudzą sobie tylko noski i paluszki, a nie wpychają dżem pod pachy i masło rozsmarowują na plecach siostry. Żeby było jeszcze bardziej stylowo, wygrzebuję z dolnej półki żółtą kieckę bez ramion, no bo lato, słońce, wakacyjne klimaty. A w dodatku ona jest z bawełny, to przecież będzie oddychać, moja skóra będzie dotleniona i dopieszczona, jak muśnięta skrzydłem motyla.
Teraz, z dystansu, myślę sobie, że to wakacyjne słońce musiało mi nieźle przygrzać, skoro nie zaalarmował mnie ani brak ramiączek, ani S na metce.

 

No to wyciągam.

Oooo… Nawet metkę ma jeszcze, chociaż kupiona dobre sześć lat temu. To prawie jakbym jednak poszła na te zakupy – wołam do Małżonka. Niech wie, że nie można się tak bezkarnie głupkowato śmiać, jak się ma taką sprytną żonę. Po wciągnięciu kiecy na swoje krągłości uświadamiam sobie jednak dwie rzeczy. Po pierwsze – że leżała na półce, bo kupiłam ją przez internet i się okazało, że ta żółta bawełenka to jest jednak dość cienka, a grafik musiał się nieźle napracować, żeby na zdjęciach wyglądała na solidną i mięsistą. I chociaż przy tych upałach ta cienkość to może i nie taka zła, ale że za cienkością idzie też prześwitywanie, to już jakby trochę gorzej. Przynajmniej dla tych, co mają dobry wzrok. Po drugie – że leżała na półce od czasów, kiedy byłam o dwie ciąże i dwoje dzieci szczuplejsza. A i wtedy była już obcisła…

No i stoję przed lustrem i podziwiam, kurde, efekt…

Kojarzycie takie szynki w siateczce? W tej takiej przyciasnej, że mięso wychodzi przez oczka siatki? Takie co to wiszą sobie w mięsnym na haku i wyglądają pysznie i apetycznie? No to właśnie patrzę w lustro i wyglądam jak ta szynka, tylko że ze znaczną przewagą szynkowatości nad apetycznością. Tyle z mojego wyglądania jak lejdi, myślę sobie, ale nagle mnie olśniewa. Że przecież gacie modelujące…

 

Dobre gacie modelujące nie są złe?

Mam koleżankę, która twierdzi, że to najlepszy wynalazek ludzkości i że po ich założeniu od razu wyglądasz bardziej seksi, a ja jej wierzę, bo akurat na wyglądaniu seksi to ona się zna jak mało kto. Chociaż przy jej 56 kilogramach przy 170 cm wzrostu takie gacie modelujące w sumie nie mają za wiele do roboty… No ale ad rem…

Grzebię po szufladkach, grzebię po pudełkach i w końcu są. Gacie modelujące, kolor beż. Jeszcze w sklepowym opakowaniu, chociaż już bez metki, bo nawet raz je założyłam w dawnych czasach. Znaczy założyłam na chwilę, a potem zrobiło mi się czarno przed oczami. Okazało się, że pomimo regularnych wizyt na siłowni pięć razy w tygodniu moje mięśnie brzucha nie dają sobie rady z gumowanym ściągaczem i nie mogę oddychać. A tak serio, to albo nie trafiłam z rozmiarem, albo po prostu byłam za gruba i nie mogłam się w nich poruszać ani tym bardziej usiąść bez poczucia, że coś właśnie miażdży mi wątrobę. No ale to było dawno, nie? Wprawdzie teraz ważę więcej, ale po drodze wypchnęłam grejfruty przez otwór wielkości śliwki siłą własnych mięśni, więc można zaryzykować stwierdzenie, że pierwszy bieg ironman mam za sobą.

 

Ociekając seksem

No to wciągam moje gacie modelujące… A nie, wróć. Najpierw mówię do Małżonka, że idę je wciągać i jakby usłyszał głuchy łomot z łazienki, to ma mi rozciąć gumę od gaci i zrobić usta-usta, choćby nawet bardzo nie miał na to ochoty. Patrzy na mnie jakoś dziwnie, kiwa potakująco głową, a potem wraca do komputera. Pewnie sprawdza w porównywarce cen koszt usług adwokata rozwodowego. Zaraz się jednak zdziwi, zaraz zmieni zdanie, jak mu zacznę ociekać tym seksem. Więc wciągam te gacie modelujące, na bezdechu rzecz jasna, co akurat niewiele zmienia w kwestii objętości ud, niestety. Ale jakoś daję radę. Metodą ślizgająco-rozwijająco-stękającą udaje mi się ujarzmić obszar od pod biustem do połowy ud. Teraz jeszcze tylko kiecka i cud miód malina.

I tak sobie stoję przed lustrem. W moich zmieniających w seksbombę gaciach modelujących i zmieniającej w instagramową mamę sukience. Jest efekt, kurde, jest. Oszałamiający. Wprawdzie oddycham z trudem i w myślach żegnam się z żebrami (czy one w ogóle są jakieś takie bardzo potrzebne?), ale już nie wyglądam jak szynka. O nie. Zamiast fałdek równomiernie rozłożonych na całej powierzchni obleczonego sukienką ciała, mam naprawdę coś w rodzaju talii osy. Gorzej, że nad nią i pod nią utworzyły się takiej jakby koła do pływania, co może byłoby praktyczne, gdybym nie potrafiła pływać i wybierała się na basen, a nie żeby powalić na kolana męża…
Bary jak u Pudziana, tylko bez mięśni oczywiście, i nogi jak… hmm… Tutaj nawet moja wyobraźnia się kończy, no bo jak opisać taką sytuację, gdy tłuszcz z pośladków i ud kumuluje się w jednym miejscu tworząc jakby kulę na szczycie patyka. Lizak, kurde?!?

 

Wyginam śmiało ciało

I tak się wyginam przed tym lustrem, oglądam z profilu, oglądam od frontu. Gacie modelujące robią robotę – z każdej strony wyglądam tak samo ciulowo. Może i  nawet trochę jak klepsydra, jeśli oczywiście dobrze przymrużyć oczy i spojrzeć pod właściwym kątem, ale jednak te gacie modelujące nie odsysają tłuszczu, tylko przemieszczają go w inne okolice…

Chociaż wymaga to tyle energii, że fitness mogę sobie na jakiś czas odpuścić, ściągam gacie modelujące. Wolę chyba być dumną z siebie szynką niż wybrakowaną klepsydrą z połamanymi żebrami na bezdechu. Zrezygnowana wychodzę z łazienki, a tu słodki głosik mojej córki woła “mamusiu, jak ty pięknie wyglądasz w tej sukience!”.

O kochana dziewuszko! Lejesz miód ma matczyne serce! A więc to po to rodzi się dzieci! – mam ochotę zawołać, ale tylko się uśmiecham. I uruchamiam proces myślowy. Dzieci są szczere, nie? No to może jednak nie jest tak źle? Może w tej łazience kiepskie światło? Może za bardzo jestem samokrytyczna? Trzeba to sprawdzić.

Jak na wyborach miss świata staję więc przed jednoosobowym jury w postaci Małżonka, wciągam brzuch, olśniewam uśmiechem i urokiem osobistym, czekam na lawinę komplementów. I słyszę.
– A wiesz, kochanie, że w tej kiecce sutki chowają ci się POD piersiami?

Czyli to prawda. Dla facetów liczą się tylko cycki.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. Agnieszka
    | Odpowiedz

    Bardzo zabawne. Na prawdę się uśmiałam. Dziękuję,:)

Skomentuj