Czego nauczył mnie tata?

with 2 komentarze

czego nauczył mnie tataZe wszystkich dobrych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w życiu, jedną z najlepszych jest bycie córką wspaniałego taty. Ciepłego, dobrego, wspierającego. Otwartego na świat. Zaangażowanego w wychowanie dzieci nawet w tamtych czasach, kiedy zadanie to przypisywano głównie kobietom. Mądrego. Mądrego taką mądrością, z której czerpiesz mimowolnie, odruchowo. Którą chłoniesz jak tlen, budując – cegiełka za cegiełką, dzień za dniem – fundament swojego życiowego światopoglądu. I umiejętność bycia szczęśliwym.

 

Ze wszystkich rzeczy, jakich nauczył mnie tata – a można ich wymieniać bez liku, bo talentów mu nie brakuje (Chłopaki, on potrafi naprawić chyba wszystko! Dziewczyny, on prowadzi w walcu tak, że czujesz, jakbyś płynęła!) – bodaj najcenniejszą jest umiejętność powiedzenia sobie dość. Zatrzymania się w dzikim pędzie do “więcej”, “lepiej”, “dalej”. Pochylenia się nad tym, co mamy. Zachwycenie tym, co już udało się zdobyć. Bycie szczęśliwym tu i teraz. Nawet jeśli nie jest idealnie. Nawet jeśli można by doszukać się jakichś minusów i braków. Nawet jeśli obiektywnie do pełni szczęścia mogłoby czegoś brakować.

Jemu te braki nie przeszkadzają. On potrafi jasno wyznaczyć swoje priorytety. Skupić się na dobrym. Celebrować życie.

 

Celebruj chwile

W tym świecie pędzącym do perfekcji, do sukcesu, do kolejnych cyferek na koncie, nikt tak wspaniale jak on nie praktykuje cennej sztuki “wisimito”. Przypominając, że nie warto się porównywać.  Że nie liczą się inni, tylko my sami.
Że nie trzeba mieć ciągle więcej i więcej, bo często wystarczy mieć… wystarczająco.
Że tam, gdzie dla innych za mało, ciągle za mało, dla nas może być zupełnie w sam raz.

Nikt tak, jak on, nie potrafi zmienić leniwej rozmowy i kawki zagryzanej ciasteczkami na balkonie w poranny rytuał idealnie otwierający każdy weekend.
Nikt tak, jak on, nie potrafi prostych wakacji pod namiotem zaczarować w najlepszą letnią przygodę, która z głowy wypiera wszystkie zagranice, all inclusive i luksusowe resorty razem wzięte.
Nikt tak, jak on, nie potrafi z podróży rozklekotanym dużym Fiatem w kolorze pomarańczy w rytm disco polo odgrywanego ze starego kaseciaka zrobić wyprawy na drugi koniec tęczy, przy której chowają się wszystkie klimatyzowane limuzyny i inne płonące rydwany.

 

Żyj dla siebie

Od kiedy pamiętam, wtłaczał mi w głowę – nie, nie słowami, ale swoją konsekwentną postawą! – że nie liczy się, co powiedzą, co pomyślą, co zrobią inni. Że to nasze życie, nasze prawo do decydowania o sobie, nasze prawo do szczęścia. Że tak długo, jak nie krzywdzimy innych, możemy wszystko, nic nie musimy.

Jak wtedy, kiedy zdecydował się (a były to lata osiemdziesiąte!) zostać z nami w domu na urlopie wychowawczym, choć niektórym nie mieściło się w głowie, że chłop się dziećmi zajmuje, a baba chodzi do roboty. A on i tak zrobił to, co razem z mamą uznali za słuszne, i w roli pełnoetatowego taty spisał się znakomicie.

Jak wtedy, kiedy – wbrew gderaniu mamy – z uporem wyciągał z czeluści szafy swoją ukochaną flanelową koszulę – wyciuchaną i wytartą – bo jest najwygodniejsza, chociaż zużyta. A on nie zamierza się z nią rozstawać tylko dlatego, że ktoś pomyśli, że wygląda niewystarczająco wyjściowo.

Jak wtedy, kiedy zakochałam się w prostej czerwonej sukience, ale wahałam się, czy założyć ją na studniówkę, bo będzie mniej strojna od kreacji koleżanek. A on powiedział mi, że sukienki innych nie mają żadnego znaczenia, bo liczy się to, co mi się podoba i w czym ja czuję się dobrze.

Jak wtedy, kiedy ani słowem nie skrytykował jednej z moich sympatii, tylko z wyrozumiałością pozwolił wybierać, żyć i doświadczać po swojemu i na własny rachunek. A szampana z radości otworzył dopiero po tym, jak już z tamtą sympatią skończyłam.

 

Dlaczego tata jest taki ważny? Bo jest!!!

 

Jak wtedy…

Te przykłady można by mnożyć i mnożyć w nieskończoność, bo przecież bycie tatą polega też na tym – może właśnie na tym – że w każdej chwili, w każdym słowie, w każdym geście wtłaczasz do dziecięcych głów i dusz życiową perspektywę, którą zabierają ze sobą na dalszą drogę. Jasno pokazujesz priorytety. Wpajasz, że rodzina, że dom, że miłość na drabinie wartości daleko za sobą, daleko, daleko w cieniu zostawiają wszystko inne. A zwłaszcza to, co można kupić.

Troskę, zaangażowanie, wspólnie spędzone minuty i godziny przekuwasz na podstawę relacji, na fundament bliskości, która towarzyszy ci potem przez całe życie. Nawet kiedy dzieci już dawno dorosłe. Nawet kiedy dzielą kilometry.

Ze wszystkich dobrych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w życiu, jedną z najlepszych jest bycie córką wspaniałego taty. Idealnego człowieka? Pewnie nie, bo przecież każdy ma swój bagaż przywar i niedoskonałości. Idealnego taty? Bez wątpienia.

 

Jak dziś…

Łatwo jest idealizować czasy dzieciństwa, wypierać z pamięci negatywy, dopieszczać piękne, radosne momenty. Trudniej w dorosłym życiu – kiedy troski, nieporozumienia, dystans – odnaleźć czułość, ciepło, sentyment z dawnych lat.

Ja nie mam z tym problemu. Do rodzinnego domu, choć trzydziestka już dawno za mną, wracam nadal jak na skrzydłach. W moim tacie, choć niedługo stuknie mu sześćdziesiątka, widzę ciągle tamtego faceta sprzed lat. Przystojnego, zaradnego, inteligentnego, zabawnego, opiekuńczego, zaangażowanego. Wspierającego zawsze i niezależnie od wszystkiego. Kochającego bezwarunkowo.

Najlepszego.

 

Dziękuję, Tato!

 

A jaka jest najważniejsza rzecz, jakiej nauczył Was tata?

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    No, piękny tekst 🙂 Cieszę się bardzo, że masz takiego wspaniałego Tatę! Mój Tato nauczył mnie też wielu rzeczy:
    że robota jest skończona wtedy, kiedy się po niej posprząta,
    że kiedy coś robimy, to róbmy to najlepiej jak umiemy albo… wcale się za to nie zabierajmy,
    że umiar we wszystkim wychodzi na dobre,
    że cierpliwość i ciężka praca zawsze popłaca,
    że to ja i tylko ja odpowiadam za jakość swojego dorosłego życia
    i wiele, wiele innych rzeczy.

    I jednego tylko sobie nie wyobrażam – by do mojego teścia mówić tato…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Mądrych rzeczy nauczył Cię tata 🙂
      Z tym zwracaniem się do teściów w języku polskim generalnie mamy chyba problem. Pan/pani brzmi bardzo oficjalnie, po imieniu w naszej kulturze raczej się nie mówi do starszych (bo często to się odbiera jako brak szacunku), a z kolei mamo/tato dla wielu jest nieakceptowalne – zwłaszcza jeśli relacje nie są szczególnie ciepłe. I potem trzeba jakoś lawirować :/

Skomentuj