Czy dam sobie radę z dzieckiem?

with Brak komentarzy

czy dam sobie radę z dzieckiemKiedy na teście ciążowym pojawiają się dwie kreski, zaczyna się okres oczekiwania. To Twoja pierwsza ciąża, więc zapewne odliczasz kolejne tygodnie, w specjalnej aplikacji sprawdzasz, czy twój maluszek ma już rzęsy i potrafi ssać kciuk, delektujesz się pierwszymi ruchami, kompletujesz wyprawkę. W miarę, jak płynie czas, jak zbliża się moment porodu, gdzieś obok radości i ekscytacji pojawia się niepokój, strach nawet. Jak to będzie? Czy się sprawdzę? Czy będę potrafiła przebrać, wykąpać, nakarmić, utulić to wyczekane maleństwo? Czy dam sobie radę z dzieckiem?

 

Sprawy nie ułatwia często i otoczenie, straszące wizją porodu i poporodowego armagedonu (o sposobach na ten aramgedon poczytasz tutaj). Opowieści ciotki Zośki o trzynastu szwach założonych jej na żywca, wspomnienia sąsiadki z góry o kolkach i trzech nieprzespanych miesiącach, żarciki internetowych koleżanek o konieczności wyhodowania sobie trzeciej ręki. I nawet jeśli to tylko anegdotki, i nawet jeśli to tylko żarciki, często wcale one nie pomagają. Bo są takie momenty, kiedy na pytanie „czy dam sobie radę z dzieckiem?” chciałoby się usłyszeć jedną tylko odpowiedź – po prostu „nie martw się, młoda mamo, dasz sobie radę!”

 

Boimy się wszystkie

To naturalne. To powszechne. Kiedy przychodzi taki moment w życiu, że zmienia się w nim niemal wszystko. Kiedy mały człowieczek łapie Cię pierwszy raz za palec, a Ty – obok ogromnej miłości – czujesz ciężar odpowiedzialności, która będzie z Tobą już na zawsze. Kiedy obok radości, dumy i niesamowitych pokładów euforii, pojawiają się pierwsze problemy, wątpliwości, dylematy. To pytanie, czy dam sobie radę z dzieckiem, dudni w głowie już w ciąży, ale utrzymuje się często jeszcze długo, długo po porodzie.

Boimy się, bo nam zależy. Boimy się, bo chcemy dla nich – dla tych naszych małych skarbów – jak najlepiej. Boimy się, bo wiemy, że nasze błędy odbiją się nie tylko na nas, ale przede wszystkim na nich.
Taki strach to nie powód do wstydu.

 

Historia tyleż autentyczna, co wstydliwa…

Do dziś pamiętam, i to jedno z moich najbardziej bodaj żenujących wspomnień ciążowych, jak w szkole rodzenia mieliśmy zajęcia z kąpieli noworodka. Położna pokazała najpierw na lalce, jak powinno to wyglądać, a następnie przekazała bobaska nam, spanikowanym mniej lub bardziej debiutantom, żebyśmy mogli poćwiczyć. Warto dodać – że kąpać mieli tatusiowie, a mamusie obserwować i służyć radą.

Procedura była mniej więcej taka: mycie buzi wacikiem zamoczonym w wodzie przegotowanej, mycie całego ciała w wanience, wycieranie, pielęgnacja pępka, krem, ubieranie. Niby proste, nie? O jeżu pięciopalczasty, jak nam się wszystkim ręce trzęsły. Ileż to utarczek, awantur niemal nad tymi wanienkami się odbyło. Bo najpierw przecież miałeś umyć głowę a nie nogi. Albo najpierw za uchem a potem szyję. I, o matko, o matko, zapomniałeś o drugim uchu. Jakby, kurde, dziecko miało eksplodować w efekcie umycia kończyn w innej niż JEDYNA WŁAŚCIWA kolejność. I teraz uwaga, wchodzę ja, w hormonalnej burzy i z początkującym zwapnieniem zwoja mózgowego, i jest dramat. Bo mój mąż nie odcisnął wacika z wody i zalał buzię bobasowi… No serio… Czy wy to czujecie! Buzię lalce zalał, a ja w rozpaczy i panice. Bo co dalej? Bo miałeś odcisnąć! Przecież pokazywała pani, że odcisnąć trzeba! Człowieku, dziecko nam utopisz, to nasze plastikowe.

Czy damy, czy dam sobie radę z dzieckiem, skoro nie umiemy go nawet wykąpać zgodnie z zasadami?
I żeby na tym się sprawa skończyła, to jeszcze by może było OK, bo małżonek jest tyleż tolerancyjny co niepamiętliwy. Ale nie, przecież nasz noworodzio ma mokrą buzię. MOKRĄ! Halo, czy ja mogę wezwać karetkę, bo mi się dziecko na buzi pomoczyło? Nie, no żartuję. Po karetkę nie zadzwoniłam, ale z tym moim ciążowym brzucholem lecę do położnej-instruktorki mistrzyni i jedynej wyroczni kąpielowych procedur. I – serio, nie ściemniam – ja się jej w tym moim kąpielowym dramacie PYTAM, co ja mam zrobić, jak mąż nie odcisnął wacika i zalał bobasowi twarz. CO JA MAM ZROBIĆ?!?! A ona, ze stoickim spokojem, jakby to pytanie było zupełnie, najzupełniej naturalne na świecie – co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie byłam pierwszą ofiarą mamoparanoi na jej drodze – odpowiada “proszę mu wytrzeć buzię ręcznikiem”.

O dobra kobieto, ocaliłaś moje dziecko! Wołam w duchu do siebie, a potem z przejęciem – doturlawszy się uprzednio do swojego stanowiska – przekazuję drogocenne wskazówki mojemu mężowi, który – równie spokojnie jak położna – odpowiada, że przecież już dawno tę buzię wytarł…
Także ten. Myślenie, tylko myślenie może nas ocalić!

 

Boimy się, a strach czasem ogłupia

Niepokój i strach sprawiają, że wyłącza się nam czasem zdrowy rozsądek. W desperackiej gorączce pod hasłem „czy dam sobie radę z dzieckiem” szukamy gotowych recept, poradników, wskazówek, żeby mieć poczucie pewności, że nie popełnimy błędu. Chcemy wiedzieć – wiedzieć NA PEWNO – jak należy kąpać, jak masować, jak pielęgnować pępek, jak dobierać najlepsze pieluszki. I dobrze, bardzo dobrze, że szukamy wiedzy, bo ona daje solidny fundament pod pierwsze wspólne dni, tygodnie, miesiące. Wiedza, ta aktualna i zweryfikowana, to prawdziwy skarb dla młodej mamy. Gorzej jednak, jeśli w tym poszukiwaniu gotowych procedur i regułek, wyłączamy mózg i przestajemy tak po prostu rozsądnie myśleć. Bo obok wiedzy, potrzebne jest coś jeszcze…

 

Boimy się, ale jest sposób, żeby ten strach pokonać

Ten sposób nazywa się intuicja. Może dla niektórych to zabrzmi banalnie, może sztampowo, ale jest w instynkcie macierzyńskim jakaś niesamowita siła, jakaś magia, która otwiera nam oczy i serca. Pozwala zrozumieć niewypowiedziane słowa niemowlęcia, wyczuć potrzeby, zinterpretować gesty nieznaczące dla otocznia. To ona sprawia, że z drugiego końca szpitalnego korytarza rozpoznajemy płacz naszego maluszka. To ona pozwala domyślić się, czy płacze z głodu, ze zmęczenia czy zwyczajnie z potrzeby bliskości. Czasem gdzieś niknie, czasem przygasa pod wpływem stresu czy zmęczenia, ale jest, naprawdę jest, tylko trzeba pozwolić jej przemówić.

W poszukiwaniu gotowych recept i instrukcji czasem same ją zagłuszamy. Słyszymy i wierzymy w te wszystkie “masz za chudy pokarm”, “nie noś, bo się przyzwyczai”, “niech się wypłacze, to mu się płuca wzmocnią”. Chociaż głos w środku mówi – i mówi tak mądrze! – podnieś, przytul, nakarm. Zamiast zastanawiać się „czy dam sobie radę z dzieckiem?” po prostu bądź przy nim i dla niego.

 

Daj sobie czas!

W pierwszych dniach, w pierwszych tygodniach, a może i miesiącach życia maluszka, Twoja, mamo, obecność to najważniejsza rzecz, jakiej on potrzebuje. Twoja bliskość, Twoje ciepło, Twoja wyrozumiałość, Twój zapach i głos. Intuicja rzadko zawodzi mamę. Nie zawodzi nigdy, jeśli podpowiada, żeby być blisko.

Czasem łatwo w intuicję zwątpić. Chcielibyśmy natychmiastowych efektów, prostych rozwiązań działających tu i teraz. Ale tak się nie da. Bo dzieci się różnią. Bo mamy się różnią. Bo okoliczności się różnią. Nie da się wszystkich upchnąć w te same ramki. Noworodek jest trochę jak kosmita. Pojawia się w obcym świecie, mówi niezrozumiałym językiem, jest zagubiony i przestraszony. Równie zagubieni i przestraszeni bywają jego rodzice. I trzeba im czasu, przede wszystkim czasu, żeby mogli się poznać, zrozumieć, wzajemnie się siebie nauczyć. Żeby odnaleźć wspólny rytm w tym nowym, odmienionym życiu i nowej, odmienionej rzeczywistości.

 

Czy dam sobie radę z dzieckiem?

Bycie mamą to przygoda, bycie mamą po raz pierwszy to przygoda może jeszcze bardziej niezwykła. Bo wszystko jest nowe, bo wszystko jest zaskakujące, bo świat odwraca Ci się do góry nogami. W tej przygodzie nie ma dróg na skróty, a zaufanie uproszczonym instrukcjom obsługi jest złudne, a niejednokrotnie niebezpieczne. Może sprowadzić na manowce.
A przecież koniec końców nie chodzi o żadne hipotetyczne dziecko, a o naszego kochanego, wyczekanego, wymarzonego maluszka. Któremu chcemy dać to, co najlepsze. Którego chcemy otoczyć najlepszą opieką. Dla którego chcemy być najlepszymi rodzicami. Na to nie ma recepty w żadnym podręczniku. Więc, droga mamo, jeśli się boisz, to jest ok. Jeśli masz wątpliwości, to naturalne. Jeśli czujesz strach, czy podołasz, to znaczy tylko tyle, że ci zależy.

A jeśli dręczy Cię pytanie „czy dam sobie radę z dzieckiem?”, to zapewniam Cię, ze wszystkie przechodzimy przez to samo. I wszystkie mamy sposób, żeby ten strach pokonać. Przygotuj się – zbierz rzetelne informacje, zweryfikuj swój stan wiedzy, a potem włącz zdrowy rozsądek. Włącz intuicję. Słuchaj swojego dziecka i swojego wewnętrznego głosu. I uwierz mi, młoda mamo, naprawdę dasz sobie radę!

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj