Detektyw do dzieci

with Brak komentarzy

detektyw do dzieckaMama to kilka, kilkanaście ról w jednym. Niania, nauczycielka, przewodniczka, kucharka, sprzątaczka, pielęgniarka… W tych trzech kropkach każda z nas może dorzucić jeszcze kilka stanowisk. Ja dorzucam jedno. Detektyw. I to nie są żarty, i nie o poszukiwanie zagubionych skarpetek tu chodzi, a o coś więcej. O każdą jedną literę. D-E-T-E-K-T-Y-W.

 

D jak dystans

Bo tak często trzeba, jak detektyw właśnie, cofnąć się o krok, spojrzeć z szerszej perspektywy. Nie brać do siebie tych słów, które przecież tak po ludzku sprawić mogą przykrość. Kiedy „nie lubię cię”, „nie jesteś fajną mamą”, „nie chcę z wami mieszkać” wiercą dziurę w głowie i w sercu. A przecież nie ma w nich prawdy, nie ma w nich rzeczywistych zamiarów, tylko całe morze szalejących emocji.

To wtedy właśnie tak ważne jest, żeby do siebie ich nie brać. Żeby nie traktować jak atak tego, co jest przecież krzykiem  bezradności. Wołaniem o wsparcie i pomoc. Żeby cofnąć się o krok poza oko dziecięcego cyklonu, przypomnieć sobie, że tak naprawdę nie o nas tu chodzi. Nabrać – na chwilę chociaż – dystansu, żeby móc wrócić ze wsparciem, ze zrozumieniem. Z empatią.

 

E jak empatia

Bo bez niej nie dało by się znieść tych problemów, dla dziecka poważnych przecież, które z dorosłej perspektywy przekraczają wszelkie granice absurdu. Kiedy banan wykrzywiony w niewłaściwym kierunku. Kiedy skarpetka drapie w stopę. Kiedy nagle strach iść do przedszkola, z którego wczoraj wychodziło się z uśmiechem od ucha do ucha.

To wtedy właśnie tak ważne jest, żeby otworzyć się na dziecięce przeżywanie. Jak detektyw poszukać innego punktu widzenia. Kucnąć, spojrzeć w oczy zapłakanego trzylatka i utulić smutek, który czasem tak trudno zrozumieć. Przyznać, że coś może być trudne, frustrujące, niepokojące, nawet jeśli nie dla nas, to przecież dla niego. Podzielić się swoimi emocjami, wesprzeć pokrzepiającą opowieścią. Albo obecnością po prostu. Pomóc nieść ciężar, który na małych ramionach tak trudny do dźwignięcia. Przyjąć bez oceniania.

 

T jak tolerancja

Bo to ona pomaga zrozumieć – i nauczyć – że to takie normalne się różnić. Że ani to gorzej, ani lepiej, że Kasia biegnie przed siebie z uśmiechem, a Wiktor stąpa ostrożnie i nieśmiało. Że ciocia zajada się buraczkami, a wujek nie wytrzyma bez mięsa. Że młodsza siostra nie zaśnie inaczej niż w absolutnych ciemnościach, a młodszy brat potrzebuje małej lampki, która przegania nocne potwory.

To właśnie ta tolerancja pozwala otworzyć się na inne niż nasze, dorosłe, postrzeganie świata. Wziąć poprawkę na to, że dziecko może chcieć inaczej, może czuć inaczej, może mieć inne potrzeby. I uznać je za równie ważne w rodzinnym uniwersum, którym rządzą przecież na co dzień rodzicielskie wybory i preferencje.

 

E jak emocje

Bo to one są dominantą rodzicielskiego świata i jego kluczem. Emocje własne, emocje innych, emocje dziecka. W ich plątaninie tak łatwo się zgubić. Pod ich wpływem zrobić rzeczy, których żałujemy. Dzięki nim możemy otworzyć się na innych i spojrzeć na świat z nowej perspektywy.

Nauczyć dziecko, jak je zidentyfikować i jak sobie z nimi radzić, to jedno z najważniejszych rodzicielskich zadań. I jedno z najtrudniejszych. Bo mały człowiek to zwykle chodząca emocjonalna bomba. Bo często swoim emocjom ulega. Bo często sam nie wie, co czuje i o co mu chodzi. A my właśnie możemy pomóc mu się odnaleźć. Zamiast etykietować, zamiast skazywać na karne jeżyki i nazywać niegrzecznym, możemy wyciągnąć do niego rękę i, jak detektyw, jak przewodnik, poprowadzić do wyjścia z labiryntu. Nie raz, nie dwa, ale setki i tysiące razy. Tyle, ile trzeba, żeby w końcu samo opanowało tę sztukę.

 

K jak kamuflaż

Bo pod tym, co na wierzchu, często kryje się cały ocean tajemnic. Bo trudne zachowanie może być wyrazem i przykrywką dla trudności, kłopotów i potrzeb, z których dziecko samo nie zdaje sobie sprawy. Których nie potrafi nazwać i wskazać.

To nasza, rodziców, rola, żeby zmienić się w detektywa i przejrzeć ten kamuflaż na wylot. Zobaczyć, co się kryje za łzami, za złością, za nerwowym śmiechem. Albo za pozorną grzecznością, która okazać się może nie spokojem, a podszytym strachem zamrożeniem. Jak detektyw zbieramy więc poszlaki, idziemy po śladach, gromadzimy tropy, żeby ułożyć elementy niełatwej często łamigłówki. Żeby zrozumieć i dociec prawdy tam, gdzie inni zobaczyli już niegrzeczność i efekt bezstresowego wychowania.

 

T jak takt

Bo stąpamy często po cienkiej linie. Gdzieś pomiędzy byciem uważnym a byciem nadopiekuńczym, byciem pomocnym a wyręczaniem, byciem obecnym a przytłaczaniem. W poszukiwaniu złotego środka, staramy się pogodzić potrzeby dziecka z własnymi granicami. Własne obawy i doświadczenia, z duchem odkrywców i eksperymentatorów, jaki drzemie w naszych pociechach.

Trzeba dużo taktu, żeby wyczuć, kiedy jesteśmy potrzebni, a kiedy poradzą sobie bez nas. Domyślić się, kiedy nalegać i drążyć, a kiedy zostawić w spokoju. Zrozumieć, czy za milczeniem kryje się nieme wołanie o pomoc, czy też prośba o chwilę samotności. Taktownie zrobić krok w tył czy raczej dwa do przodu, żeby pokazać, że jesteśmy blisko? – oto jest pytanie, które powtarzamy sobie dzień za dniem.

 

Y jak yeti

Bo gonimy za byciem idealną mamą, idealnym tatą, podczas gdy ten ideał jest jak yeti właśnie. Można go szukać, gonić za nim, wypatrywać jego śladów. Ale nikt go nigdy nie widział i pewnie nie zobaczy.

I właśnie dlatego trzeba zrozumieć, im szybciej tym lepiej, że ta pogoń tyleż jest frustrująca, co niepotrzebna. I zamiast biczować się, że do ideału tak nam daleko, starać się być po prostu najlepszym, jak się da. Na miarę swoim możliwości, na miarę dziecięcych potrzeb. Pomimo błędów i porażek.

 

W jak wyrozumiałość

Bo tak bardzo nam jej potrzeba. Dla dzieci i dla nas samych. Żeby dać sobie i im przyzwolenie na gorsze momenty, dni, czasem i tygodnie. Zrozumieć, że to nie „robienie na złość”, nie „manipulacja”, nie „próba sił”, a wspólne funkcjonowanie, docieranie się, życie po prostu.

Bo to ona pozwala nam napełniać innych i własne kubeczki. Żeby nabrać sił na kolejne dni. Żeby łatwiej radzić sobie z kryzysami. Żeby cieszyć się byciem razem pomimo codziennych trudności. Bez niej można by zwyczajnie oszaleć.

 

Detektyw

Detektyw. Choć to może nieoczywiste, jest nim – chcąc nie chcąc – każdy rodzic. Na co dzień i od święta. Im lepiej, im sprawniej nam idzie tropienie, odnajdywanie śladów, łączenie ze sobą kawałków układanki, tym łatwiej udaje się funkcjonować nam i naszym dzieciom. Pozostaje wiec tylko życzyć Wam i mnie samej, żeby każdy z nas szybko znalazł w sobie chociaż kawałek z Sherlocka Holmesa…

 

Dlaczego przestałam krzyczeć na dziecko?

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj