Dlaczego nie jeżdżę na urlop bez dzieci?

with Brak komentarzy

urlop bez dzieci

Wakacje w toku, a ja coraz częściej mierzę się z pytaniem, dlaczego nie jeżdżę na urlop bez dzieci. I gdyby to było pytanie, to w sumie by mnie to nie dziwiło. Gorzej, że coraz częściej to nie pytanie a zarzut. No bo jak można nie jeździć na urlop bez dzieci? Co to za wakacje? Co to za uzależnienie? Co to za brak troski o samą siebie i o swój związek? No serio… Nie ogarniam.

 

Dla mnie sprawa jest prosta. Ludzie są różni, mają różne potrzeby i różne wizje własnego życia. Ktoś potrzebuje Malediwów sam na sam z małżonkiem, komuś wystarczy Bałtyk w rodzinnym gronie. I nikt tu nie jest ani przegrany, ani stracony, ani nieszczęśliwy. Tak po prosty. Ja nie jeżdżę na urlop bez dzieci z kilku bardzo prostych powodów.

 

1. Bo nie chcę

Rozumiem, naprawdę rozumiem, że ktoś może chcieć wyjechać bez dzieci. Że bez oporów zostawia je z dziadkami czy ciocią, bo chce choć przez te dwa tygodnie w roku poczuć się jak za dawnych, singielskich jeszcze czasów. Ja tak nie chcę.
Wakacje to jedyny okres, kiedy możemy spędzić czas całą rodziną. Bez pośpiechu, bez stresu, bez napiętego harmonogramu, bo gdzieś trzeba być, gdzieś trzeba zdążyć, gdzieś na nas czekają. Wybieram taki rodzaj wypoczynku, który daje mi swobodę w planowaniu każdego dnia i… w rezygnowaniu z tych planów, jeśli po prostu nam się odechce albo jeśli pogoda pokrzyżuje nam szyki. Wrzucam na luz i cieszę się tym czasem.

 

2. Bo nie mam takiej potrzeby

Rozumiem, naprawdę rozumiem, że ktoś może potrzebować odpocząć do dzieci. Zrestartować się, pobyć sam na sam ze swoimi myślami, poleniuchować. Nie zrywać się bladym świtem, nie planować obiadu tak, żeby dziecko coś zjadło, nie słyszeć “maaamoooo” dziesięć razy na minutę. Ja nie mam takiej potrzeby. Po prostu.

I to nie jest tak, że nie bywam zmęczona. Ani tak, że moje dzieci są jakimiś aniołami. Po prostu radość ze wspólnego bycia, wspólnego odkrywania nowych albo i starych miejsc, wspólnego życia w innym niż domowe tempie, równoważy i wynagradza mi niedogodności czy zmęczenie.

Zresztą – to także kwestia organizacji. W wakacyjnym trybie przy rozsądnym podejściu obojga rodziców nawet łatwiej niż w codzienności znaleźć dla siebie czas na drzemkę czy poczytanie książki. Wystarczy się odpowiednio dogadać.
[Jeśli się zastanawiasz, co zrobić, żeby nie rozczarować się wakacjami z dziećmi – zajrzyj TUTAJ]

 

3. Bo mój związek tego nie potrzebuje

Rozumiem, naprawdę rozumiem, że są ludzie, dla których ten samotny, bez dzieci wyjazd, to okazja, żeby pobyć tylko we dwoje i zadbać o nieco zaniedbaną w codziennym pędzie relację. Porozmawiać o czymś innym niż dzieci i ich problemy. Może na nowo podkręcić przygasły nieco płomień namiętności, położyć się do łóżka w seksownej bieliźnie i z poziomem energii pozwalającym na coś więcej niż tylko buziak na dobranoc albo naciągnięcie na siebie kołdry. Ja tak nie mam.

Nie do końca rozumiem, dlaczego zakłada się, że relacja dwojga ludzi naturalnie odchodzi na boczny tor, kiedy pojawiają się dzieci. Czy tak być musi? Ja nie mam takiego poczucia. Jasne – może brak czasu na romantyczne posiadówki przy świecach albo samotne spacery przy księżycu, ale czy to naprawdę jedyny sposób na pielęgnowanie związku? Przecież można o niego zadbać i inaczej, okazywać sobie miłość w codzienności, przyziemnymi, ale przecież znaczącymi gestami. Pokazując jednocześnie dzieciom, że rodzicom na sobie zależy, że się kochają i tę miłość sobie okazują.
Nawiasem mówiąc – na najbardziej romantyczne spacery o zachodzie słońca chodzę z mężem w czasie wakacyjnych wypadów nad morze. Z dziećmi usypiającymi przy okazji w nosidłach.

 

4. Bo moje dzieci tego nie potrzebują

Są pewnie dzieciaki, które uwielbiają być w rozjazdach. Jedne wakacje spędzać u dziadków na Mazurach, drugie z ciocią w Zakopanem. No i super. Moje tak nie mają. Czy to z racji wieku (2.5 i 4.5 roku), czy to z racji usposobienia, czy to z racji wychowania chcą i lubią spędzać wakacje z nami. Podobnie jak my z nimi. Nie mają potrzeby i nie mają ochoty wyjeżdżać czy zostawać z kimś innym, więc dlaczego miałabym je do tego zmuszać? Jeśli kiedyś zmienią zdanie, jeśli kiedyś my zmienimy zdanie, wtedy będziemy się zastanawiać. Na razie nie musimy…

 

5. Bo nie muszę

Różnie się układa życie, to jasne. Są sytuacje, w których urlop bez dzieci staje się swego rodzaju przymusem. Bo po rozwodzie trzeba się dziećmi “podzielić” z partnerem, bo urlop – zamiast na wyjazd – trzeba przeznaczyć na pracę dorywczą, remont czy podreperowanie zdrowia w sanatorium. Albo i dlatego, że dzieci na pewnym etapie życia odmawiają wyjazdu z rodzicami, bo są “za duże”.

U mnie tak nie jest. Mam to szczęście – i cieszę się nim bardzo – że nie muszę rozstawać się córeczkami na urlopie. Że możemy razem podróżować i razem cieszyć się tym wakacyjnym czasem. Korzystam z tego, ile mogę i jak długo mogę.

 

6. Bo nie chcę tracić czasu

Jeśli spojrzeć czysto statystycznie, mamy w życiu jakieś 16, w porywach do 18 wspólnych wakacji. To mało, dla mnie tak mało, że nie chcę tracić tych niepowtarzalnych okazji do wspólnego odkrywania świata. Jest tyle miejsc, które chciałabym z nimi odwiedzić. Tyle cudów, które chciałabym im pokazać. Tyle przygód, które chciałabym z nimi przeżyć. Zanim dorosną. Zanim się usamodzielnią. Zanim obwieszczą, że w tym roku, to jednak wolą z kolegami pojechać pod namiot albo autostopem do Rzymu.
Żal by mi było marnować tych chwil, tych okazji, żeby poznawać się wzajemnie w nowych okolicznościach i w obliczu nowych wyzwań. Żeby pokazać się im nie tyko jako ta mama od domowych obiadów i drożdżowego ciasta, ale też towarzyszka wakacyjnych przygód. Ta, co zrobi namiotowego śledzia z patyka, usmaży jajko na masce samochodu, zjedzie na tyrolce z najwyższego drzewa albo w jeziorze zanurkuje po muszlę mieniącą się tęczową mozaiką.

 

7. Bo nie obchodzi mnie co robią inni

A Kowalscy to zostawili dziadkom półrocznego wnuczka i polecieli sobie na Seszele na urlop. A Mrągowscy to co najmiej dwa razy w roku dzieci zostawiają z nianią, a sami wyjeżdżają chociaż na tydzień tylko we dwoje. A Malinowscy to z kolei dzieciaki wysyłają z ciocią nad morze, a sami sobie organizują wakacje bez nich. A Wy to co?
A my nico.
Nic mi do tego, kto i jak wychowuje swoje dzieci. Kto jeździ z nimi na wakacje a kto je zostawia. Przecież to nie moja sprawa. Ale żaden Kowalski czy inny Malinowski to nie jest wyznacznik wychowawczej normy, do którego muszę i mam się stosować.

 

Chociaż niektórych to dziwi, uparcie nie jeżdżę na urlop bez dzieci. Bo mam swoje powody. Ale wierzę, że swoje powody mają i Ci, którzy takiego urlopu potrzebują. I nic mi do tego. Ani ich nie oceniam, ani nie pozwalam oceniać siebie. Żadne z nas nie jest lepszym ani gorszym rodzicem. Na pewno nie z powodu tego, jak spędzamy wakacje.
Wrzućmy sobie wszyscy wakacyjny luz!

 

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, to może zechcesz zajrzeć i tutaj:

Urlop z dziećmi czy od dzieci? Ja już wybrałam, a Ty?

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj