Dlaczego przestałam krzyczeć na dziecko?

with Brak komentarzy

krzyczeć na dzieckoDzieci są mistrzami niezwykłych komplementów. Wie to każdy rodzic, który dowiedział się, że jest „taki puchaty”, „pięknie pachnie jak kiełbaska” i „ma milutko mokro pod paszkami”. Ale są też takie komplementy, które potrafią dać mocno do myślenia. Ostatnio, gdzieś pomiędzy płatkami śniadaniowymi a kanapką z serem, moja starsza córka powiedziała: „Fajna jesteś, mamo! I nawet PRAWIE nie krzyczysz!”. A ja miałam ochotę sama sobie przybić piątkę! Jeśli zdarza Ci się krzyczeć na dziecko, to ten tekst napisałam właśnie dla Ciebie.

 

Tytuł jest trochę zwodniczy, przyznaję. Bo nie bez powodu podkreśliłam to „PRAWIE” w słowach mojej córki. Dalej zdarza mi się krzyczeć na dzieci, dalej zdarza mi się wybuchać. Nikt nie jest ideałem, mamy swoje emocje, swoje granice swoje progi wytrzymałości. Pękamy czasem, bo nie jesteśmy cyborgami. Ja pękam regularnie. Ale coraz rzadziej.
I coraz rzadziej krzyczę na dzieci. Z czterech podstawowych powodów.

 

Bo to nie działa

Mam zdroworozsądkowe podejście do wychowania i życia w ogóle. A wystarczy zrobić krok w tył i z dystansu spojrzeć na te sytuacje, kiedy zaczynamy krzyczeć na dzieci, żeby dowiedzieć się czegoś ciekawego. Zrób to, sama dla siebie. I przypomnij sobie, jakie były efekty. Czy rzeczywiście udało Ci się sprawić, że dziecko tak po prostu zrobiło to, czego chciałaś? Czy to wszystko zadziało się szybciej, łatwiej, sprawniej? Czy ten krzyk był skuteczny?

Krzyczymy, kiedy puszczają nam nerwy. A dzieje się to zwykle wtedy, kiedy nerwy naszego dziecka już dawno są w strzępach. Bo nie ma ochoty czegoś zrobić, a my naciskamy. Bo bardzo chce coś zrobić, a my nie pozwalamy. Bo chciałoby po swojemu, a nam zależy, żeby było po naszemu. Skumulowane emocje stoją na drodze do porozumienia, a krzyk jest ostatnim narzędziem, które pozwala taką przeszkodę rozmontować. Ani nie pomaga sobie poradzić z emocjami własnymi, ani nie wspiera w tym dziecka. Tylko je wzmaga. To trochę tak, jakby próbować ogień gasić benzyną…

Czasem się zdarzy, że krzyk przyniesie efekt, to prawda. Kiedy nawrzeszczysz tak, że dziecko najpierw znieruchomieje ze strachu, a potem pozbiera te zabawki z podłogi, żebyś nie wywaliła ich do kosza. Kiedy zaryczysz z taką furią, że nastolatek odstawi brudny talerz do zlewu, a potem zatrzaśnie za sobą drzwi do swojego pokoju. Tylko czy o taki efekt – ze wszystkimi jego skutkami ubocznymi – Ci naprawdę chodzi? Czy warto?

 

Bo to Ci się odbije echem

Krzyk rodzi krzyk, to naturalne. Kiedy ktoś na nas podnosi głos, my reagujemy zwykle tym samym. To dlatego przypadkowa wymiana zdań czasem ta szybko przemienia się w kłótnie, eskaluje w mgnieniu oka. Kiedy krzyczysz na dziecko, ono… robi to samo! A my krzyczymy jeszcze bardziej i nakręca się spirala prowadząca w ślepy zaułek komunikacji.

I nie chodzi już nawet o to, że dziecko odpowie nam krzykiem w tej konkretnej sytuacji. Ale o to, że przyswaja sobie pewien sposób komunikacji, który prowadzi donikąd. Że zamiast ODuczać się domagania się krzykiem i płaczem swoich praw, NAuczy się, że to normalna i naturalna metoda. Bo przecież mama tak robi. Bo przecież tata tak robi.

Jakiś czas temu nakrzyczałam na moją młodszą córkę. „Załóż w końcu te buty! Czy ty słyszysz co ja do Ciebie mówię!? Ile razy mam powtarzać?” – wydarłam się, kiedy po raz szósty poprosiłam o założenie butów przed wyjściem na judo, a ona po raz szósty zajęła się robieniem czegoś zupełnie innego. Kilka dni później moje córki pokłóciły się o zabawkę. „Odłóż w końcu tę lalkę! Czy ty słyszysz, co ja do Ciebie mówię!? Ile razy mam powtarzać?” – wrzeszczała jedna na drugą. A mnie zmroziło. To były dokładnie moje słowa.

Możemy prawić kazania i powtarzać dzieciom zasady, ale jeśli sami ich nie respektujemy, nie jesteśmy w stanie ich nikomu wpoić. Ważny jest przykład. Ważna jest autentyczność. Ważne jest pokazanie na swoim codziennym przykładzie, jak można się skutecznie komunikować. Naprawdę nie da się inaczej.

 

Bo tego pożałujesz

Kochamy nasze dzieci, to ta jedna rzecz, która łączy wszystkie matki. Staramy się kochać i wychowywać jak najlepiej. I w tej naszej trosce i staraniach bardzo często zmagamy się z wyrzutami sumienia. Z różnych powodów.

Kiedy rozmawiam z moimi koleżankami, kiedy czytam maile od Was, moich czytelniczek, widzę ten powracający refren „nawrzeszczałam, on się popłakał, poczułam się paskudnie”. I jeszcze „popłakałam się potem, jak już zasnął” i „poczułam się jak beznadziejna matka”.

Nie lubimy krzyczeć na dzieci. W głębi duszy wiemy, że to droga donikąd. Kiedy widzimy te zaskoczone, przestraszone, zapłakane oczy, kraje nam się serce. I matczyna samoocena leci na łeb na szyję. I już samo to jest wystarczającym powodem, żeby spróbować to zmienić. Żeby spróbować przestać krzyczeć na dzieci. Bo chociaż to, że czasem wybuchamy, jest takie ludzkie i takie czasem nieuchronne, to można tę ilość wybuchów zredukować na tyle, na ile to możliwe. Do minimum.

 

Bo już umiem inaczej

„Umiem” to może za dużo powiedziane. „Uczę się” byłoby lepiej. Uczę się pilnie, ćwiczę każdego dnia. Krok za krokiem testuję i szukam sposobów, które pozwolą mi lepiej komunikować się z moimi dziećmi i lepiej zarządzać swoimi emocjami. Regularnie – w miarę możliwości – napełniam swój kubeczek tak, żeby mieć do tej nauki siłę i energię.

Świadomość i wiedza. To są pierwsze kroki, żeby przestać krzyczeć na dziecko. Żeby ten krzyk ze swojego życia powoli eliminować. Świadomość, że to nie działa. Wiedza, że można inaczej. I jak można inaczej.
Mam takie poczucie, że pod pewnymi względami jesteśmy dziś szczęściarzami. Wiedza jest naprawdę w zasięgu ręki, w zasięgu kliknięcia myszką. Wielu wspaniałych ekspertów dzieli się nią – także za darmo! – i podpowiada ścieżki, którymi warto pójść, żeby poprawić jakość życia swojego i dziecka.

 

Dlaczego nie warto krzyczeć na dziecko?

Dlaczego już nie krzyczę, czy raczej staram się nie krzyczeć na dziecko? Bo krzyk rodzi tylko… krzyk. A hałas nie sprzyja porozumieniu.

Ale jest jeszcze jeden powód. Bardzo prosty. Krzyk obojętnieje. Powszednieje. Jeśli krzyczymy często i z błahych powodów, dziecko (dorośli zresztą też) po prostu się do tego przyzwyczaja. I przestaje to na nim robić wrażenie. Tak jak ludzie, którzy mieszkają przy lotnisku, w pewnym momencie przestają „słyszeć” samoloty.
A przecież krzyk, w pewnych skrajnych sytuacjach, może być bardzo przydatnym narzędziem. Kiedy sygnalizuje niebezpieczeństwo. Kiedy alarmuje. Kiedy konieczna jest natychmiastowa reakcja, bo „stop”, „przestań”, „natychmiast” może uratować komuś zdrowie albo życie.

Czy Twoje dziecko USŁYSZAŁOBY Twój krzyk w takiej sytuacji?

 

Może Cię też zainteresować:

Budujemy dom. Pozytywny dom!

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj