Dlaczego trudno być mamą dziewczynki?

with Brak komentarzy

trudno być mamą dziewczynkiNa rodzicielską drogę wchodzimy pełne dobrych chęci. Chcemy, żeby nasze dzieci miały piękne dzieciństwo. Żeby rosły zdrowe, silne, mądre. Żeby stały się kiedyś dobrymi, mądrymi, świadomymi swojej wartości dorosłymi. Żeby spełniały swoje marzenia. Nasze dzieci. Synowie i córki. Po równo i tak samo pragniemy dla nich realizacji, sukcesów i szczęścia.

 

A potem słyszymy…

Z dziewczynkami jest łatwiej. Chłopcy to takie łobuzy, a dziewczynki spokojne.

Z dziewczynkami jest spokojniej. Chłopaków to ciągle gdzieś nosi, a dziewczynki domatorki.

Z dziewczynkami jest wygodnie. Chłopców to do roboty trudno zagonić, a dziewczynka i w kuchni pomoże, i posprząta, i młodszego rodzeństwa przypilnuje.

Z dziewczynkami jest lepiej. Chłopak wyjdzie z domu w świat, a dziewczynka zostanie, wnukami pozwoli się nacieszyć, rodzicami się na starość zaopiekuje.

 

Nie chcemy w to wierzyć

My, kobiety, mamy XXI wieku, chcemy dla naszych córek świata, w którym miarą możliwości człowieka nie jest jego płeć. Racjonalnie odcinamy się od stereotypów, stanowczo powtarzamy, że dziewczynka może dokładnie to samo, co chłopiec. Ale gdzieś w tle, gdzieś z tyłu głowy uparty głos, sączony przez wieku do umysłów naszych babć, mam, sióstr, cioć, rozsądne „możesz wszystko” zagłusza sceptycznym „ale bez przesady”. Bo przecież nie wypada. Bo przecież na cóż ci to. Bo przecież jakże tak.

Według badań amerykańskich naukowców około piątego roku życia dziewczynki zaczynają tracić wiarę w to, że ich płeć nie jest żadną przeszkodą w realizacji marzeń. Powoli żegnają się z planami podboju kosmosu, do szafy odkładają marzenia o byciu prezydentem, odkrywcą, pilotem odrzutowca. Wkładają na siebie wdzianka, które dziewczynkom bardziej przystoją. Pielęgniarek, fryzjerek, nauczycielek, lekarek. Spod choinki wyciągają plastikowe żelazko i książeczkę o Kopciuszku, choć jeszcze tak niedawno marzyły o mikroskopie. Co czwartek chodzą na balet, po drodze odprowadzając braci na zajęcia z robotyki. Zamiast zestawu małego detektywa, na urodziny dostają komplet lakierów do paznokci w owocowych zapachach.

Słyszą, że mogą wszystko. Ale widzą, co rzeczywiście mogą.

 

I więcej jeszcze

Mówimy im, że partnerstwo, że szacunek, że obowiązki są wspólne. A potem codziennym życiem, krok za kroczkiem, te słowa podważamy, podkopujemy, rozmywamy. Bo to mama – choć przecież pracuje zawodowo – zmywa, odkurza, gotuje, planuje posiłki, opróżnia zmywarkę, rozpakowuje zakupy. Zrywa się z pracy, gdy dziecko chore. Bo to do mama – choć przecież dom jest wspólny – wie, gdzie są kalosze, jaki rozmiar koszulki wybrać i czy trzeba założyć sweter pod kurtkę.

Bo tata – owszem – może i ugotuje. Przecież potrafi. Sporadycznie. Z doskoku. Jeśli mama akurat nie może.
Bo tata – a jakże – nawet i posprząta. Jeśli mama mu powie, co ma zrobić. Kiedy ma zrobić. I gdzie jest mop.
Bo tata – to możliwe – przejmie dzieciaki, jeśli mama musi zrobić coś innego. A to „zrobić” obejmuje oczywiście nie relaks i zabawę, ale nadgonienie domowych obowiązków, które spiętrzyły się w taką lawinę, że nawet kobieca wielofunkcyjność już nie pomaga się z niej odgrzebać.

 

Oburzycie się może

Zaprotestujecie, że u Was tak nie ma, że u Was inaczej. I jeśli tak jest rzeczywiście – to chwała Wam za to i brawa. Ale smutna norma jest jednak inna. Bo choćbyśmy chciały i próbowały się od tego odciąć, ciągle jeszcze koncept rzeczywistego partnerstwa nie zakorzenił się w naszych głowach i naszej mentalności na tyle, żebyśmy potrafiły domagać się – bez wstydu i oporu – uczciwego podziału obowiązków. Żebyśmy czuły, że to nie nasza fanaberia czy słabość, ani nie łaska partnera, który zgodzi się pomóc, ale naturalna konsekwencja tego, że świat się zmienia. A zmienia się bardzo.

Z badań przeprowadzonych przez CBOS (o których ciekawy tekst napisał Zuch o TUTAJ) wynika, że w ciągu ostatnich pięciu lat partnerski model rodziny bardzo się w Polsce upowszechnił. Szkoda tylko, że to partnerstwo po naszemu polega na tym, że kobiety współuczestniczą w utrzymywaniu rodziny poprzez wykonywanie pracy zawodowej, ale jednocześnie nadal to na nich w ogromnej większości spoczywają wszystkie obowiązki domowe. Czyli kobiety przejmują część męskiej „działki”, a mężczyźni w zamian… pozwalają im na to. (link do badań)

I to nie jest tylko ich, złych mężczyzn wina. Także nasza – jeśli w ogóle o winie można tu mówić – bo na taką rzeczywistość się zgadzamy. W takiej rzeczywistości wychowujemy nasze córki, które kiedyś zostaną żonami i matkami. Przekazując im oczekiwania i ograniczenia, które same – świadomie lub nieświadomie – dostałyśmy w spadku. I błędne koło się zamyka.

 

Trudno być mamą dziewczynki

Bycie mamą to w ogóle nie jest bułka z masłem. Bycie mamą dziewczynki – poza oczywistymi cechami wspólnymi wynikającymi z rozwoju dzieci – niesie ze sobą wyzwania odmienne od tych, z jakimi mierzą się mamy chłopców. Być mamą dziewczynki jest trudno nie dlatego, że w dziewczynkach jest coś innego niż w chłopcach, ale dlatego, że w naszych głowach siedzą nadal – i pewnie będą jeszcze siedzieć przez lata – wyobrażenia, nawyki, instynkty, od których nie potrafimy się uwolnić. Uciążliwe. Szkodliwe. Niesprawiedliwe.

W ciągle zmieniającym się świecie bierzemy na nasze barki coraz to nowe role, coraz to nowe wyzwania, zapominając o tym, że ta nowa przyszłość to nie tylko nowe obowiązki, ale i nowe prawa. Do bycia traktowanym rzeczywiście po partnersku. Do nie rezygnowania ze swoich marzeń. Do życia po swojemu.

Bardzo trudno nauczyć tego córki, jeśli samemu się w to do końca nie wierzy. Ty wierzysz?

 

Może Cię też zainteresować ten wpis:

Możesz być, kim tylko zechcesz, dziewczynko!

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj