Dobrymi radami wybrukowane jest piekło matek

with 11 komentarzy

dobre rady

Im dłużej jestem mamą, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największych trudności w rodzicielstwie nie przysparzają wcale dzieci, a dorośli i ich oczekiwania wobec naszych potomków i nas samych jako rodziców. Dziecko, jak to dziecko, ma swoje upadki i wzloty, lepsze i gorsze okresy, wymaga tony cierpliwości, ale odpłaca setką ton miłości. Dorośli, z drugiej strony, zrobią bardzo wiele, żeby Ci pomóc. Nawet wtedy, kiedy nie czujesz, żebyś miał jakiś problem.

 

Kilka dni przed świętami napisałam żartobliwy nieco tekst o złotych radach przy świątecznym stole, o wujku Heńku ekspercie od nie-chustowania z certyfikatem „za moich czasów było lepiej” oraz cioci Basi z dyplomem w zakresie dietetyki dziecięcej z Uniwersytetu „się naczytali książek, a w książkach to pierdoty piszą” (cały tekst poczytaj TUTAJ). Ale teraz, po świętach już, w powodzi rozmów, wiadomości i grupowych dyskusji, coraz mniej mi jest do śmiechu. Ciężarne dziewczyny, młodsze i starsze mamy podają kolejne i kolejne “dobre rady”, z którymi przychodzi się mierzyć na co dzień i od święta. I chociaż możemy sobie robić heheszki, to problem jest naprawdę poważny.

 

Eksperci, sami eksperci

Dla postronnego obserwatora to może i jest śmieszne, kiedy ciocia Teodora żegna się nogą na widok złotego łańcuszka na Twojej szyi, bo przecież Ci się dzidziuś w brzuchu jak nic udusi pępowiną. Albo kiedy wujek January uszczęśliwi Twojego sześciomiesięcznego bąbelka chodzikiem, choć wyraźnie dałaś mu do zrozumienia, że to ustrojstwo jest szkodliwe i nieakceptowalne w waszym domu (bo przecież on miał i jego dzieci miały, i wszyscy wyszli na ludzi. A że na ludzi z wadą kręgosłupa, to już detal). Gorzej, jeśli taka powódź rad spotyka Cię codziennie i to ze strony osób, od których w życiu byś się tego nie spodziewała.

Z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, zajście w ciążę albo urodzenie dziecka sprawia, że wszyscy wokół stają się ekspertami od Twojego życia i nie omieszkają Cię o tym poinformować. Staruszce na przystanku nikt nie powie, że jej beret nie pasuje do rajstop, ale różowa czapeczka na głowie Twojego (o zgrozo!) synka na pewno nie zostanie niezauważona. Pani w warzywniaku nie zapyta pana, który przyszedł po ogórki, jaką wysoką ma emeryturkę, ale ochoczo skomentuje Twoje pięćset plus, kiedy zobaczy, że jesteś w trzeciej ciąży. Ciekawe podwójne standardy grzeczności, czyż nie?

Na domiar złego, znaczna większość tych ekspertów wiedzę ma mocno przeterminowaną, bo opartą na własnych doświadczeniach sprzed iks lat. Jak wujek Tadek, co całe dziecięce życie przejeździł w starej Skodzie bez żadnego fotelika i żyje (a co tam, że na jego wiosce ta Skoda była jedynym samochodem). Albo babcia Krysia, co niegrzeczną córkę zamykała w ciemnym pokoju i w mig się dziecko oduczało histerii (a co tam, że córka do tej pory na psychoterapii i psychotropach). Albo – co gorsza – ten pediatra, który swoją laktacyjną wiedzę zaktualizował jeszcze w stanie wojennym, ale nie waha się powiedzieć, że powinnaś roczniaka odstawić od piersi tu i teraz, bo to już tylko woda… I nie jest ważne, że przez ten czas nauka poszła do przodu. Że dziś o rozwoju fizycznym i psychicznym dziecka wiemy znacznie więcej. Że mamy lepsze, nowsze niż kiedyś rozwiązania. Oni wiedzo lepiej. Oni się znajo. Oni Ci powiedzo, co masz robić.

Nie pozwól im na to!

 

Taki problem to nie problem

Powiecie może – cóż to za problem, wystarczy nie przejmować się ludzkim gadaniem, robić swoje, olewać innych. Parafrazując złotą młodzież z nowohuckich dyskotek „miej wyjebane, a będzie ci dane”. Ale łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Zwłaszcza kiedy bolesne i krzywdzące komentarze trafiają do ciężarnej, która właśnie wczoraj popłakała się – choć nie ma zielonego pojęcia dlaczego – na reklamie płynu do zmiękczania tkanin. Albo do młodziutkiej mamy, która przez ostatnie trzy tygodnie spała osiem godzin, łącznie oczywiście, i jest tak zmęczona, że przez sen próbowała nakarmić piersią własnego męża. Myślisz, że stać je na dystans i błyskotliwą ripostę? Mnie nie było.

Kobiety ciężarne i mamy – zwłaszcza te debiutujące! – mają jedną wspólną cechę: zmagają się z bardzo trudnym, może najtrudniejszym w życiu wyzwaniem. Pięknym, to prawda, ale jednak karkołomnym. Gdzieś pośród radości, że oto w nich, albo już na ich oczach, rośnie małe życie, czai się strach, niepewność i dojmujący często ciężar odpowiedzialności. Co można? Czego nie można? Czy nie zaszkodzę maluszkowi? Czy dobrze się o niego troszczę?

Kiedy stajesz twarzą w twarz z dzieckiem, zwłaszcza swoim pierwszym dzieckiem, czujesz miłość i przerażenie. Te malutkie rączki są jeszcze mniejsze niż się spodziewałaś. Kąpiel żywego, ruchliwego dziecka wygląda inaczej niż plastikowego bobasa w szkole rodzenia. Karmienie piersią, zwłaszcza na początku, okazuje się znacznie bardziej skomplikowane niż na pięknych fotkach, gdzie mama i dzidziuś trzymają się za ręce i patrzą sobie w oczy. W takich chwilach, kiedy Twoje dziecko wcale nie śpi tak, jak miało, wcale nie je tak, jak miało, wcale nie bawi się tak, jak miało, dobre rady – te nieproszone! – to najgorsze, co może Cię spotkać. To coś, co podkopuje Twoją i tak przecież osłabioną wiarę w siebie, przeczy intuicji, podważa podstawy tego, w co wierzyłaś.

 

W matni

I oto jesteś. Świeżo upieczona mamusia. Zamiast odkrywać się wzajemnie ze swoim dzieckiem i działać w harmonii ze swoim ciałem, miotasz się, szarpiesz między „daj mu wody z cukrem”, „nie noś go tyle”, „rozpuszczasz go tym bujaniem”. I dotyczy to także tych naprawdę świadomych, przygotowanych do swojej roli mam. Jak Kasia, która o diecie mamy karmiącej przeczytała chyba wszystko, ale jednak, gdy dziecko dostało kolek, dała sobie wmówić, że musi żyć o ryżu i kurczaku na parze. Jak Marysia, która ze łzami w oczach podała maluszkowi butelkę, dość już mając słuchania, że głodzi dziecko, bo przecież jak ciągle „wisi na cycu”, to na pewno się nie najada.. Albo jak ja, z sześciomiesięczym bobasem na ręku i na granicy rozpaczy po kolejny wykładzie pod hasłem „nie noś, bo się przyzwyczai”.

Przemądrzali doradcy uczą nas wątpić w swoje kompetencje, negują intuicję, podważają wiedzę. Jeśli nie powiesz im w odpowiednim momencie dość, to jesteś na równi pochyłej w dół. Do matczynego piekła. Do frustracji, zwątpienia, depresji w końcu. Do myślenia „nie jestem wystarczająco dobrą matką”. Nie pozwól im na to!

 

Między radą a rozkazem

Daleka jestem od posądzania ich o złe intencje. Może i chcą dobrze. Nie jestem nieomylna, więc nie przekreślam z góry wszystkiego. Poza totalnymi absurdami, sprawdzam i weryfikuję otrzymane dobre rady i wcielam je w życie, jeśli są sensowne, lub odrzucam, jeśli nie pasują do mojej wizji macierzyństwa. I tutaj następuje moment próby.

Czy ciocia Zosia od uspokajania dziecka za pomocą pieluchy nasączonej spirytusem uśmiechnie się i przyjmie do wiadomości, że jej rada cię nie przekonuje? A może raczej strzeli focha i obrazi się, że nikt nie bierze pod uwagę jej życiowego doświadczenia? Czy teściowa pokiwa ze zrozumieniem głową, kiedy pokażesz jej aktualny schemat rozszerzania diety niemowląt? Czy raczej będzie na każdym spotkaniu truć Ci tyłek, żebyś w końcu trzymiesięcznemu maluszkowi dała marchew z burakiem? Jeśli chodzi im tylko o wsparcie Cię dobrą radą, to odpuszczą i pozwolą Ci robić swoje. Gorzej jeśli ciągle i ciągle będą wracać do swojej „rady”, która tak naprawdę jest tylko rozkazem i próbą decydowania za Ciebie o Twoim życiu i Twoim dziecku. W tej drugiej sytuacji naprawdę nie miej skrupułów. Nie pozwól im na to!

 

Jak żyć w tej powodzi?

Z nieproszonymi doradcami można sobie radzić na różne sposoby. Wybuchać śmiechem albo jedynie uśmiechać się pobłażliwie, gdy ktoś usiłuje Cię przekonać, że jak dziecku obetniesz włosy przed rokiem, to będzie miało krótki rozum. Edukować, podsuwać książki i artykuły tam, gdzie ktoś rzeczywiście próbuje zrozumieć Ciebie i Twoje metody. Tłumaczyć, cierpliwie tłumaczyć z nadzieją, że Twoje argumenty w końcu dotrą pod strzechy. Albo postawić granice bardzo jasno – zakomunikować „to nie Twoja sprawa”, „jak będę potrzebować rady, to o nią poproszę” albo wręcz „Twoje pięć minut już minęło, daj żyć!”. Nie patrząc na to, że ktoś się obrazi, ktoś oburzy, ktoś wyjdzie, trzaskając drzwiami.

Można też, jak robi chyba większość, wyhodować sobie grubą skórę, wpuszczać jednym uchem, a wypuszczać drugim. Robić swoje na przekór i pomimo mądrali. Niełatwe to zadanie, ale można je sobie ułatwić, bardzo ułatwić. Można znaleźć ludzi, którzy myślą i czują tak, jak my. Którzy podzielają naszą wizję. Którzy dadzą nam wsparcie w chwilach zwątpienia. Spotkać się z nimi, choćby wirtualnie. Może zabrzmi to banalnie, ale internet to nie tylko filmiki o przewracających się kotkach, ale potężne narzędzie, które pozwala znaleźć pokrewne dusze nawet wtedy, gdy mieszkasz w wiosce zabitej dechami. Kiedy zwątpisz, kiedy zabraknie Ci sił, albo ręce opadną po kolejnej wizycie ciotki, co zawsze wie najlepiej, dobrze mieć ludzi, którzy wysłuchają, poklepią po plecach i przywrócą właściwą perspektywę. Którzy utwierdzą Cię w przekonaniu, że – wbrew tym wszystkim mądralom – jesteś dobrą mamą. Znajdź swoją ekipę! Naprawdę warto!

 

A Wy spotykacie się ze złotymi radami? Macie swoje sposoby, żeby sobie z nimi radzić?

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

11 Responses

  1. Galanta Lala
    | Odpowiedz

    Czytając wpis mam wrażenie, że pod względem ilości odbieranych rad los matek jest bardzo podobne do losu grubych ludzi. Zawsze znajdzie się ktoś bez pojęcia, ale za to z kolejną złotą radą.
    Empatii zero.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Chyba problemem jest po prostu to, że ludzie nie potrafią zająć się sobą i swoimi sprawami, tylko na siłę szukają dziury w całym u innych 🙁

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Problem jest bardzo obszerny. Ja nie mam nic przeciwko temu, jeśli ktoś udziela mi rad, pokora to naczelna zaleta. Ale chodzi o to by te rady płynęły z serca w trosce o dobro człowieka. A nie w stylu – co ty tam wiesz, ja robiłam tak i tak i to jedyny sposób na sukces. Takie rady to poniżanie i pożeranie energii człowieka próbującego coś szczerze zrobić dobrze.

    P.S. Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim!!! 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dla mnie granicą jest powtarzalność. Jeśli ktoś ciągle i uparcie wraca do rady, którą już odrzuciłam, to przestaję wierzyć w jego dobre chęci i widzę w tym po prostu próbę dominacji.
      I wzajemnie samych sukcesów w Nowym Roku 🙂

  3. Weronika
    | Odpowiedz

    Moim zdaniem to idealny okres zeby nauczyc sie asertywnosci, ktora zaprocentuje tez w innych obszarach zycia. Nie potrafie zrozumiec dlaczego dorosli ludzie pozwalaja sie terroryzowac glupimi uwagami, szczegolnie ze strony rodziny. Obraza sie? Moze i tak, ale to swiadczy tylko o nich i ich braku kultury.
    Oczywiscie, latwo sie mowi, trudniej stosuje, i sa przypadki prostsze i trudniejsze, ale mysle ze glowny problem to ze ludzie pozwalaja sie wpychac toksycznym “bliskim” w ich zycie. Moze byc przykro ograniczyc kontakty, ale jak sie nie da inaczej to zrobilabym nawet i to jak nie dotrze po rozmowie. Na dluzsza mete i rodzicom i dzieciom wyjdzie to na zdrowie, a szkoda tracic czas na proby zmieniania niereformowalnych ludzi 😉 Zmienic mozna tylko siebie i ustawic granice 🙂
    Moja mama np. ma nieprzepracowana traume z ostatniej ciazy, ktora stracila w 8 mies. Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie jej pomoc sie z tym uporac i nie jest to moim obowiazkiem. Meczyla mnie o badania i siejac rozne nieuzadasadnione leki jakby sie czlowiek za malo sam martwil w pierwszej ciazy bez tego gadania.
    Bylo trudno, ale przemyslalam na spokojnie co i jak powiedziec, wyjasnilam jej ze sobie nie zycze tego typu “rad” i zapewnilam ja ze robie co moge, pilnuje badan, itd. Zadzialalo, chociaz z poczatku sie bardzo obruszyla i rzadziej dzwonila 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Masz rację – tylko asertywność może nas ocalić. Problem w tym, że ten właśnie moment jest chyba najtrudniejszym do jej nauki. Bo tak wiele się dzieje, tak dużo jest pytań i wątpliwości, że chciałoby się raczej rzeczywistego wsparcia i ciepła dla młodych mam, niż stawiania ich wobec konieczności staczania dodatkowych bitew. I to często z najbliższymi 🙁

  4. Ilona
    | Odpowiedz

    Gdy sobie przypominam czas ciąży i te pierwsze miesiące to mi się dłonie same w pięści zaciskaja. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem tego, jak można tak zniszczyć komuś radość z oczekiwania na dziecko i wspomnienia z początków macierzyństwa. Z teściową miałam przeboje, prosiłam, tłumaczyłam i nic, ona wie lepiej. Pomogło wyjście z domu i takie trzasniecie drzwiami, że tynk odpadł od ściany. Z moją matką juz nie było tak prosto, w pewnym momencie “pałka się przegła” i nie mam kontaktu od ponad roku. Teraz dzwoniła na święta (po roku bez żadnego kontaktu) ale nadal uparcie twierdzi, że ona mnie nie przeprosi, mało tego! nie ma za co przepraszać. No cóż, póki nie zrozumie to ja nie mam zamiaru odpuścić i kontaktu nie będzie. Moje samopoczucie i spokój jest ważniejszy, niż “relacje” rodzinne. Zbyt wiele łez przeplakalam, zbyt wiele godzin spędziłam u psychologa i psychiatry (po “porodzie” byłam wrakiem człowieka, musiałam skorzystać z profesjonalnej pomocy – mam zespół stresu pourazowego oraz przewlekłe stany depresyjne), żeby teraz dać sobą pomiatac. Nikomu nie pozwalam na wpieprzanie się w moje wychowanie. A już rady totalnie obcych ludzi mnie doprowadzają do furii i wielokrotnie kazalam zwyczajnie spier***ać – chamsko ale mam to gdzieś, bo skoro ktoś jest na tyle chamski, żeby wpieprzac się z buciorami w moje życie to czemu ja mam być miła i grzeczna?

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Serce mi boli, jak słyszę takie historie 🙁 a znam wiele dziewczyn, które – jak Ty – zamiast cieszyć się tym pięknym okresem, muszą walczyć o prawo do decydowania o sobie i swoim życiu. Cieszę się, że udało Ci się Wydostać z toksycznego kręgu. Trzymam kciuki, żeby teraz już było lepiej 🙂 i dziękuję, że chciałaś się podzielić swoją historią

  5. Adriana
    | Odpowiedz

    Jestem szczęściarą – nie trafiłam na katujących dobrymi radami… A nawet jeśli trafiłam, to potraktowałam po “nowohucku”, to zdrowsze.
    Na ludzkie gadanie i mądrzenie się nie ma rady, szkoda energii na to by się z tym zmagać…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Cieszę się, że miałaś wspierające otoczenie. Marzy mi się, żebyśmy wszystkie takie miały. Albo żeby nowohucka postawa była zawsze w pakiecie z ciążą 😉

  6. Madzia
    | Odpowiedz

    Ja już się nauczyłam. Jednym uchem wpuszczać, a drugim wypuszczać i filtrować 🙂 O ile lepiej mi się żyje 🙂

Skomentuj