Droga mamo, nie musisz mi się tłumaczyć!

with 8 komentarzy

mamy Ani się obejrzałam, a strzeliła mi setka. Serio, serio. I nie chodzi wcale o wiek, a o liczbę postów na blogu. Sto wpisów. Całkiem niezły dorobek, nie? Taka setka – i nie mylić z setką wódki – skłania do refleksji. Ale nie bójcie się, nie będzie o życiu i śmierci, o polityce ani o poezji pisanej w oparach alkoholu. Będzie o was, robaczki wy moje.

 

Za każdym razem, kiedy wrzucam na bloga tekst dotyczący szeroko rozumianych kwestii okołodziecięcych, dostaję sporo wiadomości prywatnych pod hasłem „masz rację, ale ja niestety musiałam zrobić inaczej, bo…”, po których następuje szereg tłumaczeń i usprawiedliwień. Pojawiają się często bardzo osobistych historie, pełne emocji i bolesnych wspomnień, a na koniec pada zadane wprost lub zawieszone w powietrzu pytanie „czy jestem z tego powodu gorszą mamą?”, „czy rozumiesz, że musiałam tak zrobić?”. A ja rozumiem. Naprawdę rozumiem. Tylko nie rozumiem jednego, dlaczego my, mamy, te młodsze i te starsze, mamy taką wewnętrzną potrzebę tłumaczenia się innym ze swoich decyzji? Szukania zrozumienia, potwierdzenia naszych decyzji, wsparcia w niełatwych często krokach. Poklepania po głowie. Wirtualnego choćby przytulenia.

 

Mamo! Ty młodsza i Ty starsza, nie musisz mi się tłumaczyć!

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, dlaczego wybrałaś taką, a nie inną drogę porodu. Że Twoje CC było ze wskazań medycznych a nie z kaprysu. Że może powodował Tobą strach. Że zdecydowałaś się na znieczulenie, choć początkowo chciałaś rodzić bez niego. Że na sali porodowej byłaś sama, z doulą czy partnerem. Twój poród – jakikolwiek by on nie był – nie był wcale mniej porodem niż mój. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, dlaczego wybrałaś taki, a nie inny sposób karmienia. Że miałaś za mało pokarmu, problemy z zastojami czy niedostateczną wiedzę o laktacji. Że nie dostałaś odpowiedniego wsparcia. Że personel medyczny czy Twoje otoczenie zafundowali ci taką presję, której nie byłaś w stanie udźwignąć. Że po prostu nie chciałaś karmić piersią. Że płakałaś nad laktatorem, a po jego wyrzuceniu odetchnęłaś z ulgą. Karmisz swoje dziecko w sposób, który uznałaś za najlepszy dla was obojga. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, że nie przekonałaś się do chusty czy nosidła. Że Twoje maleństwo spokojnie leży w wózku i nie domaga się uwagi, a Ty możesz sobie poczytać książkę w parku. Albo odwrotnie, że Twoje dziecko ciągle chce być na rękach. Że tylko noszenie, tulenie, bujanie go uspokaja, a Ty nie masz czasu posprzątać mieszkania i zrobić samotnie siusiu. Że chociaż mówią ci „przyzwyczaiłaś go do tego”, to on był taki od początku, a Ty tylko spełniasz jego potrzeby. Masz prawo wybrać taki sposób opieki nad dzieckiem, jaki uważasz za najlepszy. Jest Twój i jeśli u Ciebie się sprawdza, to po prostu ciesz się tym. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, dlaczego nie przekonuje Cię BLW. Że wolisz karmić dziecko łyżeczką. Że boisz się zadławienia, że masz nieprzyjemne doświadczenia z przeszłości. Że ten cały bałagan, te lepkie ręce, to pranie i sprzątanie jedzenia z podłogi to nie dla ciebie. Że wolisz załatwić sprawę szybko, czysto, sprawnie. Że – z rozmaitych powodów – zdecydowałaś się rozszerzyć dietę wcześniej niż zaleca WHO. Wybrałaś taką drogę, którą uważasz za najlepszą dla was dwojga. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, dlaczego szczepisz czy nie szczepisz dziecka. Że odwlekasz, bo boisz się komplikacji. Że unikasz, bo zetknęłaś się z NOP-em. Że szczepisz tylko na obowiązkowe albo –odwrotnie – wykupujesz wszystkie dodatkowe i zalecane. Że wybierasz te refundowane albo płacisz za skojarzone. Jestem pewna, że głęboko przemyślałaś swoje decyzje i wybrałaś tę opcję, która do twojej sytuacji pasuje najbardziej. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, że pilnujesz odkładania dziecka do łóżeczka. Że współspanie nie dla was, choć coraz więcej mam je zachwala. Że musisz mieć swoją przestrzeń, a niemowlę pod bokiem nie pozwala Ci zmrużyć oka. Że wolisz, żeby maluch miał swoje posłanie, swój kącik, może nawet swój pokój. Każde dziecko jest inne, każda rodzina jest inna, a Ty masz prawo wybrać taki system spania, jaki u Ciebie sprawdza się najlepiej. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, że na wakacje wolisz pojechać bez dzieci. Że potrzebujesz naładować akumulatory, wyłączyć wieczny nadzór i troskę. Że masz dziadków/ciotki/teściów, którzy doskonale zajmą się dzieckiem pod Twoją nieobecność. Że wolisz tydzień bez dziecka i nowonarodzony entuzjazm po powrocie, niż urlop pełen wyrzeczeń, narastającą frustrację i zmęczenie bez granic, które odbija się na każdej dziedzinie życia. Masz prawo wybrać taki sposób wypoczynku, jaki dla siebie i dla was uważasz za najlepszy. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, że posłałaś dziecko do żłobka, bo po prostu musiałaś wrócić do pracy. Że twój maluch świetnie się tam odnalazł, bo potrzebował towarzystwa innych dzieci. Że żłobkowa kadra ma bardziej rozwijające i kreatywne pomysły, niż byłabyś w stanie zaproponować w domu. Albo że – nawet jeśli nie pracujesz – te kilka godzin dziennie bez dziecka było ci potrzebne do zachowania psychicznej równowagi. Że wybrałaś najlepszą opcję i widzisz, że doskonale się sprawdza. Masz prawo posłać dziecko do placówki wtedy, gdy uznasz to za najkorzystniejsze dla was obojga. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Nie musisz mi się tłumaczyć, że nie lubisz zabaw dywanowych. Że na myśl o kolejnych godzinach z gadającymi pluszakami czy autkami jeżdżącymi po ścianie, masz ochotę przegryźć sobie tętnicę szyjną. Że wolisz rowery, spacery, basen, książki i wszystko inne, a niektóre zabawy z dzieckiem po prostu strasznie Cię nudzą. Że czasem zamykasz się w łazience, żeby na spokojnie przeczytać kilka stron dorosłej książki i nie oszaleć po trzydziestej recytacji „Ptasiego radia” w wersji mocno dźwiękonaśladowczej. Masz prawo nie lubić niektórych dziecięcych aktywności. Masz prawo czasem nie mieć wcale ochoty na zabawę. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Taka litania mogłaby się nigdy nie skończyć, bo – dobrze to wiemy i Ty, i ja – takich punktów zapalnych, kwestii spornych między matkami jest całe morze. Więc spieramy się, tłumaczymy, wyjaśniamy, usprawiedliwiamy. Szukamy poparcia dla własnych tez, popleczniczek, które powiedzą nam „przybij piątkę, ja też tak miałam”. Odbieramy fakt, że ktoś inny robi i myśli inaczej, jak osobisty atak na nasze wybory, nasz system, nasze przekonania. I ruszamy do szarży albo okopujemy się na swoich stanowiskach obronnych. Więcej nawet – w pogoni za poparciem dla własnych tez, i to poparciem jak najszerszym, przed obcymi de facto ludźmi otwieramy się, wyciągamy głęboko skrywane historie, prywatne aż do bólu przeżycia. Po co? W imię czego? Żeby internetowe znajome stanęły po naszej stronie? Żeby wirtualne koleżanki kliknęły „lubię to”? Czy ich opinie są naprawdę tak ważne?

 

Między dialogiem a spiralą tłumaczeń

Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam wiadomości od czytelników, uwielbiam komentarze i rzeczową polemikę. Każda historia, każda opinia poszerza moje horyzonty, pozwala spojrzeć poza granice mojej wizji macierzyńskiej, zobaczyć „jak robią to inni” i zastanowić się, czy nie mogę z tej inności przygarnąć czegoś cennego dla siebie. Moje czytelniczki to, z racji tematyki bloga, najczęściej mamy, te starsze i te młodsze. Ale w związku z tym często, za często, widzę, jak dzielenie się swoją historią i swoimi poglądami zmienia się w tłumaczenie, w usprawiedliwianie się, w poszukiwanie potwierdzenia, że ten konkretny wybór nie jest oznaką rodzicielskiej porażki. Choć brzmi to może niewiarygodnie, niejeden raz słyszę zadane wprost pytanie “czy jestem przez to gorszą matką?!?” i zawsze mam wtedy ochotę powiedzieć, powtórzyć po raz tysięczny jedno…

Droga mamo, nie musisz mi się tłumaczyć! Mimo że wybrałaś inaczej niż ja, mimo że w pewnych kwestiach się nie zgadzamy, mimo że nie każda twoja decyzja mieści się w moim światopoglądzie, nie mam z tym żadnego problemu. Jesteśmy różne, choć brzmi to jak banał. Ty jedna znasz całokształt sytuacji. Ty jedna wiesz, co Tobą powodowało i jakie trudności musiałaś pokonać po drodze. Ty jedna wiesz najlepiej, dlaczego zdecydowałaś tak, a nie inaczej. Ja nie wiem. Więc nie oceniam tego. Nie oceniam Ciebie. I nie czyni Cię to ani gorszą, ani lepszą matką ode mnie.

 

Pamiętaj, mamo, chętnie wymienię z Tobą opinie i poglądy. Chętnie posłucham Twojej historii. Chętnie porozmawiam o sprawach mniej i bardziej poważnych, ale wiedz, że nigdy nie musisz mi się tłumaczyć! I nikomu innemu też!

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

8 Responses

  1. Sikoreczka
    | Odpowiedz

    Ciężko mi się odnieść do tego postu, bo mamą jeszcze nie jestem. Mimo to popieram, że każda z nas sama dokonuje wyboru. I to jest ważne, aby się zrozumieć.
    pozdrawiam

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      W sumie to nie dotyczy tylko mam. Warto po prostu wykazać zrozumienie, że inny człowiek ma prawo do swoich decyzji i wyborów.

  2. Ja czasem mam wrażenie, że to tłumaczenie to jest po to, bo matka boi się, że ktoś ja zaraz ukamienuje. Bo jak napisze, że nie karmi, bo chciała się wyspać to będzie hejt, a jak napisze że nie miała pokarmu to już nie. W sumie myślę sobie,ze każdy ma swoje życie i swoje wybory. Możliwe, że wybory związanez rodzicielstwem są tak krytykowane, bo nie wybieramy tylko dla siebie, ale też za dziecko, które samo o siebie nie zadba i nie zbuntuje się, no chyba, że będzie mu niewygodnie w wisiadle to będzie płakać.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Słuszna uwaga – wybieramy za siebie i za dziecko. Ale myślę, że większość rodziców jednak kieruje się dobrem dziecka. Tak przynajmniej, jak je pojmuje. Ja doszłam do takiego momentu, że nauczyłam się nie oceniać innych rodziców. I o ile ktoś nie łamie prawa (jak np. bijąc dziecko), nie wtrącam się ze swoimi opiniami, gdy nie jestem pytana o zdanie. A ponieważ wiem, że pewne niekorzystne dla dzieci decyzje rodzice podejmują nieświadomie (np. noszenie w wisiadle), zdecydowałam się pisać bloga. Jeśli ktoś jest ciekawy mojej opinii, może ją przeczytać. Jeśli nie – zawsze jest krzyżyk w prawym górnym rogu.

  3. Izabela
    | Odpowiedz

    Fajny wpis. Właśnie takie podejście jest super – nasi czytelnicy nie muszą nam się tłumaczyć. I bez znaczenia, czy chodzi o tematy parentingowe, urodowe czy jeszcze jakieś inne.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dokładnie tak. Fajnie jest się dzielić opiniami i wymieniać poglądami, bo to bardzo poszerza horyzonty. Ale tłumaczenie się jest niepotrzebne – każdy robi tak, jak uważa za słuszne 🙂

  4. Anna
    | Odpowiedz

    dobrze napisane! 🙂

Skomentuj