Hodowca orchidei, czyli kiedy Twoje dziecko jest wysoko wrażliwe…

with Brak komentarzy

wysoko wrazliwe dziecko orchideaKiedy planujesz dziecko i wyobrażasz sobie swoje przyszłe macierzyństwo, przeczuwasz, że przyjdzie Ci się spełnić w wielu nowych rolach. Jedne – jak niania, kucharka, pielęgniarka – są oczywiste. Inne – jak piosenkarka bladym świtem czy negocjator niemalże policyjny – już może trochę mniej. Może się jednak okazać, że życie zupełnie Cię zaskoczy i podaruje Ci w darze dziecko wysoko wrażliwe. I wtedy zostaniesz… hodowcą orchidei!

 
Są takie dzieci, którym nic nigdy nie przeszkadza. Poradzą sobie w każdych warunkach, w każdych okolicznościach. Bez kompleksów i z siłą przebicia, której można im tylko pozazdrościć, idą do przodu pomimo wszystko, niezależnie od wszystkiego. Czasem i na przekór wszystkiemu.

Bywa im ciężej lub łatwiej, żyją w mniej lub bardziej sprzyjającym środowisku, dostają mniej lub więcej wsparcia. Ale sobie radzą. Z tego, co mają do dyspozycji, wyciągają najwięcej, jak się da, żeby zrealizować swój potencjał. Żeby się spełniać. Żeby dążyć do szczęścia.

Są i takie dzieci, dzieci wysoko wrażliwe, którym – jak się zdaje – ciągle coś przeszkadza. Widzą świat inaczej, odbierają go mocniej, przeżywają bardziej dojmująco. Czują zagrożenie tam, gdzie inni pławią się w poczuciu bezpieczeństwa. Z trudem przekraczają granice własnego komfortu. Rozpaczliwie szukają zrozumienia dla tej hiperwrażliwości, której reszta świata nie podziela. Która dla reszty świata jest dziwna i niepojęta. Która bywa bagatelizowana, wyśmiewana, traktowana jak fanaberia i wydziwianie.

Bywa im w życiu łatwiej, jeśli trafią na sprzyjające warunki i otoczenie. Wtedy radzą sobie, jak inni, a nierzadko nawet i lepiej. Rozwijają się, rozkwitają, pokazują potencjał, który zaskakuje i zachwyca. Bywa im w życiu ciężej, jeśli trafią do świata, który brakiem empatii i akceptacji wzbudzi poczucie obcości i nieadekwatności, zdefiniuje jako dziwolągów, zlekceważy. Albo zabije w nich poczucie własnej wartości.

 

Mlecz i orchidea

Są takie dzieci, które – jak mlecze – żyją i mają się całkiem dobrze w każdych niemal warunkach. Korzenie zapuszczą i w żyznej glebie, i na piasku, na środku leśnej polany i na poboczu autostrady, w rezerwacie przyrody i na wysypisku śmieci. Wystarczy im trochę słońca, trochę wody, trochę gleby, żeby rozwijać się i w końcu zakwitnąć bez dodatkowych starań ogrodnika.

Są też i takie dzieci, dzieci wysoko wrażliwe, które – jak orchidee – wymagać będą warunków znacznie bardziej sprzyjających. Odpowiedniego nasłonecznienia, wilgotności, nawozów, zabiegów pielęgnacyjnych i specjalnych podpórek. Bez tego osłabną, zmarnieją, wykoślawią się. W końcu może i zginą.

 

Mlecz czy orchidea?

Żadne z nich nie jest lepsze ani gorsze, a porównywanie ich nie ma sensu. Tak jak nie ma sensu zastanawianie się, czy lepszy jest ogórek czy pomidor, śliwka czy gruszka, róża czy konwalia. Są różne, a przecież wyjątkowe takie, jakie są.

Nie wymagajmy od nich tylko, żeby zmieniały się i były jak inne. Nie oczekujmy, że będą takie, jakimi być po prostu nie mogą. Jeśli liczymy na to, że mlecz zachwyci nas fioletowymi kwiatami, rozczarujemy się. Ale to nie będzie wina mleczu, tylko naszych oczekiwań. Jeśli mamy nadzieję, że orchidea poradzi sobie sama na ciemnym i zimnym parapecie, skazujemy się na porażkę. Ale to nie jest wina delikatnego kwiatu, że takim delikatnym stworzyła go natura.

 

Być ogrodnikiem

I chociaż nie mamy wpływu na to, gdzie zasiane zostanie, gdzie wykiełkuje i urośnie nasionko, czy to mlecza, czy orchidei, wpływ mamy na jeden ważny czynnik. Na ogrodnika. Na jego – na naszą – postawę, podejście, wymiar starań i troski, które gotowi jesteśmy włożyć w to, żeby roślina zakwitła.

Nie na wszystko mamy wpływ, nie każde warunki jesteśmy w stanie zmienić, ale i w trudnych okolicznościach, i przy ograniczonych możliwościach można uzyskać piękne efekty. Jeśli będziemy tego chcieli. Jeśli będziemy potrafili. Jeśli potrzebnych umiejętności będziemy gotowi się uczyć.

Miłość, cierpliwość, otwartość, bezwarunkowa akceptacja nie mają ceny, a przecież są najważniejsze. Bez nich nawet cieplarniane warunki, nawet kryształowe pałace i najdroższe wspomagacze nic nie dadzą. To nie jest przypadek, że i w bogatych, wszystko mających domach dorastają dzieci, które czują się, jakby nie miały nic.

 

Dziecko wysoko wrażliwe – dar, wyzwanie, przekleństwo?

Nie jest łatwo być hodowcą orchidei. Nie jest łatwo być rodzicem dziecka orchidei.

Kiedy płacze, choć wydaje się, że nie ma powodu. Kiedy cierpi, kiedy teoretycznie powinno być szczęśliwe. Kiedy się boi, chociaż żadnego racjonalnego zagrożenia nie widać. Kiedy INNE dzieci śmieją się, szaleją, bawią, brykają z rówieśnikami, a ono, to wysoko wrażliwe, znowu ma jakiś problem, znowu stoi z boku, znowu jest inne.

To wymaga tony cierpliwości, hektolitrów potu, góry wyrozumiałości, niezmierzonych pokładów empatii. To wymaga więcej, niż przeciętne rodzicielstwo.

Nie jest łatwo być rodzicem dziecka orchidei także dlatego i także wtedy, kiedy brakuje wsparcia otoczenia. Kiedy inni patrzą na Ciebie jak na wariata. Bo na za dużo mu pozwalasz. Bo Ci wchodzi na głowę. Bo weźże go postaw do pionu, zamiast go tak hołubić. Bo go rozpieszczasz. Bo to – tak, i to możesz usłyszeć – przez Ciebie jest takie, jakie jest. Bo gdybyś się za niego wzięła, to by w końcu stało się… mleczem.

 

Żeby rozkwitło…

Tak, to prawda, nie jest łatwo być hodowcą orchidei. Nierzadko z zazdrością spoglądać na sąsiadów, którzy na leżaczku podziwiają swoją mleczową łąkę. Wzdychać czasem, że przecież mogłoby być łatwiej, spokojniej, „normalniej”, gdyby trafił nam się mniej wymagający gatunek.

A jednak jaka to satysfakcja patrzeć, jak ta orchidea rozkwita. Jak, mimo trudności, dzięki zapewnieniom odpowiednich warunków, dzięki staraniom, dzięki morzu miłości i troski, ona rozwija delikatne płatki. I zachwyca, oszałamia barwami i kształtami. Promienieje.

Jeśli los obdarzył Was dziećmi orchideami, macie zawsze wybór. Możecie z uporem maniaka porównywać je do mleczy i wzdychać, kiedy nie udaje się wepchnąć ich w upatrzone ramki. Możecie udawać, że nie widzicie ich wyjątkowości i zostawić je, żeby radziły sobie same, jak wszystkie inne dzieciaki. A potem patrzeć, jak marnieją.

Możecie też zaakceptować ich wyjątkowość i wyjątkowe wymagania. Ich wysoką wrażliwość potraktować nie jako wyzwanie czy problem, ale jako dar. I – na miarę własnych możliwości – stworzyć im takie warunki, jakich potrzebują. Otoczyć miłością, zrozumieniem, akceptacją i wsparciem. Przyjąć takimi, jakie są.

A potem patrzeć jak rozkwitają.
Ps. Wpis zainspirowany jest książką „Dziecko orchidea czy mlecz. Jak wspierać wrażliwe dzieci” T. Boyce`a. Jeśli trafiło Wam się wysoko wrażliwe dziecko, sięgnijcie po nią. Będzie Wam łatwiej. Mnie jest.


Może Cię też zainteresować:

Gdy Twoje dziecko Cię wkurza…

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj