Dziewczyny też mogą…

with 1 komentarz

Wczoraj zaczęły się piłkarskie mistrzostwa świata. W razie gdybyście tego nie zauważyły, przypomną Wam o tym internetowe poradniki pod hasłem „jak przeżyć mundial?”, sprowadzające się do tego, że trzeba facetom dostarczyć dużo piwka i chipsów, a potem – korzystając z ich nieuwagi – wymknąć się na zakupy. No a jeśli byście jednak ośmieliły się dołączyć do oglądania, róbcie dokładnie to, co oni: wstają – wstajecie z nimi, cieszą się – cieszycie się z nimi, psioczą na sędziego – przytakujecie, że sędzia kalosz. Bez zadawania pytań, bez komentarzy i, broń Was jeżu kolczasty, bez pytania o to, którzy to nasi i co to ten spalony. No chyba, że przeczytacie najpierw inny poradnik, w którym ktoś Wam wyłuszczy, że dokładnie tak samo, jak jakaś lambadziara wbije się nielegalnie do sklepu przed początkiem wyprzedaży i wyprzedzi was w drodze do kasy z wypasioną bluzeczką w cekiny…

Serio? Naprawdę tak ma wyglądać czas mundialu dla kobiet?

 

Piłkę nożną – jak każdą inną dziedzinę sportu czy formę rozrywki – można lubić, albo nie. Ale nie jestem w stanie pojąć, dlaczego z takim uporem lansujemy tezę, że to taka wyjątkowo męska zabawa. Jak patrzę na stadiony, to jednak kobiet tam całkiem sporo. Jak rozglądam się wśród znajomych, to jednak potrafią powiedzieć na temat meczu coś więcej, niż który piłkarz ma fajne nogi, a któremu się sutki wyróżniają pod koszulką.

Może to się niektórym wyda niewiarygodne, ale są kobiety – i to wcale nie małe grono – które też odliczają dni od Euro do Mundialu. Które śledzą Ligę Mistrzów. Które – kurde – wiedzą, co to pułapka ofsajdowa, czerwona kartka i dlaczego sędzia robi graffiti na trawie. Tak, tak, panie i panowie, dziewczyny też mogą…

Mam kolegę, a on ma córkę. Pożalił mi się ostatnio – bidulek – że lipa jest, bo mistrzostwa idą, a on będzie musiał sam mecze oglądać. No bo jak? Z dziewczynką? Przecież wiadomo, że piłka nożna jest dla chłopców. Przecież wiadomo, że dziewczynki piłki nie lubią. Tylko – kurde! – jak mają lubić, jeśli tak często nie dajemy im nawet spróbować? Jeśli z góry zakładamy, że to nie dla nich?

 

Bakcyla trzeba gdzieś złapać

Mam trzy, może cztery lata. Na środku pokoju stoi telewizor Rubin, na czarno-białym ekranie biegają za piłką małe ludziki. Na fotelach, krzesłach, kanapie moi rodzice (tak, rodzice, nie tyko tata!) w otoczeniu sąsiadów – takie to czasy, że telewizorów na wsi jak na lekarstwo, więc na mecze „naszych” zbiera się całe towarzystwo. Właśnie – tych naszych dopingujemy wspólnie. Ja i mój młodszy brat też, chociaż wtedy jeszcze nie za bardzo pewnie kumamy, o co chodzi. Ale już widzimy, że to jest fajne.

Fajne są też godziny spędzone nad rodzinnym albumem, gdzie uroczy blondynek – to tata! – w czarno-białych getrach cieszy się ze strzelonej bramki. I opowieści rodzinne. Jak tata i jego czterej bracia trenowali piłkę nożną od małego. Jak grali w dwóch przeciwnych drużynach i pewnego dnia spotkali się ze sobą w jakimś ligowym meczu. W którym sędzią – profesjonalnym i w pełni zawodowym – był ich tata, a mój dziadek Hirek. I ten dziadek właśnie jednemu ze swoich synów wlepił wtedy czerwoną kartkę.

 

Bakcyla trzeba dokarmiać

Piłka jednak to nie tylko telewizja i opowieści, ale codzienność. To rozgrywki wiejskich drużyn, na których oglądanie schodzi się połowa lokalnej społeczności. To wąsaty sąsiad z brzuszkiem, który na boisku zmienia się w superMario. To gapowaty bramkarz o dziurawych rękach, który nagle broni dwa karne w jednym meczu. To zarozumiały wioskowy lowelas, który w finałowym spotkaniu sezonu marnuje trzy stuprocentowe okazje i odbiera nam awans do wyższej klasy rozgrywek. No i sędzia, który po sprzedaniu meczu za dwa pół świniaka i skrzynkę wódki, musi się ewakuować do malucha zanim dopadną go niezadowoleni kibice.

To także sport w wykonaniu czysto rozrywkowym. Doroczny mecz mecz kawalerowie na żonatych, w którym nasi tatusiowie zmieniają się w boiskowych bohaterów. Wujek Franek turlający się za piłką, którą ledwo widzi zza swojego brzucha. Tata Kaśki, który gra na obronie, bo „ni mom siły biegać”, ale za to jest doskonałym boiskowym strategiem. I sąsiad Marian wywalający na pałę każdą piłkę, która wpadnie mu pod nogi [„Mariaaaan, wyjebałeś w krzaki, to teraz dymaj piłki szukać”]. No i jeszcze mój własny tata, który przed meczem obiecuje dziadkowi solennie, że tym razem nie zagra, bo następnego dnia ruszają z budową, a Który jednak wchodzi „tylko na pięć minutek”… I rzeczywiście schodzi po pięciu minutach, bo w trzeciej akcji zostaje sfaulowany i kolejne dwa tygodnie spędza z nogą w gipsie…

To jeszcze sport w wykonaniu więcej niż amatorskim, kiedy organizujemy mecz panny na mężatki, w którym moja drużyna panien mierzy się z ekipą złożoną z naszych mam, ciotek, sąsiadek i… babć. I jeśli myślicie, że to była łatwa wygrana, to dodam tylko, że wprawdzie młodość i siła była po naszej stronie, to jednak one miały przewagę doświadczenia, wieku i wagi, bo na bramkarza (a graliśmy na małym boisku i na małe bramki treningowe) zgłosiła się sąsiadka, której gabaryty przesłoniły jakieś 60 % światła bramki. Chociaż ostatecznie wygrałyśmy chyba 6 do 4, to na pewno nie ułatwiał sprawy fakt, że dwie z moich zawodniczek w piłkę grały pierwszy raz w życiu, a sędzią był mąż kapitana rywalek… Za to ubaw, zarówno nasz, jak i kibiców, był odwrotnie proporcjonalny do poziomu umiejętności.

 

Bakcyl to codzienność

Ale piłka nożna to także codzienność. To rodzinne mecze dzieci na rodziców, rodzice na dzieci. To wakacyjne jeden na jeden, w których ja jestem Romą, a mój brat Milanem i rozgrywamy zażarty finał Ligi Mistrzów. Z obowiązkowym odśpiewaniem hymnu oraz prezentacją drużyn przed pierwszym gwizdkiem. Jest oczywiście widownia w postaci sąsiada na balkonie, który już w momencie wymiany uścisków dłoni z niewidzialnym sędzią ma problem z zachowaniem powagi, a kiedy sama podstawiam sobie nogę i domagam się karnego („panie sędzio….) zaczyna lać ze śmiechu.

To wspólne oglądanie piłki na żywo i w telewizji. To debaty o tym, kto lepszy, kto lepiej i kogo należy zmienić. To kolekcjonowanie plakatów, kart, naklejek. I uroczyście odśpiewywany hymn, kiedy nasi wychodzą na murawę. I „gooooool” wykrzykiwane do zdarcia gardeł, kiedy nasi strzelają bramki. To także łzy, autentyczne łzy, kiedy przychodzi nam żegnać się z mistrzostwami. Albo kiedy karierę kończy najbardziej ze wszystkich ukochany piłkarz (o tym można poczytać tutaj).

Piłka nożna to także pasja, którą niesie się z sobą przez całe życie. To pierwsze obejrzane na żywo derby Rzymu, gęsia skórka pokrywająca Cię od stóp do głów, kiedy zasiadasz na Curva Sud. I gdy wypełniony po brzegi stadion wybucha euforią po zdobyciu gola. To długie godziny, miesiące, lata w redakcji oficjalnego portalu swojej ukochanej drużyny. To w końcu nawet – wierzcie lub nie – plener zdjęciowy na piłkarskim  boisku w dniu… własnego ślubu.

 

Sport dla…

Bo chociaż usiłuje się nas przekonać, że piłka nożna to sport dla chłopców, dla mężczyzn, prawda jest taka, że to może być pasja dla każdego. Wystarczy zaszczepić bakcyla, zarazić miłością, pokazać to, co w tym sporcie piękne, zaskakujące, niesamowite. A potem przeżywać razem te magiczne 90 minut, w czasie których może się zdarzyć wszystko.

Jak kiedy młodziutki Totti w półfinale Euro 2000 wrzuca piłkę za kołnierz wielkiemu Van Der Saarowi.
Jak kiedy mistrzowska Francja w mundialowym meczu otwarcia przegrywa niespodziewanie z debiutującym Senegalem.
Jak kiedy Jerzy Dudek swoim bramkarskim tańcem zaczarowuje rywali i wygrywa Ligę Mistrzów.
Jak kiedy Roma w lidze mistrzów odrabia straty i wyeliminowuje wielką Barcelonę.

I tak, dziewczyny też mogą to kochać.
I tak, dziewczyny też mogą czuć ten dreszczyk emocji.
I tak, dziewczyny nie muszą w czasie meczu ograniczać się do podawania piwa, robienia pop cornu, uciekania na zakupy lub po prostu nie przeszkadzania.

Bo piłka nożna to nie jest sport dla mężczyzn czy kobiet. To jest sport dla ludzi, których zachwyca to, że na boisku ciągle jeszcze nie wszystko jest oczywiste, nie wszystko jest przewidywalne, nie wszystko jest racjonalne. Że na boisku dzieją się cuda.

To jest sport dla marzycieli. Dajcie nam, panowie, przez najbliższy miesiąc pomarzyć razem z Wami.

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

One Response

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Mój 5-letni syn (no, już prawie 6-letni) dostał ode mnie album do zbierania naklejek z piłkarzami i czynność ta daje mu dużo radości i emocji. Rozpoznaje już Glika, Lewandowskiego, Krychowiaka, grosickiego i Szczęśnego 🙂 Choć nie zna jeszcze wielu zasad gry w piłkę, to mamy razem dużo radości z oglądania meczów. A oglądanie meczów z dziewczyną czy też żoną to pewnie fajna sprawa – niestety mojej żony nie udało mi się do dziś zainteresować piłką nożną i zamiast wspierać, denerwuje mnie swoimi uwagami 😉

Skomentuj