Fragment matki. Złej matki.

with 5 komentarzy

zła matkaWidzisz mnie, jak podnoszę głos, jak niemal krzyczę, żeby w końcu założyła te buty, i znacząco unosisz brwi. Kto to widział na dziecko krzyczeć, matka cierpliwa być powinna zawsze i wszędzie. Zła matka. Patologia jakaś… – mówi Twoje potępiające spojrzenie, kiedy z wyższością gładzisz włoski swojego synka, który nawet rękawiczki zakłada już samodzielnie.

Nie wiesz, że o tych butach debatujemy już od dwudziestu minut. Że nie pomogły żarty i wygłupy, danie wyboru i oferta pomocy. Że jeśli nie wyjedziemy już i teraz, to przepadnie nam ta wizyta u neurologa, na którą czekamy od pięciu miesięcy.

 

Zła matka po raz pierwszy

Widzisz mnie, jak odmawiam zakupu lodów i nie ulegam dziecięcym łzom, choć te jak deszcz płyną po małej, przejętej twarzyczce. Pod nosem szepczesz, że biedne dziecko, że zła matka skąpi głupich trzech złotych, że Twoje dzieci jakoś jadły słodycze i było dobrze. A może i wtrącasz się i proponujesz, że te lody dziecku – mojemu dziecku! – postawisz. Łaskawco.

Nie wiesz, że lody jedliśmy już dziś dwukrotnie. Że kolejna dawka cukru sprawi nie tylko, że w małym brzuszku nie zmieści się obiad, ale też że wieczorne usypianie zajmie trzy razy więcej czasu i doprowadzi do granicy załamania nerwowego całą rodzinę. I że to naprawdę nie chodzi o te głupie trzy złote.

 

Zła matka po raz drugi

Widzisz mnie, jak nie zgadzam się, żeby taplały się w miejskiej fontannie, chociaż inne dzieci chlapią się i biegają jak szalone. Ich radosne śmiechy wypełniają powietrze niemal zagłuszając okrzyki rozczarowania moich maluchów. Coś pod nosem mruczysz o złych matkach, przewrażliwionych wariatkach, co to na nic dzieciom nie pozwalają. Niedobra mamusia nie da Wam się bawić? – wspierasz moje córeczki pseudożyczliwym słowem.

Nie wiesz, że właśnie wyszliśmy ze szpitala po ciężkiej walce z rotawirusem. Że regularnie chodzimy na basen. Ani że raporty sanepidu jasno pokazują, że miejska fontanna to ostatnie miejsce, w którym powinny kąpać się dzieci. W których powinien kąpać się ktokolwiek.

 

Zła matka po raz trzeci

Widzisz mnie, jak w restauracji puszczam dziecku bajkę na telefonie. Coś pod nosem mruczysz o uzależnionych od telewizji przedszkolakach i leniwych rodzicach, którzy zamiast zająć się wychowaniem idą na łatwiznę.

Nie wiesz, że to był dzień zaplanowany i zorganizowany pod dziecko i dla dziecka. Że byliśmy już na placu zabaw i plaży, narysowaliśmy dwadzieścia osiem rysunków, ułożyliśmy puzzle, zbudowaliśmy domek dla lalek z pudełka po butach, czternaście razy przeczytaliśmy ulubioną bajkę, a za chwilę idziemy jeszcze na rower i rolki. Że usiadłam po raz pierwszy od świtu i po całym dniu w rytmie „dlaczego?”, „po co?” i „jak?” marzę tylko o dziesięciu minutach ciszy.

 

I jeszcze jeden…

Widzisz mnie, jak wybucham. Jak po kolejnej próbie pokojowego zakończenia spaceru, rozdarta gdzieś między wózkiem a nosidłem, między uciekającą dwulatką a marudzącą czterolatką w końcu pękam. I przez zęby cedzę „jak NATYCHMIAST nie zobaczę Cię w wózku, to mnie popamiętasz” głosem tak groźnym, że nawet mnie samej robi się zimno. I w myślach już nasyłasz na mnie MOPS, żeby porządek zrobił z tą patologią, co nie powinna mieć dzieci, skoro nie umie się nimi zająć.

Nie wiesz, że na nogach jestem od piątej nad ranem. Że przez 5 dni w tygodniu jestem sama z dwójką maluchów. 24 godziny na dobę. Bez wsparcia i bez pomocy na polu bitwy, którego ramy wyznaczają pieluchy, śliniaki, kaszki i plastelina w dywanie. Oraz nieprzespane noce, które dawno już przestałam liczyć. Nie wiesz też tego, że – choć w gniewie i zmęczeniu w końcu pękłam i rzuciłam przykrym słowem – nigdy w życiu nie podniosłam ręki na moje dziecko, a w moim domu nie stosuje się nawet kar.

 

I jeszcze raz…

Widzisz, jak moje dziecko krzyczy na mnie i rzuca się w rozpaczy na ziemię, kiedy dowiaduje się, że jednak nie może zabrać czerwonego autka tego chłopca z placu zabaw. Tak się kończy bezstresowe wychowanie, dajesz sobie wchodzić na głowę, za moich czasów dzieci się tak nie zachowywały – mówisz do mnie grymasem twarzy, albo i na głos, jeśli nie brak Ci tupetu.

Nie wiesz, że takie zachowanie na pewnym etapie życia dziecka jest zupełnie normalne. Że wspólnie z synkiem pracujemy nad coraz bardziej cywilizowanymi sposobami wyrażania emocji, a takie ataki zamiast dziesięć razy dziennie zdarzają się nam już tylko trzy razy w tygodniu. Że to, w czym Ty widzisz efekt braku dyscypliny i rodzicielskich kompetencji, ja uważam za prawo dziecka do wyrażania uczuć i ze wszystkich sił staram się dawać mu zrozumienie i i wsparcie, których potrzebuje bardziej niż Twoich uwag.

 

Zła matka po raz enty

Widzisz mnie, jak rozwrzeszczaną dwulatkę wynoszę z placu zabaw pod pachą, spocona i wściekła. A ona płacze i krzyczy, swoim gromkim „puść”, „nie chcę do domu”, „chcę się bawić” budząc zainteresowanie całego placu zabaw i ptaki podrywając z okolicznych drzew. Niech się dziecko pobawi, weź odpuść – mówi Twoje spojrzenie, w którym zamiast zrozumienia i solidarności widzę tylko oburzenie i poczucie wyższości.

Nie wiesz, że o konieczności wyjścia z placu zabaw uprzedziłam córkę odpowiednio wcześniej i przypominałam kilkakrotnie. Że pomogłam jej pożegnać się z huśtawką zjeżdżalnią, karuzelą i ciul wie, z czym jeszcze. Że zaakceptowałam jej emocje i dałam tyle wsparcia, ile tylko mogłam. Oraz że za pół godziny muszę być w pracy, jeśli nie chcę, żeby wkurzony kolejnym spóźnieniem szef zastąpił mnie kimś bardziej… hmmm… bezdzietnym, odbierając mi jedyne źródło utrzymania.

 

Widzisz, ale nie wiesz

Widzisz jakiś fragment mojej rzeczywistości, ale nie wiesz, z jak złożonej, skomplikowanej, wielobarwnej układanki on pochodzi.
Nie wiesz, ale swoją opinię już masz wyrobioną.
Nie wiesz, ale oceniasz szybko i bezlitośnie.
Nie wiesz, ale w swojej głowie wydajesz już wyrok.
Zła matka. Niecierpliwa. Niewrażliwa. Skąpa. Nieczuła. Tresująca. Przewrażliwiona. Uległa. Niekonsekwentna.
Matka wariatka.
MaDka.

 

Tak łatwo

Łatwo przychodzi nam oceniać ludzi po jednej sytuacji, jednym geście, jednym słowie. Ze złożonej, skomplikowanej układanki cudzego życia widzimy ułamek ledwie, mały puzzel i wydaje nam się, że wiemy już wszystko, że wiemy lepiej. Podejrzane w przelocie migawki, fragmenty cudzego życia w mgnieniu oka przekształcają się w etykiety. Uproszczone, niesprawiedliwe, okrutne nawet.

Sama łapię się na tym, że na widok jakiejś sceny miga mi w głowie ta zła matka. Ocena tyleż surowa, co krzywdząca swoją niekompletnością. Łapię się na tym i walczę z tym, ile sił. Bo nie chcę być jednym z tych samozwańczych sędziów, co wyroki ferują, choć nikt ich o zdanie nie pytał. Bo wolę ocenić kogoś zbyt dobrze, niż zbyt źle. Zbyt łagodnie, niż zbyt surowo. Bo wiem, jak trudno jest być mamą. I wiem jak łatwo być złą matką w oczach innych.

 

Tak trudno

Pisząc o macierzyństwie czasem trudno nie popaść w patos. Bo jak mówić spokojnie i z umiarkowaniem o tym zadaniu, które odmienia wizję świata i odwraca piramidę priorytetów. Jak nie unosić się nad małym człowiekiem, który śladami swoich stópek wyznacza nowe drogi dla rodzicielskiej wrażliwości i wyobraźni? Jak nie wzruszyć nad tym obrazkiem pełnym krzywych laurek, niezdarnych uścisków, zaskakujących komplementów („mamusiu, taka jesteś mięciutka”) i wilgotnych buziaków służących za budzik o wschodzie słońca?

A jednak, niezależnie od patosu, wzruszenia i radości, jest macierzyństwo, jest rodzicielstwo przede wszystkim ogromnym wyzwaniem. Tym trudniejszym, że nie da się go zawiesić, przerwać, zakończyć przed czasem. Nie da się z niego wypisać, gdy zwątpienie, gdy potknięcia, gdy sił brakuje.

Jest wyzwaniem trudniejszym stokrotnie, bo towarzyszy mu bezlitosna publiczność, która Twoje błędy i potknięcia wychwyci niezawodnie. Która te błędy bez skrupułów wytknie słowem, gestem, a czasem spojrzeniem mówiącym więcej niż słowa. Która po jednym wyrwanym z kontekstu geście, jednym nieopatrznym zdaniu, jednym wybuchu, którego Ty sam żałujesz najmocniej, odsądzi Cię od czci i wiary, zaetykietuje na dalszą drogę, na plecach przyczepi kartkę, żeś beznadziejna, niekompetentna i w ogóle nie umiesz w to całe rodzicielstwo. Żeś zła matka.

 

Supermoc

Bycie mamą nauczyło mnie wielu rzeczy. Obok codziennych wyzwań dało mi też nową supermoc – grubą, znacznie grubszą niż niegdyś skórę. Trzeba było długich tygodni, miesięcy nawet, żeby stała się wystarczająco twarda, ale w końcu się udało. I teraz wszystkim tym, którzy moje macierzyństwo mają czelność osądzać po jakichś drobnych odpryskach rzeczywistości, ja, dla nich zła matka, mówię bez oporów i prosto w twarz – to nie Twoja sprawa!

I Ty też nie wahaj się tak zrobić. Bo prawda jest taka, że o tym, jak wygląda całokształt Twojej rodzicielskiej rzeczywistości wiesz tylko Ty sama, tylko Ty sam. Nie daj się tym, którzy widzą, ale nie wiedzą. Niech lepiej zajmą się swoim życiem.

 

A jeśli ten tekst Ci się spodobał – zajrzyj też tutaj. To chyba najdłuższy, ale i jeden z najpopularniejszych tekstów na moim blogu. Moje credo!

Więc mówię Ci po prostu: To nie Twoja sprawa!

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

5 Responses

  1. Gosia z pokoju obok
    | Odpowiedz

    To mi było dziś potrzebne.

  2. Magda Ka
    | Odpowiedz

    Piękny wpis, gratulacje, chciałam jakoś skomentować, ale nie mam nic do dodania 🙂 Ta gruba skóra pomaga, mam wrażenie, że później już odstrasza 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Nie wiem, czy odstrasza, ale na pewno ułatwia życie 🙂 Dziękuję że miłe słowa!

  3. szurszur
    | Odpowiedz

    Piszesz o szerokim spojrzeniu i tutaj rzeczywiście wyczerpująco, z pełną empatią dla kopanego z wielu stron podgatunku homo parentis.
    Czasem jest też tak, że my-ludzie zamiast patrzeć nawet w wąskim zakresie, tylko na to, co pod nosem, zaczynamy budować, nadbudowywać i dopowiadać – w zasadzie w każdej kwestii. Umysł rzuca się na ochłapy rzeczywistości i opowiada swoją bajkę, a czy były podstawy? Często nie.
    Historyjka: siedzę 3 godz w poczekalnie do poradni K. Przede mną rodzina: dziewczyna w ciąży, jej mąż i 4-letni synek. Przez te bite 3 godz chłopiec siedzi spokojnie, a to się chwilę pobawi, a to obejrzy coś na telefonie, a to wychodzi na chwilę z tatą na zewnątrz. Myślę: jakie spokojne dziecko! (w głowie mam to, co mógłby wyczyniać przez te 3 godz) i mówię to. Na co ojciec: no tak, bo ja taką ciężką rękę mam.
    Mam otwartą japę i słyszę w głowie: “pochwaliłam sadystę,aaaaa!”
    A czy tak było? Kit wie. Mogę widzieć tyle, ile widziałam, a nie widziałam wiele. Reszta to opowieść mojego mózgu.

Skomentuj