Gniew – największy wróg rodzica, jakim chcesz być

with 9 komentarzy

gniewChcemy widzieć rodzicielstwo w ciepłych barwach. Kojarzyć je z miłością, radością, dumą, satysfakcją. I dobrze, bo takie jest. Bo takie bywa. Ale jest też jedno uczucie, równie nieuniknione, które bardzo szybko może sprawić, że nasza idealna wizja sypie się jak domek z kart. Gniew. Największy wróg rodzica, jakim chcesz być.

 

Kiedy planujemy swoją przyszłość z dziećmi widzimy w niej wspólne zabawy, poważne rozmowy, inspirujące odkrywanie świata podparte autorytetem rodziców, ich mądrymi zasadami i oceanem cierpliwości i zrozumienia. A potem rodzi się dzidziuś, uroczy nasz bobasek…

Nieprzespane noce, kolki, wiszenie godzinami na piersi, ciężkie od kilkugodzinnego bujania „słodkiego ciężaru” ręce, płacz – a może ryk raczej, bo trudno to nazwać płaczem – kiedy na krok znikamy z zasięgu wzroku… Nasza przedporodowa wizja zaczyna się delikatnie chwiać, pierwsze ryski znaczą jej powierzchnię, ale jeszcze się trzymamy, jeszcze nie tracimy fasonu. A potem nasz maluszek dorasta, zmienia się w „zbuntowanego dwulatka”, „upartego trzylatka”, „czterolatka wiecznie na nie”, “dziesięciolatka, który wie wszystko najlepiej”… I okazuje się, że piękna teoria mocno się różni od brutalnej rzeczywistości…

 

Trzy…

Jest poniedziałek rano. W porannym pośpiechu i zamieszaniu staramy się zebrać, zorganizować, wygramolić. Śniadanie, ubieranie, mycie. Ktoś zgubił szczotkę do zębów, ktoś niezadowolony, że szynka a nie dżem, ktoś wkurzony, że tamten na niego patrzy, ktoś przypomniał sobie właśnie, że miał dziś przyjść przebrany za pingwina.

W plątaninie kurtek, szalików, w litanii „załóż buty”, „gdzie masz plecak”, „nie duś brata”, dudni Ci w głowie, że trzeba było wstać wcześniej, trzeba było nie włączać tej drzemki w telefonie, trzeba było nie oglądać wczoraj trzech odcinków GoT i pójść spać o ludzkiej porze. I kiedy w końcu wydaje Ci się, że jesteście gotowi, kiedy przekraczacie próg i jest szansa, że spóźnicie się tylko pięć minut, a nie pół dnia, Twój czterolatek decyduje się zdjąć buty i za żadne skarby nie daje sobie ich na nowo założyć…

 

Dwa…

Jest środa po południu. Wracasz wkurzona z pracy. Szef uszczęśliwił Cię szkoleniem stażysty, który kompetencje zna tylko z widzenia, ale za to jest synem burmistrza. Gdzieś pomiędzy krótkim szkoleniem z podstaw Excela, a tłumaczeniem, że niszczarka i drukarka to jednak nie to samo, wylewasz sobie na ulubioną spódnicę kubek kawy. Potem w korkach jakiś debil nie dość, ze wymusza Ci pierwszeństwo, to jeszcze pozdrawia Cię środkowym palcem. A w radio nawijają o nowych pomysłach rządu, skutecznie podnosząc Ci ciśnienie.

Wchodzisz do domu. Mąż gada przez telefon, dzieci kotłują się na podłodze. Najstarsze w nieudolnej próbie zrobienia sobie szejka właśnie przykleiło do sufitu dziwną mieszaninę jogurtu i święty jeż tylko wie czego…

 

Jeden…

Jest niedziela. Wybieracie się na zaplanowany dawno rodzinny piknik. Koszyk przekąsek, które dziergałaś od bladego świtu, ląduje na kocyku. W słoiczkach pyszna, bezcukrowa oczywiście, lemoniada z ogórka. Sałatka z jarmużu i wrapy z dzikim łososiem, który o antybiotykach mógł najwyżej usłyszeć od swoich biednych, hodowlanych kolegów, prężą się na talerzach w towarzystwie wegańskich bezików z wody po cieciorce i bezglutenowych, bezlaktozowych i bezcukrowych rurek z lekkim jak chmurka nadzieniem z niczego.

Zamiast jednak delektować się pysznościami dzieci wydzierają sobie z rąk IDENTYCZNE talerzyki, bo „tamten jest lepszy”, i marudzą, że na kocu niewygodnie a pikniki są głupie. Mąż rękawem ociera łzę tęsknoty za schabowym, co to zawsze był w niedzielę u jego mamusi na obiedzie. I wtedy najmłodsze zaczyna płakać, bo ma ochotę na chipsy i lizaka, a nie na jakieś głupie jarmuże…

 

BUM!!!

I wybuchamy. Oj, jak my potrafimy wybuchnąć. Oj, jak wykrzyczeć to, co się w nas skumulowało i zawrzało gorzką, toksyczną pianą. Wygarnąć do piątego pokolenia wstecz, wywrzeszczeć, że „ty ciągle”, „wy zawsze”, „wy nigdy” i przypomnieć – a pamięć mamy przecież w takich momentach fenomenalną! – że dwa tygodnie temu mleko wlane do kalosza, a w poniedziałek uwaga w dzienniczku, a w grudniu jeszcze dziura w spodniach specjalnie kupionych na święta u cioci Teresy. I niewdzięczny ty, niegrzeczny ty, nieznośny ty. I jak możesz. I nigdy więcej, bo popamiętasz.

I dość mam tego wszystkiego. I wszystko to wasza wina.

 

I cisza.

Po wybuchu bomby przez chwilę panuje cisza, jest moment oszołomienia, dezorientacji, niewiary. A potem emocje, kłębowisko emocji. I jego łzy, i krzyk, i strach. Niedowierzanie, niezrozumienie. Czasem bunt jeszcze większy i ucieczka i trzaśnięcie drzwiami. Czasem cisza i poczucie winy. I „czy Ty mnie już nie kochasz, mamusiu?” ciężkie jak ołów i głuche jak pęknięty dzwon.

I smutek i wyrzut sumienia. Że można było inaczej. Że trzeba było inaczej. Że tak naprawdę to nie JEGO wina. Że rykoszetem dostało się komuś, kto najmniej w tym wszystkim winny.

I poczucie porażki, że znowu. Że pomimo wszystko. Że jednak kolejna wtopa. Że znowu nie jestem takim rodzicem, jakim chciałabym być.

 

Rodzic też człowiek

W gniewie nie ma nic złego. W społeczeństwie, gdzie cenimy głównie te pozytywne emocje, takie twierdzenie może niektórych zaskoczyć, ale taka jest prawda. Nie ma lepszych i gorszych emocji, wszystkie czemuś służą, do wszystkich mamy prawo.

Gniew to element mechanizmu obronnego człowieka. Pozwala reagować w sytuacji zagrożenia, bronić się, wyznaczać swoje granice. Dlatego warto dać sobie pozwolenie na gniew. Nie udawać spokojnego i wyluzowanego w każdej sytuacji. Powiedzieć sobie i innym „wkurza mnie to”, „nie rób tak”, „doprowadza mnie to do szału”. A czasem i wybuchnąć, jeśli inaczej się nie da. Ale…

 

Gniew tak, krzywdzenie nie

Gniew jest naturalny, ale nie oznacza to, że możemy go okazywać w dowolny sposób. Że możemy go wyładowywać kosztem innych, upokarzając, atakując, tłamsząc, krzywdząc czynem czy słowem. Depcząc w zaślepieniu „winowajcę”, którego winą często jest to tylko, że akurat jego gest, w innej sytuacji nieznaczący i błahy, przeważył szalę.

Gniew jest naturalny tak u dziecka, jak i dorosłego, ale dorosły człowiek dysponuje, a przynajmniej powinien dysponować, narzędziami, które z gniewem pozwolą mu sobie poradzić. Przy czym poradzić sobie, wcale nie oznacza tłumić, a wyrażać w sposób, który jest akceptowalny dla nas i dla otoczenia.

 

Gniew rodzica

W rodzicielstwie nie ma łatwo. Dużo jest zmęczenia, codziennych negocjacji, niełatwych kompromisów, wytyczania własnych i szanowania cudzych granic. Dużo jest punktów zapalnych, które mogą skumulować się w niebezpieczny płomień i wybuchnąć z niespodziewaną siłą, raniąc najbardziej tego, kto najmniej winny. Dziecko. Niedojrzałe, nie potrafiące jeszcze kontrolować własnych emocji, szukające swojej drogi, potrzebujące wsparcia i zrozumienia. Często nieporadne, nierozsądne, niesforne. Nie tak dojrzałe, jak byśmy tego chcieli. Dziecko będące dzieckiem po prostu.

Jako ofiara rodzicielskiego gniewu dziecko staje się jeszcze bardziej zagubione, przytłoczone poczuciem winy, niepewne, rozemocjonowane. Coraz bardziej – jak małe lustro – rozgniewane i coraz bardziej w tym gniewie bezradne. I właśnie dlatego tak ważne jest, abyśmy my, dorośli ludzie, potrafili okiełznać swój gniew. I żebyśmy my, rodzice, nauczyli się radzić sobie z nim i nauczyli tego nasze dzieci. Bo choć wszystkie emocje są dobre, to nie wszystkie czyny nimi dyktowane są akceptowalne. A zamiast pozwolić gniewowi ranić i niszczyć ludzi dookoła, można wykorzystać jego energię do działania, które przynosi pozytywne efekty. Jak? A to już temat na następny wpis!

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

9 Responses

  1. Kamil
    | Odpowiedz

    Zdarza mi się czasem wybuchnąć gniewem, nie do dzieci ale do swojej partnerki czy rodzeństwa. Nie zawsze się z tym dobrze czuję, bo faktycznie można było inaczej. Ale nie raz ciężko się opanować…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To prawda, zwłaszcza że zwykle gniew raczej tłumimy niż staramy się rozładować w jakiś konstruktywny sposób albo upuszczać “stopniowo”. A jak już się nazbiera to trudno wyhamować…

  2. Świat Toli
    | Odpowiedz

    Byłam ostatnio na warsztatach Pracowni Pozytywka, gdzie uczyli jak sobie radzić z takimi wybuchami. Bardzo fajnie było.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Takie warsztaty to super sprawa. Cieszę się bardzo, że coraz więcej jest takich miejsc, gdzie można nad sobą pracować.

  3. ladymamma.pl
    | Odpowiedz

    Myślę, że nie ma rodzica, któremu nie zdarza się wybuchnąć gniewem… Przynajmniej ja takiego nie znam! 😉 Zazwyczaj jestem bardzo spokojnym człowiekiem, ale i ja mam chwile słabości… Oczywiście potem mam straszne wyrzuty sumienia… Dlatego też kiedy mi się to zdarzy zawsze przepraszam i tłumaczę dlaczego się zdenerwowałam.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Nie każdy rodzic i generalnie nie każdy dorosły ma jaja, żeby przeprosić dziecko za wybuch. Zwykle raczej olewamy sprawę i udajemy, że nic wielkiego się nie stało. A dla dziecka się stało. Dlatego to przeproszenie i tłumaczenie potem jest takie ważne. Zwłaszcza, że dzieci się przecież uczą od nas.

  4. RoMaO
    | Odpowiedz

    Ja bardzo, bardzo zwracam uwagę na wypowiadane słowa, bo one potrafią ranić tak samo jak nóż wbity w serce. “Kazio, Franio, ja cię zabiję!!!”, “Mirka, Ryśka, ja cię uduszę!!!” – to tylko pierwsze przykłady z brzegu. Pomijając już fakt, że słowa mają moc sprawczą (“Strzeżcie się swoich myśli, bo to o czym myślicie – otrzymacie to”).

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Masz stuprocentową rację. Ja czasem jestem bardzo zaskoczona, jak moja córka przypomina mi jakieś słowa (niekoniecznie moje), które gdzieś kiedyś padły i mi szybko wyleciały z pamięci, a dla niej okazały się bardzo ważne. Dlatego staram się pewne rzeczy najpierw powiedzieć do siebie w głowie i zobaczyć, czy rzeczywiście są tym, co chcę, żeby moje dziecko usłyszało. Bo nie da się “odusłyszeć” 🙂

  5. Raczkiremontuja
    | Odpowiedz

    Też mi się to zdarza, jednak obrywa się Radkowi 🙁 na szczęście coraz częściej udaje mi się nad tym zapanować 🙂

Skomentuj