Ile włożyć do koperty na komunię?

with 2 komentarze

Ile włożyć do koperty na komunię?

Idzie maj a z nim pierwsze komunie święte. Bezpośrednie spotkanie z Jezusem ukrytym w hostii, długie rzędy chłopców i dziewczynek ubranych w białe alby, przejęci rodzice i goście, podniosła atmosfera wyjątkowego dnia. No i oczywiście prezenty. Dla niektórych nieznaczący dodatek do znaczącej uroczystości. Dla innych priorytetowy punkt przygotowań. I to dręczące wszystkich pytanie – ile włożyć do koperty na komunię?

 

Wydawałoby się, że takie pytanie zwyczajnie nie ma racji bytu. No bo jak to, ile do koperty na komunię? Logiczne przecież, że to tylko i wyłącznie Twoja sprawa. Logiczne przecież, że dajesz tyle, ile chcesz, i tyle, na ile Cię stać. Ale kwestia nie jest taka prosta, jak mogło by się wydawać postronnemu obserwatorowi.
Wystarczy zobaczyć dyskusje na rodzicielskich grupach. Wystarczy poczytać artykuły na różnych, nie tylko parentingowych, portalach, żeby się okazało, że to mityczne “ile włożyć do koperty na komunię?” autentycznie spędza ludziom sen z powiek. Jest przecież tyle czynników, które należy uwzględnić. Tyle super, ekstra, hiper ważnych powodów, żeby kilkakrotnie obejrzeć każdy wkładany do koperty banknot. No bo co ludzie powiedzą? No bo kto da więcej? No bo co wypada, a co nie wypada? I już widzisz, że – jak z tym statusem związku na Facebooku – “to skomplikowane”.

 

Kochanie przez obdarowywanie

Niepojętym jest dla mnie, że można tak łatwo przeliczać na pieniądze emocje i międzyludzkie relacje. Kiedy codzienną nieobecność w życiu dziecka próbujemy wynagrodzić drogim prezentem. Kiedy brak znajomości tego konkretnego chłopca czy tej konkretnej dziewczynki, w których wychowaniu mieliśmy brać udział, zrównoważyć chcemy kopertą. Kiedy zamiast refleksji, “co go ucieszy”, skupiamy się na tym, żeby koperta ta była odpowiednio gruba.
Serio? Czy to naprawdę pozwala komuś uciszyć wyrzuty sumienia?

 

Kochanie przez porównanie

Jeszcze bardziej niepojętym jest dla mnie, że można stopień zażyłości przeliczać na należne pieniądze. Że potrafimy nawet w tej sytuacji stworzyć widełki przewidujące, ile powinni dać chrzestni, ile dziadkowie, ile inni goście. Bo tak wypada. Bo tak się przyjęło. Bo jak ciotka Helena wsadza pięć stówek, to nie możemy być gorsi.
Serio? Czy to jest jakiś konkurs na najfajniejszego wujka na świecie?

 

W czerni i bieli

Niepojęte jest dla mnie również, że można próbować z góry określić i narzucić jakieś ogólne wytyczne w sytuacji, w której tak wiele jest zmiennych. Bo przecież różne są możliwości obdarowujących, różne są rodzinne uwarunkowania i potrzeby, różne wychowawcze wizje. I różne są przede wszystkim same dzieci.

Trafiłam ostatnio na dyskusję o tym, komu należą się pieniądze zebrane przez dziecko na komunię. Jak zwykle dwa zacietrzewione obozy i zupełny brak zrozumienia. Jedni, że tylko i wyłącznie dziecku, bo to jego prezent i może z nim zrobić, co tylko sobie wymarzy. Drudzy, że należą się rodzicom, bo oni zorganizowali przyjęcie, oni utrzymują dziecko i oni rozsądniej je wydadzą, podczas gdy dziecko wywali wszystko na chipsy i naklejki. Biel i czerń bez drogi pośredniej. A gdzie miejsce na dzieci, które ktoś po drodze nauczył rozsądnego gospodarowania pieniędzmi? Albo na te, które skrupulatnie zbierają pieniądze na wymarzony gadżet? A przecież właśnie znajomość samego dziecka powinna najbardziej wpływać na to, jaki prezent dla niego wybierzemy.

 

Za naszych czasów…

Mogłabym oczywiście westchnąć, że kiedyś to się dostawało zegarek. Albo łańcuszek. Albo – jak kto miał szczęście – rower z takimi śmiesznymi kulkami założonymi na szprychy. Mogłabym idealizować, że wtedy to się liczył wymiar duchowy a nie prezenty. Ale to bzdura. Bo przecież także “za naszych czasów” wielu odbijała prezentowa szajba, tylko – zupełnie zwyczajnie – inne gadżety były wtedy na topie, a i możliwości zakupowe bywały bardziej ograniczone.

Prosta prawda jest taka, że czy to za naszych czy za innych czasów, decydujące okazuje się podejście dorosłych, którzy mniej lub bardziej nakręcają prezentową rywalizację i, zamiast kłaść nacisk na istotę uroczystości, skupiają się na tym, jakie menu, jaka fryzura, jakie atrakcje i – oczywiście – kto da więcej. A wiecie, że są nawet i tacy, którzy nie przychodzą na uroczystość do kościoła, a wpadają tylko na samo przyjęcie z prezentem? Taki mały absurdzik…

 

Za TYCH czasów…

Psioczymy na to, że z uroczystości o charakterze duchowym staje się pierwsza komunia święta wystawną fetą na miarę wesela. Psioczymy, że ważniejsze od wymiaru religijnego, stają się stroje, prezenty, restauracja i podjechanie pod kościół odpowiednio wypasioną bryką. Psioczymy, że znowu i po raz kolejny ze zdrowym rozsądkiem wygrywa polskie “zastaw się, a postaw się”. Psioczymy, a potem… wskakujemy w ten szalony strumień pod hasłem “ile włożyć do koperty na komunię” i wiosłujemy razem z innymi. Bo co ludzie powiedzą. Bo przecież tak wypada. Bo nie będę się kopał z koniem. A potem oburzamy się, że Vanessa podjeżdża limuzyną, Piotrek ma imprezę na 120 osób, a Magdalena komunijne hybrydy z cyrkoniami. Że o uprzedniej korekcie uszu już nie wspomnę.

A przecież to do nas należy postawienie granic temu szaleństwu. To my, dorośli, rodzice, chrzestni, dziadkowie, możemy przywrócić właściwy wymiar pierwszej komunii świętej. Pokazać dziecku, że piękna oprawa, choć ważna, nie jest najważniejsza. Że jest tylko dodatkiem do prawdziwego sensu. I nie, wcale nie chodzi o to, żeby zrezygnować z prezentów. I nie, wcale nie chodzi o to, że prezenty są złe i wszystko niszczą. Chodzi tylko o zachowanie odpowiednich proporcji.

 

Ile włożyć do koperty na komunię?

Nie ma i nigdy nie będzie na to pytanie jednej, właściwej odpowiedzi. Są za to odpowiedzi na pewno błędne. Ile włożyć do koperty na komunię? Na pewno nie tyle, ile wypada według sąsiadów, ciotek, dziadków czy nawet dziennikarzy podbijających odsłony swoich portali chwytliwym tematem. Na pewno nie tyle, żeby wypaść lepiej od innych krewnych. Na pewno nie tyle, żeby wszystkim opadły ze zdumienia szczęki. Na pewno nie tyle, żeby pokazać innym, że “stać cię” i “masz gest”.
Kluczowy jest tu po prostu zdrowy rozsądek. Bo nie chodzi o to OD kogo jest prezent, a DLA kogo jest prezent. A jest on dla dziecka. Czy cztero-, a bywa że i pięciocyfrowa kwota to naprawdę odpowiedni prezent dla dziewięciolatka?

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Żyjemy w tak skomercjalizowanym świecie, że większość ludzi postrzega innych poprzez możliwości finansowe. Owszem, status majątkowy oczywiście ma przełożenie na charakter człowieka (zaradny-niezaradny, odważny-bojek), ale strasznie mnie denerwuje, że dzięki pieniądzom można kupić coraz więcej, jak chociażby spokój sumienia. Mnie przeraża jeszcze inna rzecz – dla naszych dzieci, chcąc czy nie chcąc, liczą się przede wszystkim prezenty… Wymiar materialny święta. Czy wobec tego nie za wcześnie dzieciaki idą do pierwszej komunii? Czy tak 8 czy 9 latek wie co się dzieje i wierzy w to, czy po prostu robi to bo tak robią wszyscy? Mam sąsiadów, których dzieci byli w I komunii i od tamtego czasu nie widziałem tych dzieci w kościele…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Też się ostatnio zastanawiałam, czy to 8-9 lat to nie jest zbyt wcześnie. Ale dzieci rozumieją więcej niż nam se wydaje, tylko trzeba je mądrze poprowadzić. A co do dzieci sąsiadów… Cóż, jakkolwiek smutno by to nie brzmiało, pewnie wrócą do kościoła za kilka lat. Przed bierzmowaniem…

Skomentuj