Kubeczek, czyli jak być lepszą mamą

with Brak komentarzy

jak być lepszą mamąWczoraj na fanpage’u Pozytywnego Domu napisałam, że moja pięciolatka wróciła do przedszkola po miesięcznej przerwie spowodowanej ospą, strajkiem, świętami i długim weekendem. I że potrzeba było półtoragodzinnych negocjacji, żeby bez płaczu, na spokojnie weszła do swojej sali. Pośród komentarzy i wiadomości, które ten post wywołał, przewijał się wątek. „Ty to masz cierpliwość, zazdroszczę, ja bym tak nie mogła”. I to jest taki moment, kiedy chciałam Wam powiedzieć, że ja często też nie mogę. Ale za to przemyślałam sprawę i odkryłam sposób, który sprawia, że coraz częściej mi się udaje. Sposób, jak być lepszą mamą.

 

Sposób jest banalny. Napełnij SWÓJ kubeczek!

Ze wszystkich metafor wychowawczych, jakie najbardziej przemawiają do mojej wyobraźni, jest ta o kubeczku. Ma go w środku każde dziecko, a rodzice napełniają go miłością, troską, poczuciem bezpieczeństwa. Ale ja patrzę na to szerzej.

I widzę, kubek, który ma w sobie każdy z nas. A którego odpowiednie wypełnienie zapewnia nam zdrowe funkcjonowanie. My, dorośli, sami powinniśmy dbać o to, żeby go regularnie napełniać. A tymczasem tak często – zdecydowanie za często! – o tym zapominamy. I to jest podstawowy błąd. Bo można przez jakiś czas funkcjonować z pustym lub niemal pustym kubkiem, ale to tylko rozwiązanie awaryjne. I nigdy nie będzie to funkcjonowanie w pełni, na właściwym poziomie komfortu.

 

Kto jest ważniejszy?

Jakiś czas temu, w ogniu domowej utarczki o coś, czego już nawet nie pamiętam, moja córka rzuciła do mnie: „No to kto jest ważniejszy, mama czy dziecko?”. Na usta – zupełnie bezrefleksyjnie – cisnęło mi się okrągłe zdanie. Jedno z tych, jakie powtarza nam się często wraz z mitem umartwiającej się Matki Polki. Coś w stylu „oczywiście, że jesteś dla mnie najważniejsza, córeczko”. I pewnie jeszcze cztery lata temu tak właśnie bym powiedziała. Żeby mieć pewność, że czuje się ważna i kochana. Dzisiaj mam poczucie, że to błędna droga. Więc odpowiedziałam: „Nikt nie jest ważniejszy. Każdy członek rodziny jest tak samo ważny i o każdego tak samo mocno się troszczymy”. Bo tak jest w istocie.

My, rodzice (a chyba szczególnie matki), mamy tendencję do stawiania potrzeb dzieci na pierwszym miejscu. To oczywiście naturalny odruch i często przynosi dobre efekty, bo dziecku trudniej niż dorosłemu odroczyć zaspokojenie swoich potrzeb. Ale regularne zaniedbywanie siebie to droga donikąd. I to podwójnie. Bo szkodzi nie tylko nam, ale, w szerszej perspektywie, także i dziecku.

Zmęczony, zdenerwowany, zaniedbujący siebie rodzic nie jest i nie będzie tak dobrym rodzicem, jakim mógłby być, gdyby pamiętał także o sobie. Jeśli zastanawiasz się, jak być lepszą mamą, to właśnie zdanie powinnaś sobie powtarzać jak najczęściej.

 

Jak w samolocie!

Nie wiem, kto jest autorem tego porównania, bo spotkałam się z nim już w kilku miejscach, ale lubię je bardzo. Bo macierzyństwo rzeczywiście jest trochę podobne do lotu samolotem. I nie chodzi wcale o to, że jesteś zamknięty w metalowej puszce z krzyczącym maluchem, a 100 współpasażerów patrzy na Ciebie krzywo. Ani o możliwe turbulencje. Ani nawet o to, że nie możesz posadzić swojego dziecka na miejscu z przodu, a samemu usiąść spokojnie na tyle. Chodzi za to o zasady bezpieczeństwa. Instrukcja przewiduje bowiem, że w razie niebezpieczeństwa, kiedy z sufitu wypadają maseczki tlenowe, zawsze najpierw zakładamy ją sobie, a dopiero potem dziecku. Nie z egoizmu, a ze zdrowego rozsądku.

Żeby móc pomóc dziecku, musimy mieć do tego siły. Musimy mieć zasoby. I to dotyczy nie tylko awaryjnego lądowania, ale życia w ogóle. Nie damy rady z empatią zareagować na szalejące emocje dziecka, jeśli sami jesteśmy na skraju załamaniu. Nie nauczymy go, jak sobie radzić z gniewem czy złością, jeśli sami funkcjonujemy jak tykająca bomba. Nie pomożemy rozwiązywać problemów, jeśli sami uginamy się pod ciężarem własnych.

Z pustego, naprawdę, nawet matka nie naleje.

 

Jak być lepszą mamą?

To może zabrzmieć banalnie, ale pierwszy, podstawowy krok, można streścić w kilku słowach. Bądź lepsza dla siebie. I zanim prychniecie, że to tylko okrągłe zdanie, które nic nie znaczy, przywołajcie w głowie te momenty, w których udawało Wam się być takimi mamami, jakimi być chcecie. Jestem pewna, że większość takich sytuacji miała miejsce wtedy, kiedy gdzieś wcześniej udało Wam się zgromadzić odpowiedni zasób energii, z której mogłyście potem czerpać w „batalii” o niewłaściwy kubek, brzydkie spodnie czy niechęć do pójścia do przedszkola.

Zaczęłam ten tekst od moich półtoragodzinnych negocjacji z córką (choć to była zdecydowanie bardziej rozmowa niż negocjacje). A teraz chciałam doprecyzować: miałam na nie siłę, bo po majowym weekendzie w rodzinnym domu, w życzliwym otoczeniu, bez pośpiechu i wyzwań, mój kubeczek był wypełniony po brzegi. I mogłam z niego bezpiecznie czerpać. I będę mogła to robić dalej, bo staram się go regularnie wypełniać, choć i mnie – to normalne – zdarzają się okresy, kiedy jadę z migającą czerwoną lampką.

 

Konkrety?

Nie powiem wam, jak wypełnić Wasze kubeczki, bo każdemu pomaga coś innego. U mnie świetnie działa zumba, taniec, czytanie, oglądanie „Gry o tron”, a ostatnio także szycie i blogowanie. Ale Wam może pomóc joga, szydełkowanie, rower, pieczenie babeczek czy malowanie paznokci. Naprawdę nie ma tu lepszej czy gorszej strategii (może poza uciekaniem się do uzależniających używek), ważne jest, że coś działa na Was. Że dodaje Wam energii, przywraca uśmiech, pozwala przewietrzyć głowę i łatwiej radzić sobie z wyzwaniami, których w macierzyństwie nie brakuje.

Powiecie może, że łatwo mi pisać, a trudniej zrobić. Bo dzieci, bo dom, bo praca, bo obowiązki. Znam to dobrze. Też mam dzieci, dom, pracę, obowiązki. I wiem dobrze, jak ciężko jest wyrwać trochę czasu dla siebie. Ale też wiem, jak bardzo to jest istotne. I jak ciężko, jak coraz ciężej jest być dobrą mamą, kiedy nie ma się ani chwili, żeby tą mamą NIE być.

 

Jeden przykład z życia

Moje córki zafundowały mi ostatnio trudny dzień. Po nocy pełnej pobudek, z bólem głowy (a ból i brak snu to potężne stresory!), wysłuchując litanii życzeń i awantur, jednocześnie wykonując swoje domowe obowiązki, czułam jak narasta we mnie coraz większe ciśnienie. Sprawę ostatecznie komplikował fakt, że w tym właśnie dniu moje panny postanowiły się szczególnie wykazać prawem do mówienia „nie”. I każdą, nawet najbardziej banalną prośbę, musiałam powtarzać co najmniej pięć razy…

W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że za chwilę eksploduję. Więc po prostu położyłam się na kanapie i zaczęłam czytać książkę. Pomimo góry brudnych naczyń, prania w pralce i całej tej reszty. Dziewczyny stanęły nade mną i zaczęły się domagać wspólnej zabawy. Bo przecież obiecałam wybudować wieżę z klocków (i rzeczywiście obiecałam). W pierwszym odruchu chciałam się zwlec z tej kanapy i wybudować (bo wszak obiecałam), ale powstrzymałam się. Powiedziałam do siebie i do dziewczyn: „Mam dziś bardzo ciężki dzień, jestem niewyspana i boli mnie głowa. I strasznie denerwuje mnie, że musiałam pięć razy poprosić o podniesienie z podłogi spodni, zabranie zabawek ze stołu i odstawienie hulajnogi z przejścia. Teraz potrzebuję piętnastu minut, żeby poczytać, bo dzięki temu uspokoję nerwy, napełnię swój kubeczek i będę mieć siłę się z Wami bawić”.

Starsza zareagowała oburzeniem („no przecież obiecałaś!”), Młodsza płaczem („ale ja chcę się z Tobą bawić!”). Obie starały się – zupełnie naturalnie! – zaspokoić swoje potrzeby. I znów – w pierwszym odruchu chciałam się podnieść, ale i teraz się powstrzymałam. Powiedziałam tylko: „widzę, że Wam bardzo zależy, ale teraz naprawdę potrzebuję piętnastu minut na spokojne poczytanie. Jeśli chcecie, ustawimy budzik, żeby nam dał znać, kiedy ten czas się skończy. I wtedy zabierzemy się do zabawy. Możemy go jednak włączyć dopiero wtedy, kiedy nie będziecie mi krzyczeć i płakać nad głową, bo w ten sposób nie mogę odpocząć”. Popatrzyły zdziwione, pokiwały głowami ze zrozumieniem, przytuliły się i poszły się bawić. A w trakcie zabawy nawet się wzajemnie uciszały, bo „mama odpoczywa”. A ja – w szoku! – naprawdę odpoczęłam.

 

Kropla do kropli

Piszę to wszystko nie po to, żeby pokazać, że mam super dzieci (chociaż kocham je nad życie i dla mnie są super, to przecież potrafią dać w kość), ani że ja jestem jakąś wyjątkową mamą. Ani nawet nie po to, żeby Was przekonać, że kwadrans z książką to lek na zło tego świata. Chciałam tylko, żebyście pamiętały, że swój kubeczek można napełniać na tysiąc sposobów.

Jasne, super byłoby się wyrwać na weekend do SPA, spacer wzdłuż brzegu morza albo całonocną imprezę w koleżankami (czy co tam Was rajcuje), ale takie rozwiązania nie zawsze są możliwe. I to z rożnych powodów. Możemy za to starać się wycisnąć jak najwięcej z tego, co mamy. Szukać czegoś, co pozwoli nam się zrelaksować. Testować różne rozwiązania. Domagać się wsparcia partnera. Ale też nie udawać przed dziećmi superbohaterek, rozmawiać z nimi o naszych, a nie tylko o ich potrzebach.

Bo w końcu od kogo, jeśli nie od nas, mają się nauczyć, jak napełniać swój własny kubeczek?

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj