Jak traktować dzieci sprawiedliwie?

with Brak komentarzy

jak traktować dzieci sprawiedliwiePosiadanie dziecka to wyzwanie. Posiadanie dzieci – wyzwanie jeszcze większe. Konieczność podzielenia na dwoje, troje, może i więcej małych osóbek naszej uwagi, sił, cierpliwości i wszystkiego tego, co w macierzyństwie jest niezbędne, to jedno. Ale pojawia się coś więcej. Wątpliwości. Jak sprawić, żeby każde z nich czuło się tak samo kochane, doceniane, zaopiekowane. Jak traktować dzieci sprawiedliwie?

 

Tkwi gdzieś w nas, rodzicach, potrzeba traktowania dzieci po równo. Żeby żadne z rodzeństwa nie było pokrzywdzone. Żeby żadne nie dorastało z poczuciem niesprawiedliwości. Żeby żadne nie zarzuciło nam kiedyś, że kogoś faworyzowaliśmy. To naturalne. Kochamy nasze dzieci czasem inaczej – w końcu różnią się od siebie – ale przecież równie mocno. I chcielibyśmy dla nich jak najlepiej. Chcielibyśmy, żeby czuły, że są dla nas ważne. Tak samo ważne, jak brat czy siostra. To obsesyjne czasem dążenie do rodzinnej sprawiedliwości łatwo może nas jednak sprowadzić na manowce…

 

Sprawiedliwie czyli tak samo?

Dążenie do jednakowego traktowania wszystkich dzieci niesie ze sobą jedno ryzyko. Że zadowolony nie będzie nikt, w tym nawet my sami. Bo choć zasady regulujące życie całej rodziny i wspólne dla wszystkich jej członków są jak najbardziej naturalne i słuszne, to jednak traktowanie wszystkich jednakowo bez względu na okoliczności i indywidualne różnice jest zwyczajnie… irracjonalne.

Zastanów się sama:
Czy jeśli Twój rezolutny trzylatek zasypia bez obaw i bez oporu w swoim łóżeczku, to tego samego musisz wymagać od wrażliwszej od niego, choć starszej siostry, dla której rodzic trzymający za rękę jest koniecznym warunkiem dobrej nocy?
Czy jeśli Twoja dziesięciolatka chodzi na balet i konie, to jej brat bliźniak również musi chodzić na zajęcia pozalekcyjne, żeby miał szanse na lepszy start?
Czy jeśli Twoja nastolatka wymarzyła sobie podróż na inny kontynent, a Ciebie stać na zafundowanie jej takiej atrakcji, to czy jej siostra też musi i powinna gdzieś pojechać, choćby nieszczególnie ją do tego ciągnęło?

Czy naprawdę musi być tak samo, żeby wszyscy czuli się potraktowani fair? A może to tylko nasza wewnętrzna potrzeba pcha nas w kierunku poszukiwania jakiejś dziwnej równowagi?

 

Sprawiedliwie czyli po równo?

Gdzieś z tyłu głowy kołacze nam przeświadczenie, że sprawiedliwe traktowanie da się wymierzyć. Przełożyć na roboczogodziny, przeliczyć według powszechnie obowiązujących stawek, przekalkulować na wymierną walutę. Żeby każdy dostał tyle samo. Problem jednak w tym, że nie wszystko jest wymierne. Że nie wszystko dla każdego tyle samo warte. Że, w końcu, miłości do księgowości bardzo jest daleko, a kolumny „ma” i „winien” kształtować się mogą w sposób daleki od matematycznych reguł.

Bo jeśli Twój trzylatek potrzebuje co najmniej dwóch godzin sam na sam z mamą, żeby zaspokoić swoją potrzebę bliskości, to czy i czterolatkowi (albo dwulatkowi) musisz koniecznie poświęcić tyle samo czasu?
Bo jeśli Twoja ośmiolatka zjada na kolację trzy naleśniki, to i pięciolatek musi mieć ich tyle samo na talerzu?
Bo jeśli Twój starszy syn poszedł na studia zagraniczne, które ty sfinansowałaś, to i młodszej córce – która wybrała studia na miejscu – należy się finansowy ekwiwalent zaoszczędzonej w ten sposób kwoty?

 

Kiedy rachunek się nie zgadza…

Przeraża mnie wprowadzanie buchalteryjnej optyki w rodzinne układy, przeliczanie w międzyludzkich relacjach tego, ile się komu należy, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. Przeraża mnie i smuci jakoś, że zamiast otworzyć się na nasze dzieci, dostrzec różnorodność ich potrzeb i po prostu za nią podążać, wpadamy czasem w pułapkę uszczęśliwiania ich niejako na siłę sprawiedliwym rozdziałem dóbr i usług.

Bo chociaż wszystko to bierze się z dobrych chęci, wpajanie dzieciom, że należy się im zawsze tyle samo i to samo, prowadzi do roszczeniowej postawy. W której ważne jest nie to, co my mamy i czego my potrzebujemy, ale to, co mają inni i co – w takim razie – nam też się należy. Choćby i było zbędne, niepotrzebne, niekonieczne.

Bo tak, chcemy nasze dzieci traktować tak samo, po równo, sprawiedliwie, ale dążymy do tego drogami, które od sprawiedliwości są dalekie. I sami pakujemy się w pułapkę, w której – to nieuniknione – czekają nas dziecięce oskarżenia. „To niesprawiedliwe, że on ma o jednego banana więcej”. „To niesprawiedliwe, że ona ma nowe buty, a ja dalej chodzę w starych”. „To niesprawiedliwie, że oni mogli wrócić o północy, a ja musiałem przed jedenastą”…

Bo jeśli swój dobrostan oceniać zaczniemy przez porównanie, zamiast zajrzenia w siebie i w swoje potrzeby, to zawsze ktoś będzie niezadowolony. Zawsze ktoś inny będzie miał czegoś więcej. Zawsze u tego drugiego trawa będzie bardziej zielona.

 

A potem…

Wyniesione z dzieciństwa przekonania o tym, że należy nam się zawsze to samo, idą za dziećmi w świat i nierzadko rujnują, albo mocno podminowują relacje dorosłego już rodzeństwa. Bo przecież JEJ rodzice kupili mieszkanie. Bo przecież JEMU dorzucili się do samochodu. Bo przecież ICH dziecku opłacają przedszkole. To nie fair!

I cóż, że ona tego mieszkania potrzebowała, podczas gdy ja jestem na swoim? MNIE TEŻ SIĘ NALEŻY.
I cóż, że on desperacko potrzebował auta, żeby dojeżdżać do pracy, podczas gdy ja mam swój samochód? WIDAĆ, KOGO KOCHAJĄ BARDZIEJ.
I cóż, że oni nie dostali się do państwowego przedszkola, a startowa pensja w nowej pracy nie pokrywa czesnego, podczas gdy moje dziecko jest już w szkole. TO NIESPRAWIEDLIWE, ŻE ONI DOSTAJĄ WIĘCEJ.

To my, rodzice, musimy nauczyć dzieci, że kochanie ich równie mocno nie przelicza się na finansowe – ani żadne inne – ekwiwalenty i sprawiedliwą dystrybucję dóbr. Wprost przeciwnie. Sprawiedliwa miłość dostrzega różnice w potrzebach i stara się na nie odpowiedzieć na miarę swoich możliwości i sił.

 

To jak traktować dzieci sprawiedliwie?

Gdzieś w tym wszystkim są jeszcze rodzice. Ci rodzice, którzy zasób sił, możliwości, środków mają także ograniczony. I wcale nie muszą, nie mogą nawet, rozdzielić go tylko i wyłącznie na dzieci, zapominając o sobie, swoich potrzebach, marzeniach i planach. Bycie rodzicem wcale nie oznacza, że świat zaczyna i kończy się na dzieciach. I to jest nauka, którą i dziecko powinno z rodzinnego domu wynieść. Że można kogoś kochać, bezgranicznie i bezwarunkowo, a jednocześnie zachować całe morze miłości i dla innych, i dla siebie. Takiej miłości, jakiej potrzebują oni, i jakiej potrzebujemy my.

Bo traktować dzieci sprawiedliwie nie oznacza wcale dawać im zawsze to samo i tyle samo. Nie oznacza też dawać im zawsze to, czego chcą. Oznacza za to dawać im to, czego naprawdę potrzebują i tyle, ile potrzebują.

Oraz tyle, na ile my sami możemy sobie pozwolić.

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj