Jak złapać mysz i przeżyć? – historia prawdziwa

with 4 komentarze

jak złapać myszW mojej rodzinie krąży sympatyczna anegdotka, jak to rezolutną dwulatką będąc, przyniosłam kiedyś mamie wielce oryginalny prezent. Mysz. Półżywą mysz, która utknęła pod kanapą. Za ogon przyniosłam. Mama jakoś średnio się ucieszyła, kotek miał podobno większą radochę, chociaż tego to już nie widziałam. Jeśli jednak myślicie, że zapoczątkowało to jakąś wielką sympatię między mną a gryzoniami, to muszę rozwiać wasze złudzenia...

 

Ale ad rem. A raczej ad mysz.

Odwiedziliśmy ostatnio moich rodziców. Na wsi. Dzieci przeszczęśliwe – dziadkowie, kuzynowie, piesek, kotek, chomiczek, rybki i inne cuda na kiju. Same atrakcje. Szajba totalna, a emocje takie, że spać nie można. Więc budzą się co chwilę, a z nimi budzę się i ja, bo obudzić się, to i owszem, same potrafią, ale już z zaśnięciem jakby gorzej. Po pobudce chyba dwudziestej z rzędu, na autopilocie wędruję do kibelka. Zapalam światło, zamykam drzwi, zasiadam na tronie i popadam w półsen. Nagle słyszę hałas i widzę mysz, najprawdziwszą z prawdziwych, zapitalającą przez środek łazienki. Małe pazurki stukają o różowe płytki, kiedy desperacko próbuje się wydostać przez zamknięte drzwi.

Odruchowo podnoszę nogi w górę. Nie, żebym się bała, ale jak mi to paskudztwo przebiegnie po bosych stopach, to chyba umrę z obrzydzenia. A mówiła mama, że trzeba w kapciach chodzić… Mysz odkrywa, że nie uda jej się przecisnąć pod drzwiami, więc tymczasem chowa się z koszem na pranie. Siedzę dalej z nogami w górze – a zapewniam was, że nie jest to najwygodniejsza toaletowa pozycja – adrenalina taka, że o spaniu pewnie do rana mogę zapomnieć, ale może to i dobrze, bo muszę, kurwa, wymyślić jakiś plan ratunkowy.

 

Mysz jest za koszem!!!

Mysz jest za koszem, ale kosz jest obok drzwi, co znacząco utrudnia moją ewakuację. Jak je otworzę, pewnie paskuda będzie chciała zwiać, a wtedy na bank mi przeleci po nogach. A wiadomo, że od tego się umiera na zawał. W końcu metodą rozciągania i szpagatu przyciągam do siebie miskę do prania. Wstawiam w nią nogi – myszy chyba nie potrafią skakać, nie? Przesuwam się w tej misce do drzwi krokiem posuwisto-paralitycznym. Skrobanie nasila się, mysz przebiega mi za plecami i chowa się za pralką. Wyskakuję z łazienki i zamykam za sobą drzwi.

Dobra, ale co dalej? Wprawdzie jestem uratowana, ale problem pozostał. Mogłabym zrobić to, co zrobiłby każdy dorosły człowiek w podobnej sytuacji, czyli pójść obudzić tatę, ale jest prawie trzecia w nocy i jakoś tak głupio. W łazience siedzi potwór, a w dodatku zostawiłam ewakuacyjną miskę na środku przed drzwiami i ktoś może się na niej zabić. Słabo trochę. No nic, będę dzielna. Zakładam kalosze, uzbrajam się w klapek. Myślę sobie – uchylę drzwi, mysz wyleci, pacnę ją klapkiem i po kłopocie. Tak robię. Kucam, uchylam, słyszę stukanie pazurków. I jeb. Ciemność. Światło zgasło. Odruchowo zatrzaskuję drzwi i siedzę w ciemnościach. Ta fotokomórka w korytarzu to był głupi pomysł, mamroczę pod nosem, chociaż tak naprawdę to używam trochę innego słowa niż głupi.

Druga próba. Przynoszę latarkę, uchylam drzwi, czaję się. Niestety mysz albo padła na zawał, albo się boi, albo nie jest taka głupia, żeby dać mi się złapać. Szuram koszem na pranie, żeby ją wywabić, ale nic to nie daje. W sumie oczywiste – przecież mysz siedzi za pralką, a nie za koszem. Po pięciu minutach czuwania pod drzwiami (bo wiadomo, że do środka łazienki nie wejdę za Chiny Ludowe) stwierdzam, że no bez przesady, bądźmy dorośli. Jakoś wytrzymam bez sikania do rana. A rano tata potwora załatwi.
Niestety, jak możecie się domyśleć, rano po myszy ani widu ani słychu, i tylko stojąca na środku łazienki miska potwierdza, że to wszystko mi się nie przyśniło.

 

Ale to jeszcze nie koniec.

Wracamy do Łodzi. Mieszkanie na trzecim piętrze. Otwarta kuchnia połączona z salonem. Warunki jakby inne, ale dzieci nie śpią tak samo, jak u dziadków. Po kolejnej z rzędu pobudce, na półsennym autopilocie, idę do kuchni po wodę. No i, kurwa, nie wierzę! Na środku mojej kuchni mały, szary kształt z ogonkiem zadartym do góry. Okularów prawdzie nie mam, ale mysz jak nic. W kamienicy w środku miasta. O jeżyku przesłodki. A ja oczywiście bez kapci!!!

Szybko hyc na krzesło i myślę, co dalej. Mogłabym wprawdzie obudzić Małżonka, ale raz, że obudzenie go jest równie proste jak wyrwanie niedźwiedzia ze snu zimowego, a dwa, że będzie się ze mnie zbijał przez najbliższe dziesięć lat. To już sobie sama dam radę. Jakąś opcją jest przeskoczenie z krzesła na stół, a ze stołu na kanapę i pójście spać, jak gdyby nigdy nic, ale nie jestem pewna, czy myszy nie potrafią się wspinać, więc będę przez całą noc zaglądać, czy mi to paskudztwo nie wchodzi pod kołdrę. Wyprowadzka też raczej nie wchodzi w grę. No to muszę gryzonia upolować.

 

Jak złapać mysz?

Na wpół lewitując, sięgam po ścierkę kuchenną i miskę. Mam plan! O dziwo – mysz ciągle stoi nieruchomo, pewnie w ciężkim szoku na widok mojej ekwilibrystyki. W końcu akcja. Rzucam szmatę, jak tygrys doskakuję do stwora i przykrywam miską.Tylko co dalej?!?

Metodą podwijająco-rolującą zawijam paskudę i razem ze ścierką wkładam do miski, a potem przykrywam pokrywką. Myślę sobie – niech stracę, wywiozę ją do ogrodu. Trzecia w nocy, przypominam. Lecę do windy z tą durną miską. Piżamka w kwiatki model ciocia Kazia, puchowa kurtka i klapki – look roku. Gośka by się popłakała na ten widok, myślę, wspominając współlokatorkę, która nawet do śmietnika o szóstej rano wychodziła w pełnym makijażu i zrobionej fryzurze. Tymczasem w misce spokój, chociaż pewna nie jestem, bo strach otworzyć pokrywkę. Jakby mi mysz zwiała w tej windzie dwa na dwa, to nic mnie nie ocali.

Wychodzę przed klatkę. Bogu dzięki, że nikt mnie nie widzi. Kobieta z miską i myszą, pejzaż nocny. Kucam, jednym kocim ruchem zsuwam pokrywkę i rozwijam ścierkę, żeby mysz mogła wrócić na łono natury i…

Jebs!

Mały, szary kształt ląduje na betonie (z niewysoka, żeby nie było) i leży. No leży, kurde. Zwiewaj, myszo głupia! – mruczę pod nosem, ale mysz na to gdzieś. Pewnie padła na zawał ze strachu. Albo ze śmiechu. Taki ze mnie greenpeace, jak z koziej dupy trąbka. Trzeba było ją od razu spuścić w kiblu, a nie po nocy windą wozić. Myślę sobie, chociaż ją przesunę trochę na bok – miską może, przecież nie nogą, bo jakby ożyła jednak, to mnie zeżre – żeby jakieś dziecko (a mówiąc jakieś, mam na myśli oczywiście swoje) nie wzięło w ręce. Schylam się, miskę wyciągam. I wtedy to widzę.

Burak.
No burak.
Ja pierd….
O trzeciej w nocy upolowałam i wyniosłam na podwórko buraka.

 

Morał

Wniosek z tego taki, moje dzieci:
1. Nie jedzcie buraków, bo można od nich dostać zawału.
2. Mama ma rację – trzeba chodzić w kapciach.
3. Nie oglądajcie za dużo telewizji, bo wam się popsują oczy i nie będziecie odróżniać myszy od buraka.

A dla niedowiarków zdjęcie myszo-buraka. Tylko pamiętajcie, że byłam bez okularów!

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

4 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Niesamowite 🙂 Przepraszam, ale bawiłem się podczas tego tekstu wibornie 🙂 Dobrze, że nie budziłaś męża, bo jeśli za zwykłą mysz miałabyś 10 lat chichotanych wspominek, to po buraku-myszy masaż brzucha zapewniony przez wiele dni 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      W końcu i tak się o wszystkim dowiedział i nawet wykazał duża dawką wyrozumiałości 😉

  2. Puzzlomanka
    | Odpowiedz

    Oj jak dobrze to znam, wchodząc do kuchni bez okularów i to w nocy trzeba liczyć się z różnymi ciemnymi stronami wyobraźni :))

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      W ogóle świat bez okularów bywa ciekawy 🙂

Skomentuj