Jesteś rodzicem? Myśl za dwoje!

with Brak komentarzy

Jesteś rodzicem, myśl za dwoje

Marcinek ma dwa lata. Kiedy budzi się w samochodowym foteliku na sklepowym parkingu, nie rozumie, że „mama i tata wyszli tylko na chwilę, bo przecież on tak słodko śpi”. Czuje za to zagubienie, strach i… rosnącą temperaturę. Na zewnątrz jest prawie 30°C, w samochodzie więcej, coraz więcej. Promienie nagrzewają metalową karoserię, zmieniają auto w szklarnię. W śmiertelną pułapkę.
Gorąco robi się nieznośne. Na początku Marcinek płacze, coraz głośniej i coraz bardziej rozpaczliwie. To przecież jedyny sposób, żeby wezwać mamę i tatę, żeby poprosić o pomoc, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ale z czasem na płacz zaczyna brakować sił. Robi mu się słabo. Coraz bardziej słabo, coraz bardziej gorąco. Pot płynie po czole, usta wysychają od krzyku i gorąca. Oddech, najpierw coraz szybszy i bardziej rozpaczliwy, zaczyna się urywać. Chłopczyk zamyka oczy.
Zaczyna już odpływać, kiedy słyszy nagle brzęk tłuczonego szkła. Kiedy jakieś mocne, a przecież drżące dłonie wypinają go z fotelika. Kiedy nieznajomy głos pyta, jak ma na imię. Kiedy ktoś podaje wodę. Chłodną, pyszną, najlepszą na świecie wodę.
Rodzice Marcinka pojawiają się na parkingu dobre dwadzieścia minut później. Gdyby nie obcy człowiek, który nie przeszedł obojętnie – o wiele za późno.
Michałek ma lat trzy. W pewną słoneczną sobotę rodzice postanawiają, że wybiorą się na rodzinną wycieczkę do ZOO safari, żeby popatrzeć na dzikie zwierzęta. Zabierają jeszcze wujka i ciocię. Michałek bardzo się cieszy – że spędzą czas razem i że zobaczy zwierzaki. Jest gorąco. Zza okien samochodu ogląda żyrafy, zebry, słonia. Czasem zwierzęta chowają się za drzewami, czasem podchodzą tak blisko, że prawie można by je dotknąć. Gdyby nie to, że okno jest zamknięte, bo tak nakazują względy bezpieczeństwa. Pani w kasie o tym przypominała, Michałek dobrze pamięta.
Kiedy przejeżdżają obok gepardów, ktoś wpada na pomysł, żeby przyjrzeć się im z bliska. Wysiadają z samochodu. Michałek wprawdzie słyszał, że nie wolno, ale przecież mama i tata na pewno wiedzą, co robią. Za pierwszym razem tylko stoją obok samochodu. Chłopczyk spaceruje obok auta sam, jest fajnie, czuje się jak prawdziwy odkrywca. Niestety ktoś na nich krzyczy, więc muszą wrócić do auta.
Drugi przystanek robią niedługo później. Mama bierze go na ręce i razem idą oglądać gepardy. To fajne uczucie, być tak blisko nich. Michałek chciałby je pogłaskać, ale chyba nie wolno. Tylko że jest ich coraz więcej, podchodzą coraz bliżej. I wyglądają na coraz bardziej niezadowolone. Przybiegają następne, ktoś krzyczy przestraszony. Ciocia z wujkiem uciekają do samochodu, bardzo szybko. Teraz Michałek boi się bardzo. Mamusiu, uciekajmy! Idą do auta, gepardy wokół nich. Tatuś już uciekł, już jest w samochodzie. Mamusiu, my też uciekajmy! Jeden gepard szykuje się do skoku, szykuje do ataku, ale mama odgania go jakoś ręką. Raz i drugi. Mamusiu, uciekajmy, uciekajmy!
Drzwi samochodu zatrzaskują się za nimi, może w ostatniej chwili. Jakie to szczęście, że się udało.
Tomek wyglądał na dwulatka, chociaż ile lat miał naprawdę, tego nigdy się nie dowiem. Pamiętam jego przestraszone oczy, zaciśnięte kurczowo usta i małe rączki machające rozpaczliwie w poszukiwaniu oparcia. W poszukiwaniu ratunku. Kiedy fala przenosi go obok mnie, działam odruchowo. Chwytam za chudą nóżkę, wyciągam do góry, po chwili trzymam w ramionach. Woda sięga mi może do pasa, ale dla niego to wyżej niż czubek pokrytej jasnymi włoskami głowy. Chociaż jestem dorosła, siłę cofającej się fali czuję całkiem wyraźnie. On jest leciutki jak piórko. Przywiera do mnie kurczowo, drży ze strachu.
Widzę jego mamę, jak zrywa się w kocyka rozścielonego na plaży. Jakieś dziesięć metrów od brzegu. Dziesięć metrów za daleko od rozbawionego dwulatka, który na chwilę się zagapił. Który zrobił o jeden krok za daleko.
Mama wygląda na wystraszoną, ale kiedy podbiega bliżej, widzę, że jest chyba przede wszystkim wściekła. I nie, nie na siebie. Z niedowierzaniem słucham, jak krzyczy na wystraszonego synka. Że miał się bawić na płytkiej wodzie. Że miał uważać. Że jest nieodpowiedzialny.
Zamieram. Brakuje mi słów. „Może lepiej niech go pani przytuli. I pilnuje z bliska, nie z dziesięciu metrów” – dukam tylko. Uspokoja się. Bierze go na ręce. Odchodzi bez słowa z wtulonym w jej ramiona, płaczącym, wystraszonym do granic możliwości dwulatkiem. Który miał szczęście, że odruchowo wyciągnęłam rękę.

 

Odpowiedzialność

Bycie rodzicem to wspaniała przygoda, to wielka radość, to ogrom miłości. Ale to też odpowiedzialność. Za drugiego człowieka, który rodzi się bezbronny i naiwny, który sam o siebie zadbać nie potrafi i przez długie lata potrafił nie będzie. Za drugiego człowieka, który ufa nam bezgranicznie. Wierzy w nasze kompetencje, w naszą siłę, w nasz zdrowy rozsądek. Dla którego bardzo często i bardzo długo jesteśmy stałym punktem odniesienia w wyznaczaniu granicy między tym, co bezpieczne, a tym, czego lepiej nie próbować.

Złoty środek

Znalezienie złotego środka między nadopiekuńczością a niefrasobliwością nie jest łatwe. Gdzieś w głębi serca drżymy, kiedy nasze ciągle jeszcze małe (w naszych oczach może zawsze małe) dziecko wspina się na coraz wyższe drabinki na placu zabaw, huśta się coraz wyżej, coraz szybciej pędzi rowerkiem. Czujemy jednak, że nie możemy go zdusić naszą troską. Że trzeba mu pozwolić odkrywać świat, przekraczać własne granice, rozwijać się bez skrępowania naszymi strachami, naszymi ograniczeniami, naszymi nieprzepracowanymi traumami. Więc z drżeniem serca, z wątpliwościami, z powracającymi pytaniami pozwalamy, staramy się pozwalać ciągle na więcej, pamiętając jednak o stawianiu granic tam, gdzie eksplorowanie świata zmienia się w igranie z niebezpieczeństwem.

Moje dziecko jest już duże…

W miarę jak dzieci zaczynają rosnąć i nabywać nowych umiejętności, rośnie w nas swego rodzaju podziw dla ich kompetencji. Popatrz, jeszcze niedawno ledwo raczkował, a teraz już zasuwa na biegowym rowerku. Spójrz, jeszcze niedawno potrafiła powiedzieć ledwo dwa słowa, a dzisiaj całym zdaniem prosi o jeszcze jedną kanapkę z szynką. Kiedy nasze dwu-, trzy-, czterolatki zaczynają każdego dnia zaskakiwać nas nowymi umiejętnościami, czasem zapominamy, że to nadal jednak tylko dzieci. Że ich postrzeganie świata, ich sposób myślenia, ich umiejętność przewidywania konsekwencji są jeszcze nadal bardzo dziecięce, bardzo ograniczone. I że nadal trzeba im przypominać o zasadach bezpieczeństwa. Nadal trzeba rozsądnie dawkować im ryzyko. Nadal trzeba nad nimi czuwać. Nie uwiązywać. Nie ograniczać. Nie zabraniać wszystkiego z uporem maniaka, ale właśnie czuwać. I nie przerzucać na nie odpowiedzialności, na którą nie są jeszcze gotowe.

Wszystkiego nie przewidzisz

W wakacje okazji do energicznego eksplorowania świata nie brakuje. Nad wodą, w lesie, w górach, na basenie, dzieciaki ćwiczą nowe umiejętności, znajdują milion sto sposobów na zabawę. I ćwiczą naszą rodzicielską wyobraźnię.
I nie, nie da się wszystkiego przewidzieć. I nie, nie da się przed wszystkim ochronić dziecka. I nie, nie da się uniknąć wypadków, bo takie zdarzają się nawet pociechom najbardziej troskliwych, najbardziej uważnych, najbardziej kochających rodziców. Ale można i trzeba uczyć dzieci zasad bezpieczeństwa. Można i trzeba STOPNIOWO pracować z nimi nad wyrobieniem kompetencji i umiejętności, które pozwolą im samym oceniać ryzyko własnych zachowań. Można i trzeba – przede wszystkim – postawić jasną granicę między umożliwianiem dziecku odkrywania świata, a celowym i bezmyślnym narażeniem na niebezpieczeństwo.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

My, rodzice, kochamy nasze dzieci. I nie znam nikogo przy zdrowych zmysłach, kto swojemu dziecku chciałby celowo zaszkodzić. Ale może właśnie dlatego tak ważne jest, żeby dwa razy się zastanowić nad różnymi „pomysłami”, które – czasami w dobrej wierze – przychodzą nam do głowy. Kiedy sadzamy dwulatka na barierce wybiegu niedźwiedzi, „żeby lepiej widział”. Kiedy wypinamy z fotelika samochodowego, „bo on się tak denerwuje w czasie jazdy”. Kiedy zostawiamy go w aucie, „bo przecież ja tylko na minutkę, a on tak słodko śpi”. Bo koniec końców komfort, wygoda, dobra zabawa dziecka, choć ważne, bardzo ważne, nie są najważniejsze. Najważniejsze jest jego bezpieczeństwo.

Smutna, ale brutalne prawda jest taka, że konsekwencje naszych pochopnych decyzji, naszej błędnej oceny sytuacji, naszej często – niestety! – bezmyślności, ponosimy nie tylko my sami. Ponoszą je może przede wszystkim nasze dzieci. Nasze oczka w głowie. Nasze skarby.
Wbijmy to sobie do głowy raz na zawsze.
Jesteś rodzicem? Myśl za dwoje!

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj