Karmię, bo… mogę!

with Brak komentarzy

karmienie piersiąWydawać by się mogło, że nic naturalniejszego niż karmienie piersią. Że trzeba tylko mamy i dziecka, żeby popłynęła rzeka mleka. Żeby mogli patrzeć sobie w oczy, trzymać się za ręce i cieszyć tą chwilą bliskości i czystego szczęścia. A jednak nie. A jednak, jak dowodzą opowieści – często bolesne i przerażające – wielu, tak wielu mam, karmienie piersią nie zawsze jest sielanką. Nie zawsze jest łatwe. Nie zawsze jest oczywistym wyborem. A ja karmię, karmię drugie już dziecko, karmię nieprzerwanie już ponad cztery i pół roku. Karmię, bo warto. Karmię, bo mogę!

 

Karmię, bo…

Karmię, bo moje dziecko było ode mnie mądrzejsze.

Bo kiedy ja – z głową wypraną przez producentów magicznych proszków, co niemowlaki zmieniają w baletnice i alpinistów – planowałam zakończyć mleczną przygodę po sześciu miesiącach, moja mała córeczka powiedziała „nie ma mowy, matko!”. Zakochana w mleku zmusiła mnie do zrewidowania poglądów i planów. Uruchomiła moją intuicję i zmusiła do szukania wiedzy. Tej wiedzy, która otwiera oczy.

 

Karmię, bo znalazłam ludzi, którzy podzielili się ze mną rzetelną i aktualną wiedzą o karmieniu piersią.

W internecie i w realu przypominali, że zalecenia WHO nie są dla biednych afrykańskich krajów, ale i dla bogatej Europy. Pokazywali bogactwo właściwości mleka kobiecego. Ostrzegali przed zagrożeniami związanymi z niby niewinnym dokarmianiem butelką czy podawaniem smoczka w pierwszych dobach życia. Obalali mity o nadmiernych spadkach wagi, kolkach czy tej legendarnej już diecie matki karmiącej. Dali mi potężną broń do walki z tymi, którzy – nawet nie pytani o zdanie – zawsze wiedzą lepiej…

 

Karmię, bo zdobyłam wiedzę ZANIM spotkałam tych mądrali od „masz za chudy pokarm”, „teraz to już tylko woda” czy „wstyd karmić takiego dużego dzieciaka”.

Takie teksty słyszymy przecież nagminnie. Od krewnych, sąsiadów, obcych ludzi na ulicy, a nawet, o zgrozo!, od personelu medycznego, po którym spodziewalibyśmy się aktualnej wiedzy. Takie teksty wiercą dziurę w mózgu nawet doświadczonych mam. Grają na emocjach, zagłuszają podszepty intuicji i często, nader często niestety, przyczyniają się do przedwczesnego i wymuszonego zakończenia karmienia piersią.

 

Karmię, bo wyhodowałam sobie grubą skórę.

Nie wdaję się już w dyskusje i pyskówki z tymi, którzy usiłują mnie przekonać do swoich nieprawdziwych i przestarzałych wyobrażeń. Od dawna już nie chowam się po krzakach i kiblach, jakby karmienie piersią było czymś wstydliwym i gorszącym. Karmię, po prostu karmię swoje dziecko, kiedy i gdzie tego potrzebuje. I uśmiecham się do tych, którzy próbują mnie zgromić spojrzeniem. O ile w ogóle ich zauważę.

 

Karmię, bo dostałam odpowiednie wsparcie.

Bo mam mądrego, pomocnego partnera, który bez mrugnięcia okiem wieczorową porą latał po sklepie w poszukiwaniu kapusty na okłady w czasach nawału. Który pomagał w przystawianiu, dokształcał się, wspierał w decyzjach. Który potrafił nie tylko powiedzieć „robisz dobrą robotę”, ale i uciszyć tych, którzy wtrącali się ze swoimi złotymi radami.

Bo w momencie trudności trafiłam do certyfikowanego doradcy laktacyjnego, który podpowiedział, pomógł, a przede wszystkim utwierdził w przekonaniu, że trudności można pokonać. I że naprawdę warto powalczyć.

 

Karmię, bo wiem, że w ten sposób daję dziecku to, co najlepsze.

Doskonale zbilansowany posiłek, dawkę przeciwciał, komórek macierzystych, witamin i minerałów. I cały zestaw innych cudownych właściwości, które sprawiają, że mleko potrafi się zmieniać, dostosowując do wieku, stanu zdrowia i potrzeb mojego dziecka. Zamiast uniwersalnej mieszanki dla wszystkich, unikalna kombinacja o niepodrabialnych właściwościach. Nie przestaje mnie to zadziwiać!

 

Karmię, bo jestem wygodna.

Bo jak sobie pomyślę, że miałabym – zwłaszcza w nocy, zwłaszcza przy wtórze płaczu niemowlęcia – myć, wyparzać, podgrzewać, studzić, odmierzać, mieszać, to od razu czuję się zmęczona. Już wolę wystawić pierś i wrócić do drzemania. Że o kwestiach finansowych – a mleko w proszku wcale tanie nie jest! – nawet nie wspomnę.

 

Karmię, bo mogę sobie na to pozwolić.

Bo jestem szczęściarą – tak, tak właśnie to czuję – że nie musiałam od razu po urlopie macierzyńskim wrócić do pracy. Bo mam wspólną z mężem wizję, w której miejsce maluszka jest w domu przy mamie, a nie w żłobku czy pod opieką niani. Choćby to się działo kosztem mniejszych zarobków czy spowolnienia zawodowej kariery. (I tak, wiem, że powrót do pracy nie wyklucza dalszego KP, ale jednak trochę je komplikuje)

 

Karmię, bo nie traktuje tego jak ograniczenie.

Nie przeszkadza mi konieczność bycia blisko, zorganizowania rzeczywistości w taki sposób, żeby w porze karmienia być w domu. Nie czuję się zamknięta, uwiązana, sprowadzona do roli smoczka czy butelki. Wiem, że ten okres trwa krótko, tak krótko, że pozostaje mi wycisnąć z niego jak najwięcej. Zanim minie.

 

Karmię, bo te momenty magicznej bliskości na zawsze zapisują się gdzieś w sercu.

Kiedy jestem tylko ja i ona i nie liczy się nic więcej. Tylko spojrzenie w oczy, tylko ciepło, tylko wypełnione miłością i zaufaniem sam na sam. I poczucie, że – choć dzieci rosną, stają się coraz bardziej samodzielne, coraz bardziej niezależne – są takie chwile, gdy jestem niezastąpiona.

 

Prawo wyboru

Daleka jestem od krytykowania mam, które nie karmiły i nie karmią piersią. Nic mi do życiowych wyborów innych. Marzy mi się tylko, żeby tak poważna i bogata w skutki decyzja była świadoma, poparta wiedzą i rzeczywistym rozważeniem wszystkich „za i przeciw”. A tymczasem widzę wokół siebie mnóstwo kobiet, które karmią sztucznie nie z wyboru, a z przypadku, z konieczności, z przymusu. Piszą do mnie dziewczyny, którym zakończenie karmienia nakazuje niekompetentny lekarz, przemądrzała ciotka albo partner, który uwierzył w laktacyjne mity. Piszą do mnie dziewczyny, którym pęka serce na myśl o zakończeniu karmienia, ale czują, że nie mają innego wyjścia.

I nie – to naprawdę nie jest tekst skierowany przeciw mamom karmiącym mlekiem modyfikowanym. Wierzę, że kochacie swoje dzieci najbardziej na świecie i chcecie dla nich jak najlepiej. Ale dzisiaj, w Tygodniu Promocji Karmienia Piersią, piszę do tych kobiet, które karmić chcą, ale na swojej drodze napotykają trudności, którym brakuje wsparcia, które czują się zagubione. Ktoś kiedyś pomógł mi uratować moją mleczną drogę, ktoś kiedyś mi powiedział, że warto zawalczyć o najlepszy pokarm dla swojego dziecka. Dzisiaj ja chcę powiedzieć Wam dokładnie to samo. Jeśli macie problemy, kłopoty, wątpliwości – szukajcie wsparcia i rzetelnej wiedzy. Są takie miejsca w sieci, o których warto pamiętać: mleczny blog Hafija.pl, strona laktaceuta.pl, gdzie znajdziecie wsparcie w razie wątpliwości związanych z zażywaniem leków w czasie KP, Fundacja Promocji Karmienia Piersią, Kwartalnik Laktacyjny. Korzystajcie z nich! A jeśli to nie wystarczy – szukajcie certyfikowanych doradców laktacyjnych! Warto zawalczyć! Bo mleko mamy to najlepsze, co możesz dać swojemu dziecku.

 

Najlepsza grupa wsparcia

I jeszcze słowo do mam, które karmią piersią. Tam, gdzie nie ma wykształconego w tej dziedzinie personelu medycznego, tam, gdzie może nie dotrze doradca laktacyjny, tam, gdzie brakuje wsparcia najbliższego otoczenia, pomoc innej mamy, rada, dobre słowo, czasem choćby odrobina zrozumienia, mogą być najlepszym prezentem. To my same jesteśmy dla siebie wzajemnie najlepszą grupą wsparcia.

Ja miałam szczęście. Karmię, bo mogę. Karmię i cieszę się tym.

A Ty dlaczego karmisz?

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

Skomentuj