Czy każdy związek warto ratować?

with 16 komentarzy

czy związek warto ratować

Co jakiś czas natykam się w internecie na taki sentymentalny mem, który strasznie mnie wkurza. Zgarbiona starsza para, trzymająca się za ręce, wędruje razem wiejską drogą. Słodziaki. Zapytani o receptę na sukces 50-letniego związku odpowiadają „rodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się psuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało do kosza”. Piękny obraz, nie? Niestety tylko pozornie. Bo wiecie, to chyba nie przypadek, że oni stoją tyłem.

 

Gdyby się odwrócili…

Idealizujemy dawne czasy. Widzimy w nich głównie to, co dobre. I tak, to prawda. Kiedyś nie tylko przedmioty, ale i związki miały dłuższą datę ważności. Kiedyś nie tylko przedmioty, ale i związki próbowało się najpierw naprawić, posklejać, połatać, a dopiero potem, dopiero w ostateczności wyrzucało się do śmieci. Ale również kiedyś te naprawione, posklejane, połatane przedmioty służyły przez lata nie dlatego, że były dobre, wygodne, czy funkcjonale. Służyły przez lata z przyzwyczajenia, z braku innej opcji, z wygodnictwa. Z akceptacji dla bylejakości. I to samo dotyczy związków.

Gdyby ci starsi państwo się odwrócili, może okazałoby się, że ich twarze wcale się nie uśmiechają. Że ich oczy wcale nie są pełne miłości, tylko rezygnacji, smutku, cichej desperacji. Może i strachu.

Znałam taką parę. Sześćdziesiąt lat razem. Sześćdziesiąt lat pod jednym dachem. Sześćdziesiąt lat wspólnych nocy i dni. I chyba ani jednego szczęśliwego. Bo dobra partia. Bo rodzice kazali. Bo tak się zawsze robiło. Bo jakże można inaczej… Dom, dzieci, wnuki, prawnuki. Sukcesy i porażki. Gorsze i lepsze chwile. I to życie, przeżyte razem, ale jednak osobno. Z obowiązku, z przyzwyczajenia, z musu. Bez miłości.

Bez sensu.

 

Co ludzie powiedzą?

Tak, to prawda. Kiedyś związki trwały dłużej. Ale nie tylko – a może i wcale nie dlatego, że bardziej się o nie dbało, więcej się w nie inwestowało czy pracowało nad naprawą, kiedy pojawiał się problem. Kiedyś związki trwały dłużej, bo rozwód był czymś niewyobrażalnym. Skandalem. Tematem gorących ploteczek pod spożywczakiem albo po niedzielnej mszy.

Życiową porażką. Przede wszystkim dla kobiety, bo przecież w tamtym świecie wyjście za mąż, założenie rodziny i prowadzenie domu było kobiecym powołaniem i najwyższym życiowym celem. Jeśli się to nie udawało, porażka była głównie jej. Bo może Bogdan nie dostawał wystarczająco dobrych obiadów, a może Bożena nie wystarczająco o siebie dbała, albo się niepotrzebnie tego Mariana czepiała, że se wypić lubi…

W grę wchodziły oczywiście kwestie religijne – w tradycyjnie katolickim kraju rozwód nie miał racji bytu, przysięgało się aż do śmierci i pomimo wszystko. Inaczej niż dziś, kiedy zeświecczenie społeczeństwa rośnie, tamta przysięga dla wielu osób miała rzeczywiste znaczenie i jej złamanie nie mieściło się w światopoglądzie niejednego małżonka czy małżonki. Choćby kosztem wyrzeczeń i rezygnacji z własnego szczęścia.

I żeby nie było, że tylko kobiety były tu ofiarami, a faceci rozwijali skrzydła. Uwikłani w te naprawione, posklejane, połatane związki często męczyli się oboje. Latami. Przez życie całe. Pod przykrywką promiennego uśmiechu nad sałatką jarzynową na świątecznym stole i rubasznych żartów, jak to z babą źle a bez baby jeszcze gorzej.

 

Dla dobra dzieci

I był jeszcze ten jeden nieśmiertelny argument. Mimo zdrad, mimo kłótni, mimo awantur, mimo alkoholu, mimo przemocy niejednokrotnie – dla dobra dzieci należało przy sobie trwać do grobowej deski. Aby miały oboje rodziców, dom pełny, opiekę i troskę. Żeby wzór dobry z domu wyniosły. Trzeba było zacisnąć zęby, ze starym czy starą wytrzymać, choćby do pełnoletniości potomstwa. A potem to już z górki…

A że te dzieci, co to wszystko dla ich dobra i w trosce o nie, patrzyły na co dzień na sytuacje, których żadne dziecko oglądać nie powinno? Że cierpiały, szarpiąc się w pogmatwanym dorosłym świecie chorych relacji? Że próbowały nieporadnie naprawiać to, co dawno zepsuli albo regularnie psuli starsi? Że popadały we współuzależnienie i dostawały na dorosłą drogę bagaż ciężki do udźwignięcia a cięższy jeszcze do odrzucenia? O tym jakoś mniej się mówiło, mniej się myślało.

 

Dzisiaj jest gorzej?

Według danych GUS od 1980 roku ilość zawieranych małżeństw stopniowo ale nieustannie maleje (z ponad 307 tysięcy w 1980 roku do ponad 189 tysięcy w 2015 roku). Jednocześnie rośnie liczba rozwodów – w 1980 roku było ich 39 tysięcy, podczas gdy w 2015 roku – 67 tysięcy. Statystycznie rozpada się dziś CO TRZECIE małżeństwo.

Wygląda dramatycznie, prawda? I rzeczywiście tak jest. No bo pomyślcie. Za tymi liczbami kryją się prawdziwi ludzie, prawdziwe historie. Złamane serca i osobiste tragedie. Co trzecia miłość na dobre i na złe nie wytrzymuje próby czasu, zderzenia z rzeczywistością i wyzwaniami codzienności.

I tak, to także prawda, że dziś częściej idziemy na łatwiznę. Rosnąca akceptacja dla rozwodów sprawia, że część par nawet nie podejmuje poważnych prób ratowania związku, rezygnuje z siebie przy pierwszych trudnościach, nie szuka pomocy specjalistów. Po prostu odpuszcza. Zamiast naprawiać i łatać, szuka nowych opcji. Wymienia zużyty czy wadliwy sprzęt na lepszy model. Powszechny i potężny konsumpcjonizm odbił się i na życiu uczuciowo-związkowym, nauczył przeżuwać i wypluwać na szybko i bez zbędnych emocji. Ale to tylko jedna strona medalu.

 

Dzisiaj jest lepiej?

Co trzecie rozpadające się małżeństwo brzmi przerażająco, to prawda. Ale tylko wtedy, jeśli uznamy, że wszystkie te małżeństwa były do uratowania. Że wszystkie było warto ratować.

Tak nie jest.

Mylimy się, taka już nasza ludzka natura. A zaślepieni uczuciami mylimy się nawet częściej, działamy pochopnie, nierozsądnie, zbyt impulsywnie. Dajemy się zmanipulować, oszukać, zwyczajnie nabrać. Ulegamy oczekiwaniom innych albo swoim własnym. A potem ponosimy konsekwencje. Tylko czy za każdy błąd trzeba płacić przez całe życie?

Co trzecie rozpadające się małżeństwo brzmi znacznie mniej przerażająco, jeśli uświadomimy sobie, że w tym gronie są także kobiety i mężczyźni w końcu uwolnieni z toksycznych związków, ofiary przemocy fizycznej i psychicznej, współuzależnieni, uwikłani w relacje bez przyszłości i bez uczucia. W czasach naszych rodziców, naszych dziadków większość pewnie dotrwałaby ze sobą do końca, cichcem przełykając gorycz, tłumiąc łzy, maskując sińce albo uciekając w zdrady czy nałogi.

Dla tych kobiet i tych mężczyzn rozwód to nie porażka tylko krok w kierunku własnego szczęścia. Bo tak – dziś już nie boimy się przyznać, że chcemy być szczęśliwi. Że do szczęścia mamy prawo. Że żyjemy nie tylko dla dzieci, dla rodziców, dla sąsiadek i wszystkich dookoła, ale przede wszystkim dla siebie. I że nie musimy całe życie chodzić w jednych, za ciasny, ocierających i połatanych kozakach, tylko dlatego, że „jakoś dają radę”.

 

Trzeba mieć odwagę

Na kobiecych grupach w internecie dowiedzieć się można wiele. Także tego, że dawne nawyki i przez lata wpajane poglądy mają się świetnie nawet i w XXI wieku. Że nawet młode, mądre, wykształcone dziewczyny żyją uwikłane w związki, w których duszą się, cierpią, boją. „On nie pozwala mi wychodzić z domu”, „nie pomaga mi w opiece nad dziećmi i pracach domowych, choć i ja pracuję”, „wyjeżdża z kumplami i zostawia wszystko na mojej głowie”, „mówi, że jestem nic nie warta”, „wydziela mi pieniądze”, „wyzywa”, „obraża”, „bije i szarpie”, „grozi, że zabierze mi dziecko”. Przerażająca litania wyznań, a na koniec najbardziej przerażające i wiecznie powracające „kiedy jest trzeźwy, to nawet się stara”., „dam mu szansę”, „jestem z nim dla dobra dzieci”, „nie chcę z niego rezygnować”, „chcę o nas powalczyć”. Tylko gdzie jest granica tej walki? Czy naprawdę każdy związek warto ratować?

Nie da się naprawić związku, nad którym pracować chce tylko jedna strona.
Nie da się naprawić związku, w którym tylko jedna strona zauważa problem.
Nie da się naprawić związku, w którym ofiara akceptuje rolę ofiary, a kat nie uważa, że jest katem.

 

Czy każdy związek warto ratować?

Trzeba mieć odwagę, żeby walczyć o związek w trudnościach. Pomóc partnerowi przejść przez trudny okres, wesprzeć, przegadać, cierpliwie wysłuchać i poradzić. Nie poddawać się przy pierwszej porażce, nie przekreślać po potknięciu. Dać szansę, schować dumę do kieszeni. Odetchnąć dwa razy zanim powie się pochopnie o jedno słowo za dużo.

Trzeba mieć odwagę, żeby szukać pomocy specjalistów, kiedy samemu już się nie ogarnia rzeczywistości własnych uczuć. Pomocy dla niego i dla siebie. Żeby przepracować bolesne i trudne doświadczenia, zacząć od nowa. Żeby na gruzach zbudować coś od nowa.

Ale nade wszystko trzeba mieć odwagę, żeby powiedzieć dość. Żeby powiedzieć sobie, że nasz wybranek – ten ukochany, idealny, jedyny – nie jest wcale człowiekiem, którego w nim widziałyśmy. Że już nie jest. Że może nigdy nie był. Żeby zrozumieć, że gdzieś jest granica, której przekraczać nie można. Granica poświęcenia, wyrzeczenia, rezygnacji z siebie i swoich uczuć. Żeby ratować nie tylko siebie, ale i innych – krewnych, przyjaciół, dzieci. Uwikłanych za naszą sprawą w naszą toksyczną relację.

Trzeba mieć odwagę, cholernie dużą odwagę, żeby w końcu przestać się łudzić. Spakować walizki. Pójść w nieznane. Uciec w porę, zanim stanie się nieodwracalne.

 

Życie mamy tylko jedno. Warto je przeżyć z kimś, kto jest tego warty.

 

_________________

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

 

16 Responses

  1. inga
    | Odpowiedz

    Znam takie przypadki, co niestety nigdy się nie ustabilizują. Jeden rozwód to mało, ale chyba tutaj problem leży w złym doborze? Sama nie wiem co o tym myśleć. Chciałabym żeby nigdy mnie to nie spotkało. Fakt za wieloma drzwiami znajdziemy nieszczęście, ból i nie można się na nie skazywać do końca życia. Bardzo ciekawy post!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Myślę, że każda związkowa porażka ma swoje przyczyny i tylko dana para je zna. Ale na pewno pochopna decyzja o ślubie sprawy nie ułatwia.

  2. Mm
    | Odpowiedz

    Jakbym czytała o swoim dawnym zyciu… Walczyłam prawie 2 lata ale się nie dało ja byłam ofiarą a on kątem i dobrze mu z tym było potem doszło dziecko i że dla dobra dziecka lepiej jak będę się z nim męczyć wkoncu mnie olsnilo że to nie na tym polega, że oboje musimy coś dawać od siebie oboje musimy się starać oboje musimy chcieć tylko że ja już nie chciałam. Od 2 lat jestem szczęśliwa mam wspaniała córeczkę zaczynamy wszystko od nowa od nowa budujemy wspólnie nową rodzinę w której nie będziemy same i w której przede wszystkim ja wiem co jest ważne i o co warto walczyc. Cieszę się że ten jeden raz się poddałam chociaż bałam się jak to będzie wyglądać wiem że było warto

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Mogę tylko pogratulować odwagi i zdecydowania. Bo pomylić się może każdy, ale już na przyznanie się do swojej pomyłki i znalezienie nowej drogi nie każdego stać.

  3. Agata
    | Odpowiedz

    Szkoda, że ludzie najpierw się kochają, tworzą związek, a potem są dla siebie nie do zniesienia. Matrymonialny system zawodzi, po co w ogóle się hajtać

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To chyba nie małżeństwo jako instytucja jest problemem. Rozstanie w wieloletnim nieformalnym związku, choć prawnie łatwiejsze, emocjonalnie jest równie trudne i bolesne. Bardziej chyba chodzi o to, że emocje często przyćmiewają zdrowy rozsądek i pchają nas w chore relacje albo trzymają nich przez lata.

  4. A ja wole naprawiac i walczyc do konca 😊 A jesli mimo to sie nie uda, to i tak odniose sukces, bo wiem, ze zrobilam wszystko co sie dalo w danej sprawie 😊

  5. I właśnie dlatego cieszę się, że żyję teraz, a nie chociaż 40 lat temu. Rozstanie było i zawsze będzie ciężkie, ale w dzisiejszych czasach to głównie decyzja pary, a nie presja otoczenia, Kościoła i wszystkiego wokół.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Też tak uważam. Kiedyś, jakby rozstanie nie było wystarczająco ciężkie, dochodził cały szereg barier do pokonania. To utrudniało sprawę i przez to wiele związku przetrwało, choć tylko unieszczęśliwiało związanych w nich ludzi. Dzisiaj jednak trochę łatwiej zawalczyć o swojej szczęście.

  6. Klaudia J
    | Odpowiedz

    Życie mamy tylko jedno. Warto je przeżyć z kimś, kto jest tego warty. – i to jest najlepsze podsumowanie! Nic dodać, nic ująć.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję.
      Przeraża mnie, że jest tak wiele osób, które ciągle myślą w kategoriach poświęcenia się dla innych i zapominają zupełnie o sobie. Złoty środek najważniejszy.

  7. Temat trudny i mogę powiedzieć tylko jedno: mam nadzieję, że moje nieidealne małżeństwo będzie trwać. Nie dla innych, nie dla dzieci. Ale dla nas. Masz rację, musimy pamiętać sobie. W małżeństwie jesteśmy we dwoje, budujemy wspólnie swoje szczęście, ale żadna ze stron nie powinna zapominam też o sobie i swoim szczęściu.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Uświadomiłaś mi jedną rzecz. Chyba problemem wielu związków, które się sypią, jest także to, że oczekujemy ideału. Miłości jak z komedii romantycznej. W zderzeniu z rzeczywistością taka wizja nie ma szans i stąd rodzą się frustracje i wzajemne pretensje. A stąd już tylko krok do rozpadu związku.

  8. Monika Mo
    | Odpowiedz

    Ja wierzę, że trzeba naprawiać i próbować, ale nie za wszelką cenę. Sztuką jest zrozumienie, że w pewnym momencie po prostu już się nie da – i odejście. Mi zajęło to kilka lat, ale potem rozkwitłam. Dzisiaj jestem szczęśliwa z kimś innym.

Skomentuj