Kiedy kończy się… człowiek

with 3 komentarze

kiedy kończy się człowiekŻyć po amputacji człowieka jest trudno, a czasem wydaje się niemożliwe. Tam, gdzie kiedyś obecność, radosna, ciepła, jedyna w swoim rodzaju, nagle nie-obecność, którą trudno pojąć. Wchodzisz do domu z powitaniem na ustach, żeby spotkać pustkę. Przed telewizorem rzucasz przez ramię komentarz, a odpowiada cisza. Kiedy mąka się skończy w połowie robienia pierogów, odruchowo wybierasz numer telefonu i słyszysz „abonent niedostępny” albo jakiś obcy, przerażająco obcy głos, odpowiada chłodno, że to pomyłka…

 

Trzeba czasu, boleśnie długich dni, tygodni, miesięcy, żeby oswoić tę myśl, że nie ma go już, że ona już nie wróci. Z cudzą nieobecnością uczysz się żyć, odbudowujesz swoje życie z gruzów, cegła za cegłą odtwarzasz rzeczywistość, która runęła jak domek z kart. Runęła być może tak nagle i niespodziewanie, że każdego dnia budzisz się z nadzieją, że był to tylko koszmarny sen. Złudną nadzieją.

 

Jest lato

Wysoko zawieszone nad horyzontem słońce ubiera lipcowy dzień nad Bałtykiem w klimat wakacji w tropikach. Morze szumi zachęcająco, na białych grzywach fal unoszą się dmuchane materace, pływają ci odważni, których nie zniechęca temperatura wody. Na plaży pełno. Kolorowe parawany, parasole, kocyki, dzieci grzebiące w piasku plastikowymi grabkami. Wakacje. Relaks. Beztroska.

Nie dla wszystkich.

Gdzieś w środku rozbawionego, nieświadomego tłumu umiera człowiek. UMIERA CZŁOWIEK. Pomimo wysiłku ratowników, którzy przez niemal godzinę nie ustają w masażu serca. Pomimo medycznego wsparcia, które na śmigłach helikoptera przylatuje najszybciej, jak się da. Pomimo desperackich modlitw rodziny, której świat rozpada się właśnie w drobny mak.

To nie jest żadna metafora, a brutalna rzeczywistość, która dzieje się o dwa kroki ode mnie. Za parawanem w kolorowe paski. Na moim własnym ręczniku, który odruchowo wrzucam w wyciągnięte po pomoc ręce. Bo przecież co więcej mogę zrobić?

 

Sępy…

Wieść o tym, co się dzieje, roznosi się szybko. I równie szybko nadciągają gapie, Coraz więcej, coraz bliżej. Kiedy ratownicy odsuwają ich na bezpieczną odległość, słyszę protesty i oburzone głosy. „Byś się lepiej, gówniarzu, wziął do roboty, a nie nas przeganiasz” – warczy brzuchaty Marian na młodego ratownika, który ledwie chwilę temu skończył swoją turę przy masażu serca i, zmieniony przez kolegę, daje przez chwilę odpocząć zmęczonym ramionom. Bo przecież plaża jest dla wszystkich, bo przecież mogę stać, gdzie chcę. Najlepiej jak najbliżej, żeby dobrze widzieć. Może i fotkę jakąś strzelić, może filmik nagrać, żeby potem pokazać znajomym…

Dopiero policyjne i strażackie mundury skłaniają niektórych do odejścia na odpowiedni dystans. A mi nie mieści się w głowie, nigdy mi się nie pomieści, że śmierć człowieka to może być dla innych ludzi takie widowisko. Dziwowisko.

A przecież umiera człowiek, dwóch nawet. To nie jest spektakl, który można przerwać czy odwołać. To się dzieje naprawdę, choć wydaje się tak bardzo, tak strasznie nierealne na tle kolorowych dmuchańców, fruwających w górze latawców i sprzedawców gotowanej kukurydzy zachwalających swój towar tubalnymi głosami.

 

…i ludzie

Są na szczęście i tacy, którzy reagują zupełnie inaczej. Bardziej po ludzku. Pojawiają się koce, ręczniki, butelki wody dla ratowników, którzy w tym upale wykonują przecież ogromny wysiłek. Ktoś rozciąga kolorowe parawany, jakby zaciągał kurtynę przed widzami odsuniętymi już na odległość wymuszoną lądowaniem medycznego helikoptera. Trochę intymności wśród zaciekawionych gapiów. Trochę prywatności w walce o życie. Trochę spokoju na ostatniej drodze.

Potem dowiemy się, że było ich dwóch. Że nawet się nie znali. Że weszli do wody, jeden zaczął tonąć, drugi próbował go ratować. Ratować OBCEGO człowieka.

Że na plażę nie wyszedł już żaden z nich.

 

Więc to tak?

To jest tak nieprawdopodobnie absurdalne, że nie mieści się w głowie. Człowiek – jak Ty, jak ja! – przyjeżdża na wakacje. Gdzieś wynajmuje kwaterę, gdzieś chodzi na smażoną rybę, gdzieś siedzi na kolorowym leżaku. Wieczorami ogląda mecze toczącego się właśnie mundialu, grilluje ze znajomymi albo rozwiązuje krzyżówki. A kiedy wychodzi słońce, bierze parawan, kocyk, dmuchanego delfina albo ręcznik w żaglówki i idzie na plażę. Może nawet pamięta, żeby posmarować się kremem z filtrem, bo przecież nie chce zachorować na raka.

I nie wraca.

Dla całego świata nic się nie zmienia. Godzinkę po tym, jak elegancko ubrany pan wywiezie z plaży dwa zamykane na suwak worki, w miejscu reanimacyjnej akcji ktoś już puszcza latawca, ktoś inny robi zamek z piasku. Banalnie do bólu życie toczy się dalej.

Nie dla wszystkich.

 

One

Fascynujące, jak w tłumie gapiów na pierwszy rzut oka widzisz bliskich ofiary. Blade, rozdygotane, desperacko wpatrzone w każdy gest ratowników. Brutalnie wyrwane z wakacyjnego relaksu. Niedowierzające. Nagle przerażająco samotne.

Nie wiem, nie chcę nawet myśleć, co może czuć człowiek w takim momencie. Nie chcę się tego nigdy dowiedzieć. W pierwszym odruchu mam ochotę podejść, chwycić za rękę, powiedzieć… No właśnie? Co można powiedzieć w takiej chwili?

 

– Mamo, a możemy do wody? – słyszę obok niewinny głosik i skupiam się na tym, żeby oczy Dwulatki i Czterolatki nie zobaczyły czegoś, co będzie do nich wracać w koszmarnych snach. Jak do mnie do dziś. Kiedy po kilku minutach podnoszę znowu wzrok, widzę, że ktoś się już nimi zaopiekował. Ktoś okrył kurtką rozdygotane z zimna i strachu ramiona, ktoś objął, ktoś podał coś na uspokojenie. Ktoś jest. Jak to dobrze, że w służbach ratowniczych jest jeszcze tyle serca, że pamięta się o ratowaniu nie tylko ofiary, ale i tych, którzy po niej zostali.

 

Na zachodzie bez zmian…

Jest coś okrutnego w tym, że właśnie ten dzień – po serii zachmurzonych i ponurych wieczorów – kończy się pięknym, widowiskowym zachodem słońca we wszystkich odcieniach złota i czerwieni. Na plaży dziesiątki, setki plażowiczów delektujących się idealnym zakończeniem idealnego wakacyjnego dnia. Gdzieś indziej, pewnie w zaciszu wynajętego pokoju, ktoś, dla kogo ten właśnie dzień jest początkiem koszmaru. Dramatu, który wydaje się nie mieć granic.

Bo żyć po amputacji człowieka jest trudno, a czasem wydaje się niemożliwe.

Uważajcie na siebie w te wakacje. I nie tylko w nie.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

3 Responses

  1. Marzena
    | Odpowiedz

    Byłam tego dnia na tej plaży ale daleko od tragedii. Widziałam helikopter i słyszałam głosy co tam się stało. Czytając ten wpis mam ciarki…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Bo jak sobie uświadomisz, że coś takiego dzieje się tuż obok, to trudno nie poczuć strachu 🙁

  2. […] z koszmaru. I wiesz, że nigdy, przenigdy nie chcesz być na ich miejscu. Tekst Eweliny z bloga „Pozytywny Dom” dobitnie mi to uświadomił. Bolesny tekst, ale warto – może to właśnie on przypomni, że […]

Skomentuj